Mężczyzna stał na klifie i spoglądał w morski bezmiar. Był
ciepły, letni wieczór, delikatna bryza zawiewała mu w twarz. W prawej dłoni
trzymał okrągła butelkę wypełnioną przezroczystym płynem, w drugiej, natomiast,
pistolet. Dookoła unosił się zapach alkoholu, a kształtna, okrągła kolba idealnie
leżała w dłoni. W piach pod jego stopami wbite leżały kolejne puste butelki,
wódka, wino, piwo. Stał w miejscu spotkań okolicznej hołoty. Hołoty,
intelektualnych imbecyli, pospólstwa. Biedoty, której sam stał się ostatnimi
czasy częścią. Brak odpowiednich zastrzyków złota, nowych zleceń oraz pociąg do
alkoholu i pięknych kobiet robi swoje. Długie, blond włosy jasnoskórego
mężczyzny smętnie powiewały przy każdym podmuchu, przypominały żałosną,
płaczącą wierzbę. Drzewo rosnące tam, gdzie żaden szlachetnych gatunek nie
urośnie. Nie pojawi się tam dąb czy świerk. Tak i tu, gdzie stał On, nie pojawi
się bogata dama czy wpływowy lord z garścią złociszy za kolejne zabójstwo. W
stolicy zapomniano o mordercach, o narzędziach do załatwiania własnych,
brudnych intryg. Jego nogi z wolna się ugięły, przysiadł i spojrzał w dół. Woda
trzaskała niemiłosiernie o skały w dole, biała, gorejąca kipiel wręcz
wrzeszczała o ofiarę. Westchnął, a potem pociągną potężny łyk i przetarł
przedramieniem usta krzywiąc się niemiłosiernie. Cisnął pustą butelką prosto w
dół, lot był chwilą, a trzask jej ułamkiem. Deszcz dziesiątek wirujących i
skrzących ostrzy rozleciał się na wszystkie strony tego przeklętego świata.
Pistolet skałkowy o srebrnym ciele i czarnej rękojeści skrzętnie przyozdobioną
skórą oraz rodowym znakiem. Praca przekazywana z ojca na syna, utrzymywała jego
rodzinę przez wieki, a teraz wszystko szło ku najgorszemu. Krajowej sławy
morderca musiał kraść na bazarach i wybijać szyby w monopolowych by zaspokoić
swoje rządze, które jeszcze nie tak dawno mógł okiełznać najdroższymi trunkami.
Winem, kobietami i ich śpiewem, tańcem ich wilgotnych ciał lub gwarantem dobrej
rozrywki.
sobota, 30 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
Konkurs, Czerwony Paradoks.
Kaukaz. Dostawczy Ford, który został przerobiony na wygodny
przewóz osób właśnie przekroczył bramę. Żeliwną i ciężką, którą zwieńczała
wszystkim dobrze znana pięcioramienna gwiazda, a w jej sercu tkwiły skrzyżowane
sierp oraz młot. Symbol nowego porządku
i Rewolucji. Władzy ludu, wyzwolenia biednych, obalenia wyzysku. Wygodne, obite
skórą, głębokie fotele zajmowali obcokrajowcy z zachodu. Głównie z Europy,
jednak znajdowali się na pokładzie także amerykańscy reporterzy, których
wysłano tu z urzędu, na polecenie dyplomatów. Byli też ambasadorzy z Francji,
Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Polski, którzy akurat znajdowali się w Moskwie.
Wszyscy przylecieli do największego okolicznego miasta luksusowym samolotem,
tuż po kolacji, na którą zaprosił ich sam Józef Stalin. On też był
organizatorem całej podróży, która radzieckie władze pewnie niemało kosztowała.
Pogoda tutaj była
przepiękna. Ponad nieskończonym dla oczu przyjezdnych bezmiarem pól
rozpościerało się błękitne niebo, którego połać była nienaruszona nawet przez
najmniejszy obłok. Był nieomal środek sezonu letniego, domniemanych dni wolnych
dla ludzi pracujących, bynajmniej w standardach zachodniej Europy i tych,
którzy byli wykształceni. Jednak darmowa podróż, nawet i służbowa była warta
takich wyrzeczeń. W okolicy, do której przyjechali było dość ciepło, a więc
wszyscy podróżujący byli ubrani w dość zwiewne i lekkie odzienie, które drobnym
kosztem elegancji zapewniało komfort oraz wygodę. W busie zostały im zagwarantowane drogie
trunki, woda czy soki, wszystko, naturalnie, odpowiednio schłodzone i
przygotowane od razu do podania. Było też parędziesiąt przystawek, a wśród nich
także i kawior.
Polski wysłannik
ambasady w Moskwie, Antoni Hryc siedział samotnie. Był to dobrze wykształcony
młodzieniec, który nabierał doświadczenia w placówce dyplomatycznej pod czujnym
okiem swego dalekiego stryja. Jego śniada aparycja wygląda nieco utęsknionym i
zmarnowanym wzrokiem za okno, na pola. Setki hektarów ziemi porośnięte trawą
lub chwastami. Gleby, na której nic nie rosło. Jednym uchem przysłuchiwał się
rozmowom kilkunastu językach, które znał. Francuski, angielski, rosyjski.
Zaczynał także całkiem nieźle dukać po niemiecku, jednak nie na tyle, by
zrozumieć Bawarczyka i jego akcent. Polak na kolanach trzymał książkę o lekko
zniszczonej i podartej okładce, pożółkłych stronach, które nosiły ślady wielu
lat użytkowania. Książka nosiła dumną, wręcz historyczną dla Polski nazwę „Pan
Tadeusz”, pióra mistrza Mickiewicza.
Po dłuższej chwili
konsternacji i mieszania bezmyślnego kręcenia kieliszkiem, obok polskiego
dyplomaty zasiadł amerykański dziennikarz, który przeszedł tu aż z pierwszego
miejsca. Na sam koniec. Skinął Antoniniemu głową i uśmiechnął się miło dla oka.
Wpierw uporał się ze swoimi licznymi tobołami. Dwa plecaki, walizka i torba, a
po drodze jeszcze upadł mu na podłogę notes, gdy Ford podskoczyła na wyboistej
drodze. Parędziesiąt kartek, niczym myszy, rozpierzchło się po busie, zarówno
pod siedzenia, jak i na środek. Amerykanin klnąc pod nosem w co najmniej dwóch językach,
zebrał je dopiero po jakichś dobrych dziesięciu minutach, w międzyczasie udało
mu się nawet nabić guza na środku czoła. Usiadł z ciężkim westchnięciem,
czegoś, co miało przypominać ulgę. Przyjął butelkę z wodą od Antoniego z
ogromną wdzięcznością wymalowaną na twarzy. Zagadnął dopiero po zebraniu
swojego dobytku, po angielsku, z nieomal brytyjskim akcentem.
- Marrinson.
John Morrinson Junior. Piszę dla Times’a, mówię Panu… Strasznie
niewdzięczna robota. Co się stworzy to redaktor i tak ocenzuruje, przeinaczy, a
potem jeszcze zwali winę… - burknął ni stąd, ni zowąd Amerykanin. – Wie pan… W
Chicago mamy ogromną konkurencję.
- Antoni Hryc. Domyślam się, drogi Panie, domyślam się. My,
dyplomaci, także nie mamy łatwo. Wieczne rozmowy, każdy chce dla siebie…
Uszczknąć jak najwięcej. – westchnął dyplomata i pokręcił głową. Poziom, na
którym był jego angielski widocznie nieco zdziwił Amerykanina.
- No tak, no tak… Z ciekawości, był pan kiedyś w Ameryce? –
zapytał z ciekawością, a jego wzrok powędrował za spojrzeniem polaka. Obaj
zlustrowali traktor, który został minięty przez Forda. Wyglądał na nieużywany,
zupełnie jakby przed dwoma godzinami został ściągnięty z linii produkcyjnej,
nawet jego koła były stosunkowo czyste. Ogromnych rozmiarów, w sam raz na tak
gigantyczne areały, jakie powstały tutaj.
-Odwiedzałem kiedyś
Nowy Jork, ale byłem tam przez krócej niż tydzień. Wie Pan, imprezy dyplomatyczne
i bankiety nie trwają zazwyczaj dłużej, a to był akurat jedno z Waszych Świąt.
– odrzekł spokojnie i uśmiechnął się przez chwilę, a potem westchnął cicho. –
Miałem, także, długą praktykę w Londynie, jeśli to panu pomoże.
- Och, rozumiem, no tak, no tak. Swoją drogą, trochę to
wstydliwe, by się przyznać, ale… Wie pan po co tutaj jedziemy? Nie znam zbyt
dobrze rosyjskiego, a zostało mi jedyne powiedziane, że chcą się pochwalić
nowym porządkiem… - zapytał zmieszany Morrinson uciekając wzrokiem na książkę,
którą trzymał polak.
- Nie zostało mi to do końca wyjaśnione, a i ich przywódca
zbyt wiele nie wyjaśnił, zasadniczo, był tylko chwilę wśród nas, o ile pan
pamięta. Krótka przemowa i zniknął, to dość nieodpowiedzialne i bezczelne. To,
jednak nie moja broszka. Jedziemy obejrzeć cud ich techniki… Szczerze mówiąc,
mają sprzęt o wiele droższy od tego, który mamy w Polsce! – rzucił nieco
dziarsko, acz z mocno zaakcentowaną, ponurą nutką smutku w głosie.
- Rozumiem, no cóż… To amerykańska produkcja, u nas na
farmach takie rzeczy to pewna norma. Własność prywatna i ogromne areały to
naprawdę dobry pomysł, bez urazy, przyjacielu. Chociaż, nie chcę dać wiary, że
aż tak biedny jest Twój kraj. Te traktory nie są, aż tak drogie! – Amerykanin
spojrzał tutaj uważnie na nowopoznanego.
- Widocznie jest to możliwe, drogi przyjacielu. Mamy system
feudalny, wstyd przyznać… W zasadzie, wszyscy starają się go zachować, są o to
wieczne spory w sejmie, dlatego nasz kraj tak stosunkowo wolno się rozwija… -
westchnął blond włosy dyplomata i podrapał się po licu, gdy bus mijał kolejną
ogromną maszynę, tym razem była to kosiarka. Sporych gabarytów, tej samej firmy
co traktor, amerykańska i droga , taka, na którą nawet zamożni amerykańscy
farmerzy niezbyt mogli sobie pozwolić. Nie było obok niej nikogo, stała w
szczerym polu.
- Panie Hryc, pardon, ale… Minęliśmy już drugą, naprawdę
drogą maszynę, no tak… Czy nie powinni jej obsługiwać ludzi, na Boga? –
Amerykanin wyglądał naprawdę na zdziwionego.
- Cóż… Sądzę, że można by spytać o to przewodnika, którego
nam rzekomo… Przydzielono. Co prawda, już godzinę gada o wspaniałości Rewolucji
i pomysłowości Lenina… - przejechał kilkukrotnie palcami po nosie. –
Poczekajmy. Może po prostu mają przerwę?
- Oby. Nie podoba mi się to, Panie Hryc, to na pewno jakiś
spisek… - rzekł Amerykanin nieomal ze śmiertelną powagą.
sobota, 9 listopada 2013
Feniks
Wpierw niczym jaskółka wzniosę się
Ku błękitnym niebiosom, czystym.
Cisza. Tylko ja, słoneczne promienie
I świat pode mną.
Ku błękitnym niebiosom, czystym.
Cisza. Tylko ja, słoneczne promienie
I świat pode mną.
Potem, jak kamień zrzucony z chmury,
spadnę i w proch się obrócę.
Zniknę w furii łoskotu.
Spłonę.
spadnę i w proch się obrócę.
Zniknę w furii łoskotu.
Spłonę.
W proch się przeistoczę z tej siły,
By w pełni swego talentu powstać,
Potężny i dumny. Majestat.
Niczym feniks, z płomieni.
By w pełni swego talentu powstać,
Potężny i dumny. Majestat.
Niczym feniks, z płomieni.
Wzniosę się ku szczytom, znowu.
W swych płomienistych szatach,
Ponad bezmiarem i kresem.
Swoim talentem wzlecę.
W swych płomienistych szatach,
Ponad bezmiarem i kresem.
Swoim talentem wzlecę.
czwartek, 7 listopada 2013
Wieczór jesienny, wiersz.
Okno. Za nim szaro, ponuro.
Szyba łzami moknie
I dżdżu krople po niej suną.
Jak myśl.
Sam, jeden. Żeglarz na lodzi snu
Dryfujący po bezmiarze marzeń.
Rozbitek na brzegu samotności
O skały wyboru, kochania.
Coś spokojna fala radości niesie,
Oto szczęście od burty się odbiło
I do innego, do topielca uciekło.
A łódź na glebie sunie, samotnie.
W ten wieczór samotny,
Tak jesień
I tak życie widzę.
Jesienny świat umierania.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Postapo, początek. (Próba, będzie kontynuowana jako oderwanie się od głównego wątku).
Ziemia. Rok 2035, minęły dwadzieścia dwa lata od konfliktu w
Syrii. Od użycia broni atomowej na masową skalę przez USA i odpowiedź Rosji za
zniszczone złoża ropy naftowej, za zabitych żołnierzy oraz złamanie traktatów
międzynarodowych. Radioaktywna chmura zaległa nad całym globem niczym całun,
zatruła powietrze, płytsze zbiorniki, wody powierzchniowe, rzeki. Ludzkość
została nieomal całkowicie zmieciona z powierzchni Ziemii. Jedynie dzięki
schronom przeciwatomowym, bunkrom czy poniemieckich podziemiach z okresu III
Rzeszy, uchowała się chociaż garstka. Zginęły miliony, jeśli nie miliardy. Z powierzchnią
nikt nie posiadał kontaktu, ani nawet wizji. Jest jedynie pewne, że
radioaktywna atmosfera naszej planety staje się coraz normalniejsza do życia.
Matki natury nie da się całkowicie wyeliminować, jeśli przetrwała ludzkość,
przetrwała i ona. Ludzie, którzy mieli dość podziemi nigdy nie wrócili.
Niektórzy próbowali, ale zazwyczaj byli zabijani przez swoich lub po prostu
niewpuszczani. Wyglądali inaczej, zachowywali się jak obłąkańcy. To co jest na
zewnątrz, na powierzchni musiało ich przerazić. Zmienić. Ludzie, którzy
przeżyli ten kataklizm porozumiewają się ze sobą tylko i wyłącznie dzięki
telefonom satelitarnym, które i tak niedługo przestaną działać. Satelity też
mają swoją „datę ważności”, a my straciliśmy możliwość tworzenia lub nawet
naprawiania ich. Mówi się, także o niepokojącym zjawisku, które jednocześnie
jest dla wszystkich cholernie szczęśliwe. Radioaktywna chmura, jak już mówiłem,
znika. Bardzo szybko, obecność promieniowania na powierzchni w ciągu ostatnich
dni zmalała prawie do zera. Możliwe, że to jakiś mechanizm samej matki natury,
możliwe, jednak… Szkoda słów. Miejmy nadzieję na pierwszą opcję z tych dwóch.
wtorek, 29 października 2013
Poezja, tłumaczenie. My dear, white friend.
My dear,
white friend.
When I came
onto this world – I was black.
When the time was passing with my age – I was black.
When the sun is throwing it’s rays on my skin – I’m black.
When everywhere around me is cold – I’m black.
When the sickness is weakening my body – I’m black.
When this World is scarring me – I’m black.
But you.. You, my dear, white human… After your born – you’re pink.
When the time is making you older – you’re white.
When the sun is giving you it’s shine – you’re red.
When the winter is taking all over the world you… You’re blue!
When the illness is taking over you – you’re yellow!
When something will make you frightened – you look like a skeleton!
When the time was passing with my age – I was black.
When the sun is throwing it’s rays on my skin – I’m black.
When everywhere around me is cold – I’m black.
When the sickness is weakening my body – I’m black.
When this World is scarring me – I’m black.
But you.. You, my dear, white human… After your born – you’re pink.
When the time is making you older – you’re white.
When the sun is giving you it’s shine – you’re red.
When the winter is taking all over the world you… You’re blue!
When the illness is taking over you – you’re yellow!
When something will make you frightened – you look like a skeleton!
And after
all of this camouflage you’re proud of yourself to call me… Colourful?!
Drogi mój w bieli towarzyszu!
Gdy mię mateczka powiła jam był czarny!Gdy me wieki zamęty czasu porywały, jam ostawał czarnym!
A gdy mię skąpąć jutrzenki blask zechce – czarnym ostaję!
Gdym przerażonym – czarny znowuż i wciąż jestem!
Gdy biel, gdy chłód i czeluść lodowa świat pochłonie – jam ostaję sobą, w czerni, niezmienny.
Gdy ból w ciało, w serce jako kły gadzie zagłębią się - jam czarny.
A Tyż?! Tyż biały, skryty człowiecze? Czemuż, gdy matka Cię powinie ostajesz w różu?
Czemuż, gdy Tobie toć wieku zabierają piaski czasu stajesz się białym?
Czemuż gdy Twe cielsko nawiedzi chłód jesteś w błękicie swej skóry ukryty?
Gdy się boisz… Toć jesteś jako trup blady!
Słoneczne promienie? Na widok ich Twa skóra szkarłacieje!
Gdy Twe ciało cierpi katusze, uderzane chorobą jako najwyższe szczyty wiatrem, wtedyś zielony!
A gdy przykrą tą maskaradę zakończysz - wciąż pysznisz się nazywając mnie kolorowym?
Poezja, stare próby. Roboczo: Chłód.
Chłodny szal
Życie
zabrane
Serce
zrabowane
Śmierć bez
radości wita
Śmierć Cię
nie spyta
Czemuż
strata boli?
Czemuż ból w
głowie roi?
Cierpienia
coraz więcej
Jak smrodu w
trumnie dziecięcej
Rośnie w
sercu Twoim
I życiu
trwogim.
Próby, próby. No name. Poezja.
Serc tysięcy bicie słyszeć
Twarz jednej tylko widzieć
Tej, którą kocha, którą miłuje
I na pewno kiedyś ucałuje.
Twarz jednej tylko widzieć
Tej, którą kocha, którą miłuje
I na pewno kiedyś ucałuje.
Z ust miłości nektar
spija,
Tam, gdzie słowa
spowija,
W całość, w jedność, a
w niej siła
Co nad bogów wynosi
Cię, ma miła.
Oczu głębia skryta,
Spomiędzy włosów wita,
Radością, wesołością,
miłością
I smutku, bólu,
nienawiści nicością.
Twarzyczka uśmiana i
rumiana
Jak narkotyk, jak
słodycz – omamia.
W śnie zawsze się
objawa
Ta sama, piękna, jak
zjawa,
Co nie wstrętna,
Ani natrętna,
A moja, kochana,
Przez me serce wołana.
Poezja, stare próby.
Ludu głos dla nich zbyt daleki,
Ludu czyn dla nich zbyt kaleki,
Złotem, majątkiem nieswoim gardzą,
Bawiąc się nim jak pomiędzy piaskami dzieci,
Wydając, zatracając, marnując i śmiejąc się,
Ci co pracą rąk nie hańbili,
Ci co ponad stanem siebie nazywają,
Równości chcieć lud może,
Równości i ja pożądam,
Jednak, nie pisana nam ona,
Nie pisana nam sprawiedliwość,
Ani bogactwa, ani złoto,
Nie tu, nie w domu,
Domu zniszczonym,
Ograbianym,
Okradanym,
Nadzieja?
Umarła.
Zapomnieć, odrzucić w niepamięć,
Nie myśleć, nie pamiętać,
Zła, dobra, szarości dnia,
W nicości się zatopić, zniknąć.
Kroczyć drogą w dół,
Spiralą niknąć w nieskończonym,
Woda, ogień, śmierć i życie,
Sensu szukać w tym nie idzie,
Poezja, stara. Próby, rymy. No name.
Niegdyś mozolnie rękoma ludzkimi ciosane,
Cios w cios,
kształtowane, upiększane,
Figury, rzeźby, piękne
mozaje,
Kamienice nimi wszak
pokryte.
Te piękne, te zdobne i te
biedniejsze,
Których panów nie stać
było na takie stroje
Dla swych domostw i
siebie samych, Ci
Jeno portrety mieć swe na
owych chcieli,
Na kształt popiersia,
głowy, czy zdobnej figury,
Malunek, rzeźba z
kamienia, co trwalsze, co piękniejsze.
Teraz? Teraz toć
zgubione, nie ważne!
Jeno poczciwe, piękne i
ufne ptactwo co noc,
Za kryjówkę swą obiera,
to, co niegdyś zdobić miało,
A teraz zapomniane
ostało,
Przez potomnych, przez
nas samych,
Przez tych co mądrymi
zwać się chcą,
A o historii głupcy
zapominają.
Gołąb toć ptak mądrością
grzeszący,
Dla wielu nawet i
przyjaciel jedyny,
Przy życiu ostający.
Te to właśnie pamiętne
ptaszyny,
Które karmione niegdyś
ręką,
Starych kamienic
właścicieli,
Za domostwo, za leże swe
obrały,
Posągi ich dawnych
karmicieli.
Jedyne one pamiętają,
doceniają,
Kto pomógł, kto nie
opuścił,
Tego i one nie opuszczą,
Przez wieczność.
Czemuż więc ciżba głupia
niszczy,
Zabytki drogie, piękne
owe?
Cóż, że stare? Że
schronienie daje,
Niewinnym, żywym i
cierpiącym,
Przez mrozu okropnego
szpony,
Głodu okowy, czy
samotności kajdany,
Ptakom nielicznym,
niewielu, kilku?
Poezja, nazwijmy to, prawdziwa.
Odjechać
Nicość,
odjechać, odjechać na wieki
Nie
powrócić, nie czekać, nigdy i po nic
Błękit i
biel dostrzegać
I szkarłat
oraz serca podziw
Kroczyć ku
nicości
Nic o niej
nie wiedząc, wcale jej nie pragnąć
Nie
pożądając, nie znając tej pustki
Zniknąć w
jej otchłani
Powieki
opuścić, obraz swój dostrzec
Śmierci się
oddać, śmierci się oddać
Do uczucia
tego się zbliżać
Od swej
postury siebie oderwać
Porzucić i
to co źle ukochane i to co znienawidzone
Martwotę
ciała swego dostrzegać pod bladym kamieniem
W
szkarłacie, jak posoki ziemi
W cieniu i
ciszy, schowana, nimi otoczona, tam, na wzgórzu!
Głosem i
światłem szalonej
Tam, gdzie
słońca promieniom do wzgórza blisko.
Kiedy Odejdę
Czas, w
którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Przed oczyma
Twymi o słońca wschodzie powstanie
To, czego
dusza Twoja oczekuje.
Pragnienie
Twoje z ust Twych łakomych spijam, jako nektar.
Czas, w
którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Wszystko to,
za czym Twoje serce wygląda.
Pracuję, by
przetrwać i dzień i noc, jednak to tylko odroczenie.
Czas, w
którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Pustka śpiew
zrodziła, ujrzysz go, zstępując na krawędź czasu,
Czas, w
którym zniknę przerodzi się teraz w nieskończoność.
Chodź, krocz
za mną, dostrzeż, to co ja - śmierci agonię,
która
pogrąża się w odmętach życia wody, niknie, klarownie .
Czas, w
którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Ah, zwycięska ponad
wodami czasu, triumfuj, Wieczność!
Powolny Upadek
Wpierw
wzrokiem obdarowanie
Następnie
usta uśmiechem kwitną
Potem czyn
dopełnia
Nadzieja się
pojawia, gdy usta zetknięte
Dłonią ku
niej sięgasz
Chwycić
pragniesz, próbujesz
Wtem upadek
Wpierw
opadają plecy
Te zaś
postać
Gonitwę cień
dopełnia
Kończyć ją
poczyna łza mknąca, nadziei śmierć
Aż w końcu…
Stare. Roboczo: Rozbitek, krótkie opowiadanie.
Szkarłatne słońce niknęło za horyzontem, uciekając kolejny
raz chmurom, ustępując srebrzystej poświacie księżyca. Promienie umierającego
dnia odbijały się wciąż od morskiej wody, tworząc z jej zielonym kolorem tęczę
barw, zachód istnie romantyczny, jak i piękny. Nie dla wszystkich. Niektórzy
ludzie powiadają, że szkarłat zachodu świadczy o rozlewie krwi. Szczerze
powiedziawszy tego dnia to Oni mieli rację. Te wody widziały wiele, zła,
radości. Śmierci, jaki zaślubin, tego
dnia wesołości nie mogło doznać – w otoczeniu szkarłatnego poblasku promieni
słonecznych na brzeg z każdą chwilą były wynoszone resztki. Deski, połamane beczki, ciała, butelki…
Wszystko to rzucone w gęsty, drobny piach, szybko nabierający barwy czerwieni
od poległych, tego koloru nie mogła zmyć nawet biel piętrzących się fal. Do
brzegu przybijały resztki skrzyń, oswobodzone kule do karabinów, noże,
sztylety… A nawet tak błahe rzeczy jak widelce, to nie był dzień bitwy. To nie
ona sprowadziła destrukcję i zniszczenie, którego niemym świadkiem stało się
nieomal bezkresne morze, przynajmniej dopóki nie potrafimy z nim… Rozmawiać.
Pomiędzy kolejnymi falami niektóre były naprawdę duże, jak się okazywało – nie
bez przyczyny, niektóre wyrzucały na brzeg klatki z obdartusami, pewno
więźniami, cóż, może statek ten nie był wcale wojenny, a może to tylko jeńcy, a
nie skazańcy, może. Mijały minuty, fale wynosiły na brzeg coraz mniej rzeczy,
deski, na niektórych z nich dryfowały ciała, większe, mniejsze, męskie,
kobiece, bez różnicy – bez ruchu, martwe, nieprzytomne, a może tylko śpiące? To
nie było istotne dla wody, która wszystkie je po kolei rzucała na brzeg.
Pomiędzy nimi tylko dwóm istotom podnosiła się i opadała klatka piersiowa, była
to młodziutka dziewczyna, może… Czternaście? A może szesnaście lat, nie ważne.
Miała kruczoczarne, mokre włosy, oklejające jej głowę i plecy niczym taśma,
podbite oczy, rany na wargach, a nawet drobne oparzenia dookoła ramion.
Ściskała kurczowo w dłoniach małą, skórzaną teczkę, która wyglądała jak wydarta
psu z gardła. Na dodatek była ubrana w bardzo mocno zniszczoną niebieską
sukienkę podwiązaną białą kokardą. Mężczyzna natomiast, którego fale wyrzuciły
pomiędzy kamienie, na piach, miał może dwadzieścia lat, a mimo to jego włosy
były śnieżnobiałe, delikatnie tylko pokryte to tu, to tam złocistą
poszlaką. Jego ciało skryte było wśród
licznych blizn, oparzeń i zadrapań, sama sylwetka nie była wielce postawna,
raczej przypominał kogoś, kto potrafił kraść i skradać się, spiskować, a nie
realnie walczyć. Może był jakimś artystą, a może złodziejem, leżał odziany
tylko i wyłącznie w poszarpane, lniane spodnie, ledwo sięgające do kolan.
Sekundy uciekały jak piasek poprzez palce, mijały minuty, a dwójka leżała,
dochodząc z wolna do siebie. To był czas, którego słońce potrzebowało do
nieomal całkowitej ucieczki, na horyzoncie widniała już delikatna, niewyraźna
szkarłatna poświata. Łuna ta ustępowała zdecydowanie chłodniejszemu,
błyszczącemu niczym stal w mroku blasku księżyca. Ten zaś wkraczał na niebo jak
król, wolno, majestatycznie i bez obaw, otulając morze oraz plażę chłodnym
wzrokiem. Pierwsza powieki zaczęła uchylać młoda dziewczyna.
Nie wypuściła z
dłoni teczki, nawet pomimo bólu, który towarzyszył jej oparzeniom – z wolna się
podniosła, usiadła. Jej wzrok zatoczył koło, a oczy zaczęły zachodzić
pojedynczymi łzami. Tkwiła nieomal sama na plaży, pomiędzy martwymi. Wieczorna
bryza, która subtelnie owiewała jej twarz była chłodna, tak samo jak piasek,
czy ubranie, w które została ubrana. Z każdą sekundą wydawała się smutniejsza,
bardziej przejęta, a na dodatek zimno dało o sobie znać, trzęsła się i z owego
i ze strachu, który z łatwością chwycił ją za serca. Ponownie zlustrowała
wzrokiem krajobraz, słońce zaszło na dobre, niknąc za horyzontem, a księżyc w
swym upiornym, trupim poblasku kąpał ciała, a także ich resztki walające się na
piasku dziewiczej plaży. Wszystko to było przerażającą grą światła i cienia,
dziewczyna ruszyła, ostrożnie przechodząc pomiędzy zmarłymi, unikając ich jak
ognia. Każdy jej krok przypominał nieco schodek do piekła, niedawno straciła
rodzinę, pożar, spłonął cały dom, a w nim rodzice, siostra, a nawet ukochany
kot. Cały majątek doszczętnie spłonął, co jeśli… Jedyny opiekun, psychiatra
także umarł? Zginął na statku? To byłby koniec, ostateczny i definitywny
koniec. Z ogromnym, rosnącym obrzydzeniem przykucnęła, przy jednym z poległych.
Wpierw ukuła truchło palcem w ramie, gdy nie dało oznak życia, zaczęła obracać
je na plecy, a potem spojrzała na twarz. Szpetny, stary marynarz o wielkim
nosie i szkorbucie na wyszczerzonych w śmiertelnej agonii zębach. Nie zna go, a
może jednak? Może tylko nie chce? To nie ważne, te ciała i tak niedługo
pochłoną fale, zwierzęce żołądki oraz inne, podobne, naturalne rzeczy. Powstała
z kolan, znowu zatoczyła wzrokiem po widnokręgu, gdzie nie spojrzeć – śmierć,
zniszczenie, zapomnienie. Prawdopodobnie nikt nie zapłacze, poza żonami
niektórych, prawdopodobnie nikt nie wspomni i nikt nie znajdzie. Zapomnienie na
wieki. Ruszyła ostrożnie dalej, po drodze zdjęła pantofle, które teraz trzymała
w dłoniach, zniszczone, stare, a nawet dziurawe, taki już los sierot. Przystawała
co jakiś czas, by przyjrzeć się umarłym, poza własnym strachem i łzami, które
gorzko przełykała, nie widziała niczego, ani nikogo, kogo znała. Wszystko na
marne, szła ku wodzie, wymijała ciała, deski, resztki skrzyń, zastawy, a nawet
szaf, podniosła jedynie małą, prostą kuszę, z której i tak za bardzo nie
widziała jak strzelać, parę bełtów, dwa, duże noże kuchenne. Zdecydowała,
chciała przeżyć. Może był to instynkt, może własne działanie, przykucnęła przy
wodzie i dała owiać swą twarz chłodnej bryzie, przy okazji, której z wolna
opuściła wzrok ku tafli. W jednej sekundzie jej serce stanęło, odskoczyła
tłumiąc wrzask. Gorąco uderzyło w jej ciało, przepływając jak irytujący
strumień energii, zamarła na nieco ugiętych nogach. Stała. Czekała, nie wiedząc
sama na co. Sekunda, dwie, cztery, dziewięć, cisza. Wieczna, głucha absencja
dźwięku przerywana jedynie szumem fal niczym smętną pieśnią, szantą. Podeszła
znowu z wolna do wody, tafla w miejscu, w które spojrzała wcześniej nieco się
czerwieniła, jednak, gdy spojrzała wyżej dostrzegła znajomą twarz. Facjatę
osobnika w cienkich okularach o drucianych oprawkach, które jakimś cudem ostały
się na zniszczonej przez zatroskanie oraz wiek twarzy, przyozdobionej siwym,
bujnym wąsem i znaczną łysiną. Doktor Rosentau. Martwy, siny, otoczony
czerwienią własnej krwi, a dookoła niego żarłoczne ryby. Koniec. Śmierć
nadziei, która miała umrzeć ostatnia, a licho dopadło ją przedwcześnie…
Roboczo: Fjara, fragment. Steampunk, próbka.
W promieniach wschodzącego słońca, które oświetlało średniej
wielkości, raczej niezbyt bogate nadbrzeże portowe, kręciły się tłumy ludzi.
Stały także przycumowane statki parowe lub żaglowe. Jednostki różnych miar i
wyporności, wszystko to było spowite w mieszankę rybiego odoru ze smrodem
spalanego węgla. Ten ostatni zresztą czarnym lub białym dymem był wyrzucany
przez mnogie kominy zarówno parowców, jak i domów, tawern, kramów. Zamieszanie
trwało w najlepsze, do portu właśnie przybił największy jak dotąd statek
parowy, transoceaniczny. Załoga w pocie czoła starała się jak najszybciej
wypuścić podróżnych na ląd, a Ci, którzy na lądzie już byli pozdrawiali
przybyłych, albo zwyczajnie oglądali kolosa. Jednostka była oblegana przez małe
łodzie patroli przybrzeżnych, by brońcie bogowie nie stało się nic złego. Nikt
w tym rozgardiaszu nie zauważył małej, parowej jednostki, która właśnie
podpływała do ostatniego, najbardziej zniszczonego i trzymającego się na słowo
honoru pomostu, do której zresztą po chwili przybiła. Na lądzie nie czekał
nikt, załoga sama musiała walczyć zarówno z wiatrem, jak i ciężkimi,
cumowniczymi linami. Statek w sumie nadawałby się tylko na złom, gdyby straż
albo ktokolwiek przyjrzał mu się dokładniej – pasażerowie płynęli na własne
ryzyko, wszak łajba była łatana częściej niż rany młodzieńca. Deski pokładu,
których tu i tam brakowało, były popróchniałe, stare, miały barwę ciemnego,
mocno przegniłego drewna, którego nawet woda morska nie zdołała zakonserwować
dostatecznie. Niektórzy pasażerowie przeskakiwali na molo jeszcze przed
odpowiednim zacumowaniem łodzi, tylko jeden z całej czwórki, elf, wpadł do
wody, mimo to… Nikt się nim specjalnie nie przejął, każdy miał własne interesy,
a on widocznie był zbyt biedny, by się to opłacało. Niedoszły topielec płynął w
stronę brzegu, a trójka jego kompanów ruszyła przez pomost, rycząc ze śmiechu.
Reszta pasażerów, która pozostała na pokładzie pomagała załodze, niemal
wszyscy. Niemal, bo tylko ruda, długowłosa pół-elfka stała na środku.
Dziewczyna, a w zasadzie młoda kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia,
dwadzieścia trzy lata i jak przypadało na przedstawicielkę swojej rasy była o
wiele piękniejsza niż ludzkie kobiety dookoła niej. Spuścizna po elfim rodzicu.
Nieco dłuższe, niż u człowieka, szpiczaste, w zasadzie zakończone niczym grot
strzały. Nogi jak nogi, długie, szczupłe jak i płaskawy brzuch. Najbardziej
przerażać jednak powinna sercowata twarz dziewczyny, konstelacja mnogich piegów
pokrywających cały zgrabny nosek i lica, a do tego oczy. Duże, nieco podkrążone,
kasztanowo-czarne oczy, które patrzyły na świat z upiorną ciekawością oraz
pomysłowością, teraz z dolewką wyższości nad biegającymi członkami załogi. Za
tym wszystkim, gdzieś w głębi, siedziało ukryte, niczym kret, szaleństwo.
Pomiędzy szponiastymi palcami trzymała, otuloną w wiotkie ramiona, sporą,
brązową teczkę, w której co chwila coś metalicznie brzęczało. Trap w końcu
opadł, z głuchym rumorem, po jakimś kwadransie krzątaniny, przez ten czas
dziewczyna usunęła się w cień, schodząc tym samym z drogi zabieganym
załogantom. Na całości akcji nieznacznie ucierpiał tylko pomost, z którego
odpadło parę sczerniałych desek. Kapitan gromkim głosem poganiał i wydawał
rozkazy
- Pojedynczo! Nie spieszyć się! Każdy zejdzie na ten
pieprzony ląd! – To był stary wilk morski, ale i tak nie wielu pasażerów go
usłuchało, ludzie, orkowie i inni pchali się dwójkami lub nawet trójkami, byle
szybciej. Dziewczyna obserwowała to z widoczną pogardą, zadzierając wysoko
podbródek. Obserwowała, przy okazji swobodnie poprawiając swoje… Nietypowe
ubranie. Biała, haftowana bluzka o długich rękawach, zakończonych drobną
koronką. Ta część garderoby była poznaczona licznymi plamami ropy i oleju. Nogi
miała zakryte całkowici długimi czarnymi spodniami na mocno przetartych szelkach,
do tego dziewczyna miała wysokie, glanopodobne wojskowe buty o kolorze
najmroczniejszej nocy. To wszystko było uzupełnione przez oprawione w czerń
gogle o czerwonych szkłach i podobny monokl, który właśnie założyła. Po tych
przygotowaniach ruszyła zdecydowanym krokiem, jako ostatnia. Powoli, dumnie,
nadęcie i z miną świadczącą co najmniej chęci o rozłożenia jakiejś maszyny na
drobne części. Podziękowała krótko Kapitanowi za rejs, a potem, unikając dziur
w pomoście, ruszyła przed siebie. Do swojej nowej siedziby. Nowego warsztatu i
do starego, dobrego mogłaby rzec, przyjaciela.
Gdy jesteś nowoprzybyłą, zagubioną i
pokręconą półelfią inżynierką w obcym mieście, możesz czuć się niezręcznie,
szczególnie, gdy od więzienia ratuje Cię, pieniężną zapomogą, zapomniany
przyjaciel. A w dziurze bez drogowskazów, z brudnymi ulicami oraz z bandą
uciekinierów za mieszkańców możesz poczuć przerażenie. Możesz. Chyba, że Twoje
życie, tak samo jak Fjary, lubi wykręcać różne draki. Albo skakać na główkę w
kierunku bruku, wtedy też może być niefajnie. Jednak rudzielec mimo swojego
pochodzenia, kilku nieudanych adopcji i prób ucieczek z sierocińca, wcale o
nich nie myśli. Bo po co?
Były.
Nie udały się.
Trudno, trzeba żyć.
Mimo poczucia humoru życia, który czuje do dziś. Mimo bycia półelfią sierotą, dostała się przecież na jedną z lepszych uczelni w swojej stolicy. Co więcej! Ukończyła ją, z dyplomem, który teraz siedzi pod jej koszulą. Zwinięty, bezpieczny. Ocieplany. Tak, pomiędzy cyckami nawet papier lubi siedzieć. Miała nawet już dwie prace. Miała, bo to właśnie przez nie musiała wypłynąć na tą wyspę. To przez nie, jej przyjaciel musiał za nią płacić. I to nie mało, grube setki, a może i tysiące? W sumie, nie istotne. Zapłacone. To przecież nie jej wina, że nie rozumieli jej geniuszu, a w drugim zakładzie źle podpięli złącza… No nie? Mogło być gorzej.
Były.
Nie udały się.
Trudno, trzeba żyć.
Mimo poczucia humoru życia, który czuje do dziś. Mimo bycia półelfią sierotą, dostała się przecież na jedną z lepszych uczelni w swojej stolicy. Co więcej! Ukończyła ją, z dyplomem, który teraz siedzi pod jej koszulą. Zwinięty, bezpieczny. Ocieplany. Tak, pomiędzy cyckami nawet papier lubi siedzieć. Miała nawet już dwie prace. Miała, bo to właśnie przez nie musiała wypłynąć na tą wyspę. To przez nie, jej przyjaciel musiał za nią płacić. I to nie mało, grube setki, a może i tysiące? W sumie, nie istotne. Zapłacone. To przecież nie jej wina, że nie rozumieli jej geniuszu, a w drugim zakładzie źle podpięli złącza… No nie? Mogło być gorzej.
Ten statek parowy… Co,
wróć. Łajba paropodobna. Transport to niby i transport, ale do cholery! Mógł mi
coś lepszego załatwić, ale niee. Inżynierka po Wyższej Szkole dla Kobiet
zapieprza na jakiejś cholernej barce. I co. Niby może jeszcze tam miałam
pracować?
- No rusz to dupsko, bękarcie! Wszyscy pomagają tylko Ty
siedzisz! – Ooo tak, Kapitan uwielbiał
tak drzeć tą mordę. I co? Wydział Inżynierii ukończony bez problemu, a ten
będzie na mnie darł pysk, no hej! Hola, koleś. Co miałam robić? Powiedziałam mu
tylko, że jest podrzędnym wilkiem morskim, który nawet do cycków mi nie podskoczy.
A ten pomost? No litości! Idealna naprawa tego gówna nie zajęłaby więcej niż
tydzień, a gdyby go tak ładnie podkręcić… Mmmm. Schodzisz kulturalnie z promu
czy tam statku i podjeżdżasz taką ruchomą podłogą proooostoooo do domu. No,
albo chociaż do brzegu. To byłoby niezłe, ale prądochłonne. Kurde. Bękart,
bękart. Srękart, kruca bomba. No dobra, może i moja matka się pieprzyła z
jakimś człowiekiem i zaszła, no, ale, hej. Ludziska, nie moja wina, nie? W
Sierocińcu było chociaż zabawnie. A ile się piło! O paleniu już nie wspomnę,
no, ale. Się uczyłam, kurde. I to niemało, a potem bum! Studia, uniwerek,
dyplomik!... I wyśmiali mnie bo miałam dobre pomysły. Super. W sumie to
śmiesznie, nie znać nawet matki ani ojca… Dobra, tam. Lulamy. Dwadzieścia parę
lat i „lulamy”?... Jeeeeny. Spatkamy.
Próby, próby... Roboczo: Ghdun, Świat Wielu. Rozdział I, fragment.
Trafił do brudnego i obskurnego zaułka, który był
ograniczony drewnianymi ścianami jakichś ruder stojących w rzędach. Mniejszych
uliczek nie było, zaułek za jego plecami zamykał kamienny mur, chyba nawet
jakiejś willi. Kto buduje wille w takim miejscu? Paranoidalne miasto. Pokręcił
głową i ściągnął kaptur, spod czarnego, lnianego materiału wysypała się kaskada
brązowo-czarnych włosów. Był spocony, tam skąd przybył było całkiem chłodno, a
tu? Klimat umiarkowany, do tego środek lata. Mimo wczesnej nocy było całkiem
gorąco. Poklepał się po boku, miecz nadal tam tkwił, stary, o jednosiecznym,
nieco wygiętym w tył ostrzu, kiedyś mówiono, że to broń do walki na małych
dystansach. Kiedyś był w wojsku i rzeczywiście, nosił ze sobą dwa, różnej
długości miecze oraz włócznie, teraz… Teraz potrzebował tylko śmierci
przeciwnika, zabicia celu. Mało ponadto się liczyło, za wiele innych rzeczy
robić nie potrafił, a pieniądze mimo wszystko były potrzebne. Poprawił kilka
rzemyków na udach, jeden przy ramieniu, no i ten niesforny – na piersi, co to
już bardziej pas przypominał, a przytrzymywał plecak. Podskoczył kilka razy w
miejscu, poza cichymi odbiciami się od podłoża – nie było słychać nic. Był,
więc gotowy. Mógł ruszać. Z początku zaczął iść, z każdym krokiem rozglądał się,
badał, obserwował zaułek dookoła, jednak to najowocniejszym zajęciem nie było.
Ściany po obu stronach były takie same, przypominały nieskończony ciąg
nadgniłego drewna, gdyby tego było mało, owe wydawało z siebie nieznośny,
przenikliwy smród próchna. Na myśl rzucało mu to zbyt wiele wspomnień z
przeszłości, z powolnego spacerku ruszył w trucht, cichy, miarowy. Każdy krok
stawiał pewnie, w czarnych butach z cienkimi podeszwami zachowywanie ciszy w
sumie nie było problemem, bruk był to nieco omszały, więc nawet gdy nieco mniej
profesjonalnie uderzał pięta w podłoże – dźwięk był tłumiony. Pozwolił sobie na
bieg. Nie był to jeszcze sprint, ale nie był to już trucht. Zachowywał
jednostajny i spokojny oddech, tak jak go uczono. Biegł na przód, w ciemność.
Zaułek był w sumie zalanym mrokiem, więc, gdy wbiegł pod nieco wystające dachy
budynków – na tle ich ścian stawał się nieomal niewidzialny, kolejna czarna
plama. Po jakichś trzystu metrach tak przebiegniętych, uliczka rozwidlała się
na dwie, z czego jedna prowadziła na rozległy plac, na którym pierwszym faktem
była mnogość ladacznic ras wszelakiej, a drugim grupki moczymord, no i kilku
pijaków, śpiących pod ścianami. Druga z nich była jeszcze węższa niż ta, w
której się objawił. Wydawała się też o wiele niebezpieczniejsza. Długo jednak
nie czekał, nieomal bez wahania ruszył w… Drugą, mniejszą i ciemniejszą
uliczkę. Na placyku wtopiłby się w tłum, tu dalej musiał liczyć tylko na
siebie, zamiast na wsparcie strażników. Czy to było ważne? W sumie nie, miał
zabić, a nie się bronić. Nie przyszedł tu walczyć, On zadaje śmierć
precyzyjnie. Raz i cicho. Znowu biegł, nie był to jakiś szaleńczy bieg, ale
sprint. Szybki, sprawny, spokojny. Zawodowy. Z jednej strony uliczki rosły
znowu, niczym drzewa, drewniane ściany, po drugiej jednak wyrastały budynki z
szarego, smutnego kamienia, w większości popękanego przez czas. Przeciwległe
sobie ściany zdawały się kontrastować i mimo, że kamień wydawał się o wiele
trwalszym, bezpieczniejszym, no i droższym budulcem, to trudno było stwierdzić
co tak naprawdę wywołuje u niego większe politowanie. W sumie to nawet
współczuł ludziom mieszkającym w zimnych, kamiennych domach, załatwiającym się
tak jak Ci w drewnianych, na wpół walących się budynkach, do wiadra. W
karczmie, w której się zatrzymał był chociaż szalet. Nawet nie jeden. Po
jakichś dwudziestu metrach biegu i tych krótkich rozmyślań zatrzymał się –
uliczka była przecięta prze kolejną i
tym razem, kręciło się tu dwóch chłopa, o łeb od niego wyższych, jeden odziany
w płytę i uzbrojony w wielki buzdygan, a drugi stał w skórzni, z łukiem u pasa.
Obaj toczyli po przechodzących wzrokiem pełnym mordu, popychali starców,
młodych, zastawiali drogę, acz żadnego sprowokować do bójki nie mogli.
Westchnął, wysunął do połowy miecz i
ruszył zdecydowanym, wyluzowanym krokiem w ich stronę. Nie mógł się bać,
nie mógł chociaż tego okazać. Tu nie może być błędu. Minął wpierw łucznika,
który za wiele sobie z niego nie zrobił, za to zbrojny był już bardziej
nachalny. Najpierw walnął go otwartą dłonią w czoło, co jeszcze wytrzymał, ale
gdy trącił go buzdyganem ciężarną kobietę idącą za nim, tak mocno, że ta upadła
– nasz bohater nie wytrzymał. Odwrócił się momentalnie do wciąż stojącego tyłem
zbrojnego i ciął po jego ścięgnach, które wszak były odsłonięte, by zapewniać
zgięcia kolanom. Efekt był momentalny, facet z buzdyganem runął na kolana z
wrzaskiem, a że był w płycie… Nie mógł za bardzo się utrzymać i padł na ręce.
Łucznik ściągnął z ramienia swój łuk, zaczął napinać cięciwę. Alethyen w ten
czas wskoczył na klęczącego przed nim osiłka i odbił się od jego pleców, w
powietrzu cudem unikając strzały, która co prawda ścięła kilka jego włosów, a
nawet zarysowała policzek, ale nic więcej nie uczyniła. Leciał. Była to chwila,
którą uwielbiał. Zawieszenie w przestrzeni i czasie. Drobna sekunda lotu, po
której… Przebudził się na nowo w potwornej
i wartko płynącej rzeczywistości, wylądował, przetoczył się przez ramie
za łucznika, a następnie zamiast wstać, czego tamten oczekiwał… Wbił mu miecz w
podbródek z klęczek, strzała trzymana jak sztylet, w dłoni przez tamtego,
opadła bezwładnie na bruk. Trysnęła krew, Aleth podniósł się jednak szybko i
wyszarpał ostrze z głowy blondwłosego operatora łuku. Odepchnął pięścią jego
ciało, podszedł z wolna do buzdyganisty, który rzucał się jak postrzelone
zwierze na wszystkie strony, próbując tylko wstać albo pomścić poległego
kompana, zabójca mu na to szansy już nie dał. Jedno, krótkie pchnięcie, z góry.
Ostrze opadło na kark męża i wbiło się pomiędzy złączenia hełmu oraz napierśnika,
przerąbując krąg szyjny. Mężczyzna padł jak kukiełka na bruk. Jednak sprawcy
tych dwóch śmierci już tam nie było, znowu rzucił się w szaleńczy pościg w
nieznane, przed siebie. W ciemność, po kolejną, tym razem odpłatną ofiarę.
Często z powodu takich biegów jego cele wyzywały go od psów, chełpił się wtedy
i przyznawał im rację, był psem, ale Oni byli jego karmą. Psią karmą. Jego ród
od zawsze nosił dumnie wilka w herbie. Wilk, pies? To niewielka różnica, a
efekt zwierzęcia i łowów ten sam. Śmierć, pożywienie. Gdy oddalał się metr, po
metrze od miejsca mordu, rzucił przez ramie ostatnie spojrzenie – przechodnie
już zbierali się i opłakiwali zmarłych, to głupi zwyczaj ludzi w tym kraju.
Opłakują zmarłego, nawet jeśli był on najgorszym skurwielem jakiego można
byłoby sobie wyobrazić. Opłakiwali nawet tyrana, który wymordował wszystkich
starców. Jednak dla nich życie jest święte, a śmierć kogokolwiek to strata tej
świętości. Och, ironio, ile z tych osób jest zakłamanych, ile tak naprawdę
płacze? Nienawidził tego kraju. Jednak to nie jego wybór, był narzędziem.
Dobrze płatnym, ale nadal tylko narzędziem. Wpadł na kolejne rozwidlenie, z tym
wyjątkiem, że obie następne uliczki były małe i wąskie, ale. Po prawej pojawiły
się drzwi, rzadkie, ale jednak. Ruszył więc w prawo, mijając po kolei kolejne
drewniane odrzwia, niektóre nawet już ukradli, inne były okute żelazem, co
znaczyło o majętności w tej dzielnicy. Żadne z nich nie były tymi, których On
poszukiwał. Ani wzmocnione stalą, ani bez okuć. Żadne. Biegł dalej, w
całkowitej ciemności, tu jednak bruk był już czystszy, nie było mchu, ani nawet
wszędobylskich porostów. Tu musiał uważać na kroki, zwolnił. Nieznacznie, ale
zwolnił. Był już nieco zmęczony, nie przewidywał, że będzie tu, aż tak gorąco,
przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, a uliczki końca widać nie było. Zatrzymał
się i przykucnął przy obitych żelazem drzwiach. Wziął kilka głębszych oddechów.
Świst. Tuż pomiędzy uszami poczuł podmuch powietrza, przypadł jeszcze niżej do
schodków. Strzała? Kamień? A może to tylko mucha? Pokręcił głową, w tym
cholernym mieście wszystko mogło się stać. Skoro nawet faceci chodzili
przebrani za ladacznice, to może… Kroki. Nagły odgłos kroków, gdzieś niedaleko
niego przerwały jego rozmyślania, wypchnęły wszelakie myśli z jego głowy. Zero
myśli, zero słów. Skupienie, wysunął powoli miecz do połowy ostrza, krok, krok…
Cisza. Jakieś pięć metrów od niego, z tyłu. Ktoś go gonił, a On nawet nie
zauważył? Czy naprawdę mógł dać się podejść jak małe dziecko? Wypuścił cicho
powietrze przez nos, by nagle… Usłyszeć gwałtowny świst powietrza. Świst tuż
obok jego ucha, odchylił instynktownie głowę. Ból. Promieniujący, przeszywający
cały tors ból. Jakieś maczugopodobne ustrojstwo spadło na jego ramie, nie było
za wielkie, ale koszt nieuwagi ogromny. Pokręcił głową próbując otrząsnąć
samego siebie z pierwszego szoku, odepchnął się dłonią od drzwi, przeleciał
trochę ponad metr w powietrzu i wylądował w kucki, ledwo co powstrzymując się
od przewrotu w bok, wstał na ugiętych nogach. Kolejny świst, uprzedzony krokami
i charknięciem – odskoczył. Musiał wyglądać w sumie komicznie, skakał nieco jak
żaba z oklapłym ramieniem i miną jakiejś nadętej walkirii alibo innej suki.
Lewą ręką wyciągnął sztylet przy udzie i rzucił w ciemność, z której dochodziły
odgłosy. Coś jęknęło, tupnęło parę razy w tył. Zamarł. Sekunda, dwie, trzy…
Pięć, dziesięć. Nic. Zero uderzenia o ziemie, zero kolejnych kroków. Zaczął się
powoli wycofywać, metodycznie – stopa za stopą, tak by nie wydać jakiegoś
odgłosu… Zbyt głośnego. Ucieczkę jednak przerwały mu dwa blaski gdzieś w
ciemnościach naprzeciwko niego. Blaski niczym ślepia, albo latareczki. Po tym
świetle nastąpiła cisza, czuł, że zaległo na nim spojrzenie. Przerażające,
upiorne, niemające w sobie nic, a nic z przedstawiciela ludzkiego albo nawet
elfickiego gatunku. Ruszył o krok w tył, postawił wpierw palce, a potem resztę
stopy, gdy pięta dotknęła ziemi – rozległo się przed nim charknięcie, głośne,
złowrogie i przeciągłe. Chrzęst sztyletu, wydobywanego spomiędzy chrząstek,
mięśni i skóry. Coś kapnęło na ziemię. Dość obficie, nie były to pojedyncze
krople. Krok. Jeden, drugi, trzeci… Źródła światła i odgłosów zbliżały się do
niego. Zapewne go nawet widziało. Cofnął się jeszcze z dwa – trzy kroki, a
następnie wyciągnął miecz. Rdzawej barwy ostrze błyszczało karmazynem w
szkarłatnym poblasku, ugiął nogi. Czekał. Na trzy kroki przed nim, gdy już
unosił miecz do cięcia… Znowu zaległa cisza. Wszystko zamarło. Czuł jak
adrenalina rozrywa jego głowę, było mu gorąco, strasznie gorąco, wiedział, że
jeszcze minuta, dwie i będzie niezdatny do dalszej walki. Ciął. Na oślep. Świst
stali przechodzącej przez powietrze, a potem opór. Chrzęst kości i warknięcie
mu towarzyszące, skrzek. Upiór wyciągnął w jego stronę dłoń ze sztyletem.
Odskoczył, na dwa kroki. Wybił się z ugiętych nóg i wyskoczył, pchnął między
czerwone świetliki. Trzask czaszki. Ciemność, ciszę przerwał brzdęk
uderzającego sztyletu o bruk. Odepchnął truchło dłonią, przetarł ostrze o
płaszcz. Podniósł sztylet, szukanie go trochę mu zajęło, bruk był śliski od
wszędobylskiej krwi, której szkarłat pewno pięknie mieniłbyś się w południowym
słońcu. Mieniłby się, gdyby nie cholerna noc.
Lubił barwę posoki, odkąd udał się na swą pierwszą wojnę – naprawdę ją
polubił. Miała w sobie coś magicznego. Odwrócił się od truchła, ruszył.
Pierwszy, trzeci, piąty, dziesiąty krok, bieg. Tym razem jego tempo było
bardziej paniczne, nieco szybsze, nie był już jedynym myśliwym. Takie miał
chociaż wrażenie. Teraz był łowca i ofiarą na raz. Potworne uczucie, jak w
jakiejś koszmarnej grze. Miecz trzymał wysunięty do połowy, mijał kolejne wnęki
z drzwiami lub na drzwi, ale nie takiego wejścia szukał. Gdzieś przed nim
zaczęły majaczyć drobne światła, pochodni, lamp. Plac albo większa ulica. W
końcu, był blisko. Coraz bliżej. Z każdym swym krokiem potrafił coraz
dokładniej odróżniać poruszające się sylwetki na tle światła latarni, zatrzymał
się dopiero u wylotu uliczki, która wybiegała na ruchliwą aleję, wyłożoną
zielonkawym, starannie ułożonym i wyślizganym przez tysiące stóp kamieniem,
który niczym agat pobłyskiwał przy akompaniamencie płomieni lamp. Same latarnie
były nieco ponad dwumetrowe, wykonane z gładkiej, rudo-zielonej stali, której
powierzchnia zdawała się roznosić dodatkowo światło, mimo, iż owe paliło się na
samej jej górze. Budynki opasające aleje w tym miejscu były naprawdę pięknie
wykonane, wysokie, z licznymi zdobieniami, gargulcami, freskami i oknami z
zielonawymi witrażami. Kamienie, z których zbudowane były domostwa były
niebieskie, sklepy – zielone, a zakłady rzemieślnicze – rudawe. Wszystko to
tworzyło kakofonię kolorów, pomiędzy którą krzątali się przedstawiciele
wszystkich ras. Większość z nich strojna w wymyślne, kolorowe stroje o licznych
złoceniach, acz byli i Ci biedniejsi, w lnianych, brązowych kurtach. Było dużo
straży, na całej ulicy i ani jednego konia czy nawet wozu, chyba panował jakiś
zakaz. Chociaż, cholera. Może to święto jakie? Wszyscy tak kolorowi. Pokręcił
głową, przewrócił swój czarny płaszcz na drugą stronę, która okazała się
złoto-zielona, owinął cale swe ciało owym i tak odziany wyszedł pomiędzy ludzi
oraz nieludzi. W tłumie panował zgiełk, wszyscy o czymś rozmawiali, chichoty
dziewczyn, poważne rozmowy mężów czy charczące głosy narzekających starców,
dodatkowo, zapachów w powietrzu było mnóstwo. Mieszanka potu, perfum, z których
najintensywniej dało się wyczuć jakąś mieszankę słodu z arestrem, czymś co
pachnie jak mix wanilii i niezapominajki. Potworność. Były jednak też
standardowe zapachy różostanu, czyli mieszanki czerwonej róży z konwalią. Na
całe szczęście mężczyźni, aż tak się nie perfumowali, więc dało się oddychać, o
ile omijał większe zgrupowania pan, plotkarek i całkiem pięknych, młodych
dziewczyn, o ladacznicach nie wspominając. Zwykły przechodzień, nieznający tego
miasta zgubiłby się w tej alei pełnej istot i kakofonii, ale nie On. Alethyen
dokładnie wiedział czego i kogo szuka, wiedział gdzie ma iść, gdzie i kiedy
skręcić, a i oczywiście – po co to wszystko. Skręcił wraz z tłumem w większą
część alei, kierującą się na prawo, gdy główna rozwidlała się na trzy.
Zachowywał się, a nawet wyglądał jak zwykły mieszkaniec, jak niezamożny,
nierzucający się w oczy tubylec, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów w ten
sposób, a następnie skręcił w mniejszą uliczkę, pomiędzy jakimś zakładem
rzemieślniczym, chyba nawet kowalskim oraz całkiem sporym domem – pewnie
należącym do tego rzemieślnika. Zresztą, kogo by takie rzeczy obchodziły teraz?
Minął sprzeczających się o coś ludzi, stojących w ciasnej, zbitej grupce, która
wygrażała sobie wzajemnie pięściami, nawet przez chwilę zawahał się czy by nie
zainterweniować, jeszcze się pozabijają, jednak dał sobie spokój. Tutejsi nie
walczą i nie chwytają po broń z byle powodu, a nawet jak taki mają to i tak
starają się omijać walkę. Banda tchórzy. Dopóki nie spluniesz takiemu w twarz
albo nie kopniesz w dupę dopóty będzie wmawiał Ci, że obrażanie go nie jest
niczym wielkim. No, chyba, że powiesz o jego przodkach alibo rodzinie coś
złego. Wtedy bywa gorzej. Prychnął pod nosem, odganiając się o dwóch ladacznic,
jedna o niebieskawej skórze, długich, szczupłych nogach i rogach na głowie, a
druga o różowawej, podobnej budowy, tyle, że bez rogów, a o ogonie. Jakieś rasy
to były na pewno, a może podrasy. Co to za różnica? W sumie ta niebieska wyglądała
nawet ciekawie… Trzeba się będzie przyjrzeć bliżej, ale to po otrzymaniu
zapłaty. Skręcił znowu w bok, w ciemną uliczkę, którą słabo oświetlały małe
kaganki, wiszące tu i tam, zmienił stronę płaszcza. Znów był opatulony w czerń.
Jego kochaną, najdroższą czerń. Znów był tylko czarną plamą, jedną z wielu na
tle kamiennych ścian. W sumie to nigdy nie był nawet w sklepie tutejszym.
Ciekawie jak to wygląda? Wymijał śmietniki, połamane kosze, resztki mebli,
nadgniłe resztki jedzenia, często zrzucane z okien, gdy straż nie patrzyła. W
sumie Ci ostatni rzadko pałętali się po takich zaułkach, za łatwo było tu o
sztylet między łopatkami lub pałkę w łeb. To dobrze, dobrze dla Aleth’a, gorzej
dla jego ofiar. Skręcił gwałtownie, przechodząc tuż przy ścianie, zatrzymał
się. Przed nim poblask świecy oświetlał grupkę pijanych moczymord, kopiących
leżącego na ziemi ważkopodobnego człowieka. Skrzydeł co prawda nie miał, ale
zielona skóra i złożone oczy, a także nieco owadzie usta starczyły pewno jako
pretekst. Alethyen westchnął ciężko i odpiął miecz wraz z pochwą pod pasa,
przymocował ją pewniej do rękojeści. Następnie zaszarżował bez dłuższego
zwlekania, piątka nawet nie zauważyła pojawiającego się cienia, aż do
pierwszego ciosu, gdy jeden z ich kompanów zwalił się nieprzytomny jak kłoda.
Kolejny, który już się odwracał, a był najbliżej miecza dostał w nos. Trysnęła
krew, plamiąc jego blond brodę we wczesnym etapie zapuszczenia. Pozostała
trójka rzuciła się w jego stronę, miał na tyle szczęście, że fragment zaułka, w
którym walczyli był zbyt wąski by mogli się w tej liczbie zmieścić pomiędzy
ścianami. Odskoczył, Ci początkowo się zacięli między murami, a następnie padli
na siebie, jak dzieci. Pokręcił głową i kopnął jednego z leżących w głowę,
podnoszącego się zdzielił pięścią w potylicę, następnemu pozwolił nieco wstać,
złapał go za łeb i uderzył nosem o swoje kolano. Krew. Całkiem sporo krwi i
jęków. Rzucił nim na ziemię, pokręcił głową. Był nieco zmęczony, adrenalina
bardzo męczy ciało i marnotrawi energię potrzebną do takich zadań. Nie
przewidział tylu walk, mimo to sprawdził stan człowieka – ważki, który nie był
taki zły jak mogło się wydawać. Był nawet puls.
Oddychał, nieco świszcząco. Przejechał dłońmi na klatkę piersiową i
wymacał żebra. Jedno złamane, drugie dość wątłego stanu. Kości u takich ras
było całkiem trudno sprawdzać, skóra była pokryta chityną. Rozerwał więzy
koszuli, były już podgniłe, nie był to nawet mieszczanin. Zielonkawy pancerzyk
stworzony z drobnych, nałożonych na siebie płytek jak smocze łuski lśniły nieco
złowróżbnie. Chwilę im się przyglądał. Wydał z siebie ciche burknięcie i
poprawił czarne rękawice, bardzo cienkie. Powoli i delikatnie wrócił do badania
klatki piersiowej, jedno, dwa, trzy… Trzy żebrał złamane. Otworzył powoli i
delikatnie jego paszczę. W zasadzie była to wysunięta nieco jak u psa szczęka,
pokryta zielonymi pancerzykami, a zamiast ust miał po prostu dwie, żółte
kreski. Zęby były w kształcie kłów, nieco psich, nieco wilczych, przypominały w
zasadzie ostrza sztyletów, wbite rękojeścią w czarne podniebienie pokryte
jaskrawożółtymi plamami, jak ciało salamandry. Ciało gada było trujące. To
oznaka niebezpieczeństwa. Starając się nie tykać za bardzo jego śliny, złapał
palcami niczym szczypczykami za język mutanta, a potem go wyciągnął. Ostrożnie,
powoli wywalił owy na bok ust. Przewrócił nieco na bok, sięgnął po jeden z
wielu tu, zardzewiałych, acz wciąż trwających garnków. Zaułek wyglądał gorzej
niż śmietnisko w kraju Aletha. Po przekręceniu łba stworzenia na prawo –
chlusnął nań wodą. Rudą od rdzy, czarniejącą od brudu i chyba ptasich fekaliów.
Zdarza się. W zasadzie, było to nawet zabawne, gdy ważko-człowiek budził się,
otwierając te swoje żółte, błyszczące ślepia . Uśmiechnął się tylko do niego,
wskazał mu dłonią jego niedoszłych, leżących oprawców i wstał, a następnie
skierował się w swą dalszą drogę. Lubił pomagać. Nigdy nie wiedział tylko, czy
pomaga sam z siebie, czy może jednak dla respektu w oczach innych. W sumie, co
z tego? Pomoc jest pomoc. Poprawił czarny płaszcz i wpadł w trucht, jego
miarowe, ciche kroki były zagłuszane przez krzyki uratowanego mutanta.
Wrzeszczał coś o pomocy dla niego, dziękował za uratowanie… W sumie, bzdety,
obiecał pomoc. Wsparcie? Cóż, oby nie grabarzy. W tym mieście, a nawet kraju w
sumie nie można nikomu zaufać. Nigdy tego nie zrobiłem, dlatego jeszcze żyje,
ale… Mimo wszystko – ludzie są tu spokojni, uprzejmi i nawet gościnni.
Dlaczego? Sądził zawsze, że to przez ich własne dziwactwa. Jedni mu mówili, iż
tak nakazuje religia, inni wspominali o prawie, a następni o wspólnie
odczuwanym piętnie wygnania. Jednak on nie był ani wygnany, ani wierny, co
dopiero mówić o szanowaniu prawa. Zasady jako prawo i płatny morderca. Świetna
para! Pokręcił głową i odrzucił te myśli, głos wołającego zamilkł, może sobie
poszedł, może ochrypł. Uliczka była w sumie jednostajna, acz w pewnym momencie
było coraz mniej i mniej śmieci, tak jakby ktoś sprzątał. Z każdym jego krokiem
wszędzie było czyściej, w sumie nie było to takie złe – łatwiej biec, no i nie
trzeba przeskakiwać tylu rupieci. W jednej z bocznych alejek przyłapał
ladacznicę i jej klienta, chociaż byli w tak zaawansowanej zabawie, że nawet
nie zauważyli stojącego przez kilkanaście sekund Alethyena, a nawet, gdy
pobiegł dalej roznosiły się tylko upojne jęki. To nie był jego cel. Nawet
ladacznice nie były teraz jego celem, ani piwo, ani inny alkohol, ani nawet
fajka. Obiekt zainteresowania był jeszcze jakieś siedemset stóp od niego, w
ciepłym, wielkim domu, przy kominku. Nie była to żadna szycha. Zemsta rodzinna,
syn, który próbował zgwałcić córkę drugiej, konkurencyjnej familii. Zadanie
mało ambitne, ale płaca wysoka. Pieniądz to pieniądz, nie ważne za czyją krew.
Jeszcze trochę. Dwie alejki, dwa zakręty. Był coraz bardziej zniecierpliwiony,
a każdy jego krok zdawał mu się katorgą. Zawsze tak miał przed wykonaniem
zadania. Wszystko dookoła niego zdawało się dziać wolniej, głośniej, bardziej
irytująco. Jeśli miałby szukać rzeczy, których nie lubi w tej pracy to byłyby
właśnie te momenty. Mimo wszystko, uczucie nie było takie najgorsze.
Wielokrotnie pomogło mu uniknąć kilku wpadek, często, jak i teraz, zwalniał
kroku, a w miejscach, gdzie normalnie by biegł zwyczajnie się przekradał. Po co
ryzykować, szczególnie, gdy jest się tak blisko? Zakraść się, zabić, uciec. Plan
prosty. Taki chociaż miał być z założenia, skręcił w przedostatnią alejkę.
Nieomal jak wytrawny specsłużbista wymijał wszelakie kamienie, a nawet te
najdrobniejsze skalne czy ceglane odpryski, leżące to tu, to tam. Powróciły
ponownie omszałe brukowce na ścianach, chociaż nie na wszystkich. To była chyba
jakaś ozdoba. Zielonkawy, delikatnie pobłyskujący niczym drobne świetliczki
mech piął się standardowo gdzieś do połowy budynku, pokrywając ścianę cienką,
niepełną warstwą, a potem się kończył jak na rozkaz. Żadnej magii w tym nie
było, chyba. Mur ponad tą dekoracją wszak był normalnych kolorów, niektóre
nawet z tych kolorowych, drogocennych cegieł! Zielonych, rudych alibo
niebieskich, chociaż zdawały się też i te smutne, szare, przepuszczające tony
chłodu. W sumie taki dom bardziej się opłacało sprzedać, niż utrzymywać.
Ostatni zakręt na horyzoncie, mdłe światło księżyce cały czas rzucało poblask
na drogę przed zabójcą, więc problemu z postrzeganiem nie było, a i przeszkód
także. Najśmieszniejszym faktem tych domostw były chyba okna, gdzie dwa albo
trzy wychodziły zazwyczaj na tą brudną, śmierdzącą uliczkę, były to często
witraże obite w złote ramy, a natomiast od słonecznej strony, co prawda
bardziej ruchliwej, wypadała tylko jedna okiennica, przypominająca swoim
kształtem bardziej drzwi balkonowe z dziwnego, brudnozielonego szkła. Miasto
było bardzo dziwne. Nienormalna stolica pokopanego kraju. Pasuje. Kolory,
bogactwo na pokaz, przepych i masy handlarzy, dzięki, którym władcy zamiast
martwić się o wojów – budują nowe siedziby. Każdy tu sprzedający lub kupujący
musi, wszak, płacić podatek, który idzie do królewskiego skarbca, ten, zresztą,
jest tak ogromny, że wynajęcie armii, która uwierzy nawet na słowo niebyło
nigdy problemem, żołdacy zawsze dostawali swoje monety. Skręt. Ostatnia alejka.
Jeszcze ciaśniejsza, obskurniejsza, brzydsza. Pomiędzy budynkami przebiegł
szczur, Aleth szedł tu już wolno, nieco na zgiętych nogach, starając się iść
środkiem drogi. Po jej bokach leżało sporo potłuczonych butelek, słojów czy
innych porzuconych przedmiotów codziennego użytku, o fekaliach tu i tam nie
wspominając. Jednak im dalej szedł, tym alejka stawała się szersza, kończyła
się, w zasadzie, drzwiami. Wstawione one były w kamienny portal, zbudowany z
połączenia wszystkich trzech kolorów budynków. Po równo. Nie miał jakiegoś
specjalnie głębokiego przekazu. Przedstawiał kowala, jakiegoś kupca,
handlującego ziołami oraz kobietę, zajmującą się dzieckiem. Było to więc
domostwo istot zajmujących się kowalstwem i sprzedażą ziół, a dodatkowo, biorąc
pod uwagę, że ostatnia rzeźba była stworzona dość niedawno, jakiś czas temu
urodziło się dziecko. W sumie oczywiste. Szkoda tylko, że tak kosztowne wejście
stworzone zostało w tak ciemnym zadupiu, jak ten zaułek. Gdzie tu logika? Były
żołnierz pokręcił do siebie głową, zaczął przekręcać płaszcz na drugą, żółtą
stronę. Ściągnął rękawiczki, upchnął je w kieszeń. Tutaj nie było jak inaczej
wejść. Musiał więc zapukać albo się wspiąć, jednak wspinaczka po śliskich jak
lód ścianach mu się nie widziała. Nie dość, że tutaj mechopodobna roślina
pokrywa mur, aż po dach, to jeszcze sam ten ich specjalny kamień do tworzenia
budynków był śliski. Przewidzieli maniakalnych uciekinierów przez bezrobociem,
czy co? Parsknął na samą taką myśl, poprawił żółto-fuksjowy kaptur na głowie.
Wziął w dłoń nieco rudawej ziemi, która prześwitywała dookoła murów budynku, a
następnie wysmarował niedbale płaszcz w kilku miejscach. Cofnął się te
kilkanaście kroków, umoczył rękę w jednym z wiader, aby następnie wytrzeć ją o
kaptur, pewnie wyglądał jak niejeden tutejszy obszarpaniec. Oby. By wzmocnić
wrażenie swej niedoli niedoczyszczonymi dłońmi upaćkał sobie twarz, cały miał
nadzieje, że chociaż w drobnym stopniu wygląda jak nieudolna ofiara napadu, czy
coś w ten deseń. Takim to zawsze tutaj pomogą, a nawet przyjmą do domu,
zaoferują strawę, nocleg. Tego ostatniego najbardziej potrzebował, snu
wszystkich i jednego, jedynego pchnięcia sztyletu. Szybkie zakończenie sprawy,
odbiór zapłaty, a potem witaj kochana, normalna, o prostych zasadach ojczyzno.
Gdzie prawo funkcjonuje jak należy, o ironio. Będąc wygnanym z armii wspominał
prawo karne jako jeden z największych atutów własnego kraju. Westchnął cicho,
paranoja. Pokręcił głową, położył dłoń na kołatce. Odetchnął raz, drugi, czwarty.
Uderzył parę razy, w zasadzie lekko. Czekał. Czas nieubłagalnie leciał, cenne
sekundy niewinnie przeciekały pomiędzy palcami, a gospodarze domostwa przed nim
wyraźnie im w tym pomagali. Złapał znowu za kołatkę, nieco wścieklej i bardziej
zdecydowanie. Uderzył nią znowu, dźwięk spotykających się stali rozniósł swe
echo nie tylko w domu, ale także po całej alejce. Zamki zahurgotały, drzwi
powoli zaczęły się otwierać. Te kilka sekund wykorzystał na przybranie mimiki
twarzy zbitego psa, poprawienie ostatniej części makijaży ofiary losu i
napaści. Poszerzające się całkiem szybko łuna światła padła w końcu na niego.
Drzwi się otworzyły. Na oścież. Spomiędzy futryn wyszła starsza pani, na oko –
sześćdziesiąt lat. Siwe, splątane włosy spadały jej luźno na twarz pokrytą
zmarszczkami niczym źle wykonaną, glinianą maską teatralną z zastygłym
zdenerwowaniem, na dodatek. Kobiecina odziana była w zielonawą suknię w kraty
na piersi i pasy od talii w dół, dookoła szyi zawiązana splamiona czymś, biała
i cienka chusta. Jakaś stara, wierna służka pewnie. Stanęła i stoi. Gapi się.
Jej oczy posyłały mu przerażająco świdrujące spojrzenie, którego zignorować,
nawet przez kogoś takiego jak Aleth, zwyczajnie się nie dało. Staruszka
uśmiechnęła się, chociaż wolałby by tego nie robiła. Zębów za wielu już nie
miała, a to co jej zostało było pożółkłe, przetrzebione i brudne. Gdyby zapachy
dało się wizualizować to na tle białawego lub nawet przezroczystego powietrza
oddech tej kobiety wypadałby jak najtoksyczniejszą zielenią jaką można
stworzyć. Odezwała się.
- Witaj, młodzieńcze, w progu domostwa Kuźniosprzedawców.
Jeśli jednak jesteś tu w interesach… - jej głos brzmiał gorzej niż
nienaoliwione zamki, ogryzione paznokcie przy tablicy albo stare, skrzypiące
drzwi. Jak prawdziwej wiedźmy. Będzie musiał na nią uważać. Przerwał jej.
- Dobry wieczór, mości pani! Jestem tu by szukać ratunku!
Pobito mnie i okradziono, a domostwo me daleko i dokąd się udać zbytnio nie
mam… Czyż nie przyjmą państwo biednej ofiary napaści? Tylko jedna noc. –
wtrącił się zabójca zawodzącym, jęczącym, nieomal płaczliwym głosem. Brzmiał
pewnie trochę jak dziecko proszące o coś matkę albo pisklak pragnący jedzenia.
Nawet jeśli – to dobrze. O to mu chodziło. Zamilkł i zwiesił głowę. Czekał.
Starucha marudząc coś pod nosem zniknęła w oświetlonym wnętrzu, skręciła parę
razy. Po chwili zniknęła mu z oczy. W zasadzie to co widział wydawało mu się
nieco surrealistyczne. Całe wnętrze było barwy z pogranicza różu i szkarłatu, a
meble, które wypełniały ganek oraz korytarz w formie taboretów, stoliczków,
nawet kilku lamp miały albo pięknie powyginane nóżki przypominające na końcu
delikatne kwiaty, albo kończące się ostrymi szpikulcami, wyglądającymi nieomal
jak rożna. W sumie, tymi drugimi dało się zabić. Każdy mebelek z dwoma parami
nóżek miał po dwójce takich oraz takich. Nie trudno się więc było domyśleć,
dlaczego chłopak z tej rodziny zamiast kulturalnie klęknąć, wystawić łapska z
pierścionkiem i się oświadczyć. Jednak wychowany w takim domu... Po prostu
musiał skończyć jako jakiś psychol, nie było innej rady. Minuty mijały
nieubłagalnie, a Aleth obserwował i w swych myślach kreował kolejne uwagi
odnośnie wystroju wnętrza, a także samych lokatorów, którzy z pewnością byli
bandą jakichś psycholi. To by nawet wyjaśniało dlaczego posłano tu jego, a nie
kogoś droższego lub tańszego. Jeśli zginie albo zwariuje to nie będzie, aż
takiego żalu. Sufit był wymalowany w białe kwiaty na różowym tle, ociekające
jakimiś szkarłatnymi kroplami, nieco jak z obłąkańczego snu. Jak się tak dłużej
przyglądał tym prostym ścianom w korytarzu, to po kilku sekundach zdawały się
oddalać. Stracił na pewności siebie. Wydobył sztylet do połowy ostrza i
odchrząknął. Sekundy lecą teraz jak piasek przez palce, jedna, dziesięć,
piętnaście, czterdzieści. Za szybko. Za długo rozmawiają. To nie w ich stylu,
nie w tej tradycji. Pierwsza, druga, czwarta, piąta minuta. Pokręcił głową,
szkoda czasu. Przekroczył ostrożnie próg domostwa, czujnie i bacznie stawiając
każdy krok. Dom był dziwny. Ominął powoli dywan, na niektórych drzwiach wisiały
kłódki, na innych były nawet rygle. Nie zwracał za bardzo na to uwagi. Szedł,
kroczył dalej. Cicho, jak cień. Wiedział gdzie ma wejść, znał na pamięć rozkład
domu, więc skoro nie chcieli go wpuścić, to sam wejdzie. Jeszcze jeden skręt w
prawo, schody. Liściowato-trójkątne schody o kolorze najczystszej fuksji, na
różowawych ścianach jarzyły się lampy w czerwonawych kloszach, wszystko
wyglądało nieco jak magicznie szczęśliwe wejdzie do dobrego domu publicznego
albo czegoś podobnego. Parsknął pod nosem, ruszył dalej. Schodek po schodku, na
palcach, nogi ugięte w kolanach, każdy mięsień w gotowości do skoku. Wejście
było kręte, stopnie utrzymywały się na ścianach oraz dziwnym filarze w
kształcie jakiejś rośliny, chyba róży. Tu i tam wystające drobne kolce o
szkarłatnokrwawych zakończeniach, a no i u góry widniał, jak się zdawało,
kwiat. Dom wariatów albo prostytucji. Świetnie, tego jeszcze w jego robocie nie
było. Mordował, co prawda, już prostytutki, ale nigdy nie był w tak dziwnym, odmiennym,
nienormalnym miejscu jak to. Szczyt. Bez niespodzianek, nic na niego nie
wyskoczyło, nie było żadnego ducha ani nawet drobnej pułapki. Chyba mimo
wszystko można to było nazwać normalnym domem. Właśnie, chyba. Były żołnierz
znów odgonił własne myśli gwałtownymi ruchami głową, nie teraz. Nie tak blisko
zadania. Korytarz, w którym był miał może pięć metrów długości i kończył się
podwójnymi drzwiami, spomiędzy których wystawała oderwana głowa pluszowego
zwierzaka. Świetnie, cel okazuje się być nawiedzonym dzieciakiem? Litości, tak
czy inaczej – musi zginąć. Wszędzie było cicho, jakieś pochrapywania tylko
przeszkadzały temu ogólnemu milczeniu, dobywały się z drzwi na około, więc
spali. Przystanął, oparł się o ścianę i zajrzał szybko przez framugę do wnętrza
pokoju, który jak się okazało miał może łącznie dwadzieścia metrów, sam dom
okazał się o wiele większy niż wyglądał, a nawet od tego na planach. Niedobrze.
Wystrój był w zasadzie patetycznym oddaniem jakiejś walki z porządkiem
narzuconym przez opiekunów, tu i tam walały się resztki pluszaków, różowe
ściany były pokreślone czarnymi kreskami węgla i ołówka, większości bez
znaczenia, ale niektóre były też rysunkami jakichś chmurek. To był pokój
dwudziestoletniego faceta, który właśnie spał na łóżku z woalką niczym
królewna. Świetnie, w zasadzie to zabójstwo nie będzie dla niego jakąś karą
specjalną, a istnym wybawieniem. Powoli ruszył w stronę śpiącego, stawiając
krok za krokiem niczym złotych duch w jakimś obłąkańczym śnie. Zatrzymał się, przewrócił szybko płaszcz na
czarną stronę, lepiej zrobić to teraz niż podczas ucieczki. Czarna plama na
różowym tle, świetnie, całe życie marzył tylko o takim obrazie. Ruszył, znowu,
krok za krokiem, bezgłośny chód wśród puchatego dywanu, resztek pluszaków i
jakichś zabawek, chłopak nagle przewrócił się marudnie na drugi bok, pomamrotał
coś pod nosem, Aleth zawisł nad nim jak fala, która została zamrożona tuż przed
załamaniem się. Czeka. Mijają sekundy,
mija pierwszy minuta, druga, czwarta. Nic. Cisza. Spojrzał krótko przez ramię,
a następnie, gdy wrócił wzrokiem swych brązowych niczym najciemniejszy bursztyn
oczu do śpiącego – opuścił sztylet. Jeden, zdecydowany ruch, a obudzony nagłym,
gładkim i czystym cięciem od ucha do ucha chłopak nie zdążył wydobyć z siebie
żadnego innego głosu poza nędznym charczeniem, wciąż za cichym by kogoś
obudzić. Zabójca przykrył go kołdrą, aż po czoło. W tej samej chwili za jego
plecami przebiegł szmer, były żołnierz natychmiast się odwrócił. W drzwiach
stała istota podobnie ubrana co On, jednak o głowę mniejsza, nieco drobniejszej
postury. Czyżby miał konkurencję? Oczy, które widział pobłyskiwały trupiobladym
blaskiem, a powieki nieco zmrużyły się. Delikatnym gestem nieznajomy przejechał
palcem po szyi, a potem wskazał chłopaka. Aleth skinął głową, by następnie
zaobserwować jak konkurencyjny zabójca spuszcza głowę, nieco się kłania i znika
w czeluściach korytarza. Honor w tym fachu nakazywał odpuszczenie, gdy ktoś Cię
ubiegł. To dobra zasada, przestrzegana przez cenionych zabójców. Działa prosto
i zapewnia niemałą korzyść – przeżycie w razie spotkania kogoś lepszego.
Ostatnie, najcichsze kroki drugiej ciemnej plamy ucichły, sam Aleth wyjrzał
przez okno i zagryzł wargę, jak najciszej otworzył skrzypiące okiennice, a
następnie wyszedł na gzyms, wciąż trzymając się palcami kurczowo parapetu.
Spojrzał w dół, wisiał jakieś półtora metra nad posępnym, nieco obsranym przez
tutejsze ptactwo gargulcem. W sumie nic gorszego być nie mogło, spuścił nogi i
jedną ręką złapał się gzymsu. Puścił parapet, w jednej chwili, w kilka
milisekund runął w dół, łutem szczęścia pochwycił rzeźbienie i drugą dłonią.
Wisi. Sytuacja beznadziejna, ale stabilna, mogło być gorzej. Powoli opuścił
stopy na gargulca, był nieco śliski, więc wierzchem butów oczyścił go
powierzchownie z ptasich fekaliów. Stał. Całkiem stabilnie. Puścił oboma dłońmi
gzymsu, a następnie przykucnął, trzymając gargulca za uszy jak jakiegoś psa
spojrzał w dół. Dziesięć metrów zejścia, co najmniej. W sumie z czterech już
może skoczyć, może nawet z pięciu. Posąg ma grubość jakichś dwóch metrów,
cholernie wielki jak na gargulce, zostaje więc osiem, ale pod nim jest kolejny
gzyms. Nie jest więc źle, wsadził dłonie w gargulcowi pysk, który wisiał
jeszcze niżej niż spasiony brzuch bestii. Dwa i pół. Nie najgorszy wynik, a gdy
już łapska miał w paszczy – zsunął się z gargulca, aby następnie z wolna zacząć
się huśtać. Jak małpa. Jak cholerna małpa na pieprzonej lianie. No tak, tylko
małpy nie giną, bo zazwyczaj nie spadają z wysokości. Chyba. On jednak małpą
nie był, w pewnej chwili puścił się paszczy, wyciągnął ręce przed siebie,
leciał. Lot w zasadzie trwał trzy, może cztery sekundy i był… Bardziej
niekontrolowany niżby tego chciał, o wiele niżej niż trzeba było. Skończyło się
na tym, że zabójca uderzył z całą tą siłą wpierw twarzą, a potem resztą cielska
w mur i zaczął się po nim zsuwać. Jak szmaciana lalka rzucona w ścianę, ale to
właśnie go uratowało. Stłuczony nos bolał jak jasna cholera, może był nawet
złamany, nie wspominając już o irytujący migrenowym bólu czoła po spotkaniu
głowa-mur. Mimo wszystko zachował na tyle trzeźwości, że gdy jego stopy
wylądowały na jakimś parapecie, to zamiast odbić się jak przysłowiowa kukła od
okna i polecieć na plecy, On złapał się okiennicy. Był jakieś 6 metrów niżej
niż przed chwilą. Dwa metry więcej niż planował. Żyje. Jest dobrze. Otworzył
oczy i zamrugał parę razy, spojrzał przed siebie. Spomiędzy mroku pokoju
wystawały różowe zasłony, irytująco różowe, do bólu przypominające okno domu
rozpusty. Osłupiał, pobladł, jednak to nie róż go przeraził. Spomiędzy tego
mroku wystawała ku niemu potworna paszcza, wyglądające nieco jak przekopana,
pokuta i pocięta, co najmniej tasakiem. Nos tego czegoś był całkowicie
wgnieciony w czaszkę, jedno z oczu wypływało, ponadto – stworowi brakowało
jednego policzka, co odsłaniało niepełne rzędy sczerniałych zębów,
przypominających nieco kły jakiegoś raptora albo innego smoka. Widok niezbyt
zachęcający, szczególnie, że od zabójcy oddzielała go tylko nędzna, cienka
szyba, która w każdej chwili mogła zostać wybita. Stwór jednak się nie ruszał,
szczerzył swoje kły spomiędzy dziurawych warg, wyglądających jak… Nie, one były
zszyte drutem. Kawałkiem metalu, którego siła szczęk właśnie rozgięła do
potwornego, odsłaniającego zęby uśmiechu. Reakcja żołądka Aletha była
natychmiastowa – mdłości, szczególnie, że gdy to coś się tak nędznie
wyszczerzyło, spomiędzy nieszczelnych okiennic dobiegł odór zgnilizny,
próchnicy i czegoś w stylu zgniłego jaja. Były żołnierz odskoczył w tył, a gdy
spadał – złapał się dłonią parapetu, nie zawisł na długo, pod nogami poczuł
mały gzyms, spojrzał ku dołowi. Była to dwukrotnie większa uliczka niż ta,
którą do tego domu przybył, a pod nim właśnie przejeżdżał jakiś wóz z pierzem.
Raz kozie śmierć. Puścił się parapetu i runął jak kłoda w dół, całkowicie
bezwładnie. Zacisnął powieki, zęby, czekając na ból. Ten jednak nie nastąpił,
wleciał w ciężki, gruby i ciepły biały puch, którego było dookoła mnóstwo.
Zdawał się w nim tonąć, przymknął oczy i odetchnął, podłożył ręce pod głowę, a następnie
wbił wzrok w niebo. Mdłości powoli ustawały, wóz tylko nieznacznie podskakiwał
na kocich łbach z czarno-zielonawego kamienia, którym pokryta była droga, w
zasadzie to można było przysnąć. Tutejsi ludzie, nawet jakby im się wpadło do
domu i zasnęło pod ich nieobecność to po dobrym wytłumaczeniu dadzą Ci gościnę.
Cholera, tutejsze poduszki muszą być ciężkie. Kołdry robią z czegoś innego,
tamta była leciutka jak piórko, a nawet lżejsza. Może z jakiegoś filcu? W sumie
to nie ważne. Przed chwilą zabił, skończył kontrakt, nad którym pracował już od
ponad miesiąca i może sobie pozwolić na trochę odpoczynku wśród białego niczym
śnieg, miękkiego i ciepłego puchu. Przymknął oczy, brakuje tylko jeszcze kufla
piwa i kobiety albo wina oraz kobiecego śpiewu, to też byłoby dobre. Powoli
jednak zmęczenie ogarnęło jego ciało, adrenalina, która kilkakrotnie mieszała się z jego krwią, a nawet uderzała
mu do głowy była strasznie męczącym produktem dla jego ciała. Im dłużej
spoczywał w tym pierzu, tym bardziej stawiał się ciężki. Jak ołów. Ciężki,
zmęczony i nieco głodny, ale już niedługo. Teraz kilka dni podróży, a potem
dom. Kilku dniowy odpoczynek, może nawet znajdzie sobie kobietę? Tym razem już
nie ladacznicę, naturalnie. Chociaż z tymi drugimi o wiele łatwiej, chociaż
przy zarobkach jakie ma… korzystniejsza byłaby żona. Paranoja. Pokręcił głową i
parsknął pod nosem rozbawiony, zamknął na dobre oczy. Myśli, czucie oraz
świadomość odpłynęły prędko, zasnął. Sen dla zasłużonego.
Poranek w tym mieście nie należał do najprzyjemniejszych,
szczególnie dla Aleth’a, który zaraz po obudzeniu się musiał obszernie i bardzo
okrężnie tłumaczyć się woźnicy dlaczego akurat wybrał jego wóz. Paranoja. Nie
dość, że gdy wyszedł z tego ciepłego, wszędobylskiego puchu by uderzyła go fala
lodowatego, rześkiego powietrza, które w stolicy tego cholernego królestwa było
takie samo. Niezależnie od pory roku, wysokości słońc, ilości chmur czy innych
podobnych rzeczy. Zawsze było tu rano zimno, rześko i irytująco lodowato.
Temperatura podnosiła się wraz z upływem czasu, wieczorem w lecie sięgając
nawet około trzydziestu stopni, a o świcie było to już zaledwie dwa, czasem
nawet mniej. Dodatkowo nieomal każdego poranka była gęsta mgła i mżawka,
podobno to działanie jakiejś mocy magicznej, dzięki, której nad miastem przez
resztę dnia jest słońce, a pomiędzy budynkami ciepło. Chmury mają się wypadać i
tak dalej. Zasadniczo to niczym złym by nie było, gdyby nie fakt, że cała ta
mżawka przemoczyła zabójcę, nie zostawiając na nim nawet suchej niteczki, a
wszędobylski chłód dokańczał swego, na szczęście – miał przy sobie nieco srebra
i mógł sobie pozwolić na odwiedziny karczmy. Ciepła zupa o barwie
fioletowo-brunatnej, w której pływały jeszcze jakieś małe skrzydełka czy
odwłoki. Zamawiając ją miał nadzieję, że fragment „owadowa” w nazwie to tylko
puszczenie oczka w stronę klienta, ale… No właśnie, myślenie bywa czasem bardzo
zwodnicze, szczególnie w tym mieście. Mimo obrzydzenia, jakim napawał ten
posiłek to trzeba przyznać, że zupa była całkiem smaczna, pomijając przylepiające
się do gardła skrzydełka albo pancerzyki z resztek owadów. To miasto miało
swoje dziwactwa, jakby właśnie ta zupa, czy picie kwasu siarkowego przez
niektórych mieszkańców, chociaż to wiąże się z faktem, że to nie są ludzie. Dla
nich dziwnym zwyczajem jest picie piwa czy wina, co poradzić? Co kraj to
obyczaj. Aleth początkowo nie odrywał wzroku i rąk od swojego talerza, ale gdy
już jako-tako zaspokoił swój apetyt, a zupa nieco ostygła, zaczął się rozglądać.
Karczma w zasadzie dzieliła się na dwie izby, w obu były lady, oddzielone od
siebie ścianą. W jednym pomieszczeniu jadła biedniejsza część społeczeństwa,
czyli głównie drobniejsi rzemieślnicy lub przejezdni, a w drugim – co bogatszy
mieszkaniec, najwięcej było kupców oraz ich żon. Część, w której znajdował się
Aleth naturalnie należała do tej dla mniej zamożnych, ale była całkiem spora.
Ściany były obite drewnianymi deskami, spomiędzy których wystawał zielonkawy
kamień, z których zbudowane były tutejsze nie tylko domy, ale także chramy,
oberże czy właśnie karczmy. Sufit był całkiem wysoko. Jakieś cztery metry nad
ziemią. Pod nim uwieszone były dwa, spore żyrandole, z których co jakiś czas na
podłogę skapywał wosk. O ile Ci bogatsi mieli świece otoczone kinkietami, to
tutaj parafina po prostu skapywała na podłogę czy też przechodniów. Przejście, nad którym zawieszone było to oświetlenie dzieliło
sześć drewnianych, sporych, stołów na dwa równe rzędy. Nie było krzeseł,
wszędzie były ławy stworzone z tego powtarzającego się już do nieprzytomności
agatowego kamienia. Zieleń była najczęstszym kolorem w tym mieście, nosiły ją
kobiety, budynki, a także dzieci, które w ten sposób pokazywały jak zamożni
byli ich rodzice. Im więcej odcieni zieleni na ubranku, tym bogatszy tatuś lub
mama, cóż. Bardzo osobliwe i oryginalne, nie da się ukryć.
Skrzydło Nocą, opowiadanie.
Dwa srebrzyste „posyłacze kul” kalibru 12,7mm nieco ciążyły
mu przy pasie, były dość spore, acz amunicja „Inferno Magnum” była tego warta.
Jeden strzał potrafił oderwać ramię, a nawet podpalić ubranie i okolice rany.
Temperatura ta, była sama w sobie, bardzo wysoka, a blizny po oparzeniach –nie
do zaleczenia ziemskimi metodami. Na jednym z pistoletów wciąż trzymał dłoń,
mimo faktu, iż był skryty pod długim, czarnym i skórzanym płaszczem. Drugą ręką
przytulał do siebie dziewczyną o długich, aksamitnych włosach w barwach
kruczych piór. Nosiła na sobie skórzaną kurtę z licznymi, złotymi kolcami na
ramionach oraz czarne jeansy, które wpadały w wysokie glany. W sumie w tej parze prawie nie ma nic
dziwnego, On miał długie, blond włosy i jasne oczy, Ona – ciemniejsze niż
kasztan. Spokojnie mijali licznych ludzi, którzy tłocznie wracali do domów, noc
była coraz późniejsza oraz ciemniejsza – ta dwójka widziała jednak nieco
więcej. Dziesiątki istot, krzątających się między ludźmi, a także własne
skrzydła. Dziewczyna miała dość spore, białe i pierzaste, była to więc
archanielica, jej partner zaś był nosicielem czarnych, rozłożystych, a nawet
dziurawych – jak przypadło na upadłego archanioła. Był to w zasadzie jedyny
kontrast, który odstraszał zarówno anioły, demony jak i duchy, czy okolicznych
handlarzy „płonącym krzakiem”, którzy często lubili napadać na przechodniów. Na
tym w zasadzie też zbijali nawet spore pieniądze, naturalnie – obok handlu
narkotykami. Dzisiaj jednak większość unikała pary. Na różowych ustach anielicy
wciąż kwitł uśmiech, dziewczyna była roześmiana i wesoła, On zaś nieco mniej
gadatliwy, acz wyraźnie był istotą jej humoru. Pomimo, iż słońce rzucało gorące
promienie z nieba, życie na ulicy trwało w najlepsze, starsze istoty, ludzie
oraz demony czy anioły – odpoczywali w cieniu. Wszędzie kręcili się stróże obok
swoich podopiecznych, często w podartych, brudnych szatach. Byli wychudzeni i
bladzi, zarobieni po pachy. Spoglądali tylko w niebo, oczekując na deszcz.
Dwójka kochanków kroczyła jednak dumnie między tym maglem świętych, spaczonych
i śmiertelnych, byli sobie nieomal przeciwieństwami. On – doszukujący się
zagrożeń, pogardliwy, cyniczny, Ona –
uosobienie dobroci, miłosierdzia oraz niewinności, skrytych pod czernią
odzieży. Skręcili w jedną z węższych uliczek, w których smród i ciemność
rzucana przez ściany zdawały się przygnębiać. Efekt ten potęgowały rozrzucone
strzykawki, niektóre strzaskane, butelki czy plamy krwi – pamiątki po ćpunach
lub ofiarach przemocy. Śmiech dziewczyny, jednak nie cichł, dostrzegła
srebrzysty poblask pistoletu, który dobył jej ukochany. Nie miała się czego
bać, nie przy nim. Zaczęła się nawet rozglądać, podczas, gdy Upadły lustrował
teren niczym skaner. Wysokie ściany były z poniszczonej, pomarańczowej cegły, w
wielu miejscach pomazanej przez grafitti, a liczne, często bezgłowe, gargulce
oraz podobne im kamienne potwory – wieńczyły każdy z murów, nieomal odcinając
dostęp światła do zaułka. Było nieco chłodniej niż na ulicy, więc Anielica
wtuliła się w swego lubego, tylko to prawdopodobnie uratowało jej ciało od
niechybnego spotkania z kulą rewolweru. Pocisk niczym wściekły owad, przemknął
tuż obok ramienia kobiety, świszcząc, wyjąc niemiłosiernie tylko po to by wbić
się głęboko w cegłę i odłupać spory jej kawałek. W całym zaułku rozniosło się
echo tego wystrzału, a już po chwili kolejnego, wskakującego na swoje miejsce
pocisku. Te ułamki sekund akurat wystarczyły Upadłemu, by złapał mocniej swą
lubą i odskoczył pod ścianę, zasłaniając ją własnym ciałem oraz skrzydłami, a
nawet na to, by wycelować. Archanielica ucichła i skryła się za swoim
wybrańcem, w zasadzie – zamierając. Jej możliwości ograniczały się do leczenia
oraz dość destruktywnej magii, nienadającej się jednak do takich zaułków.
Wszystko, więc zostawało w rękach Upadłego oraz w gestii jego umiejętności.
Myśl. Strzał. Pocisk „Inferno Magnum” z przerażającym hukiem i jeszcze większa
szybkością wyleciał z lufy, przecinał powietrze, które z każdą milisekundą
zdawało się dodawać mu prędkości oraz rotacji. Świst, gwizd i wycie, które
trwało ledwie przez dwie sekundy zdawały się nieskończonością. Widział
dokładnie jak pocisk wbija się w ciało, eksploduje niczym mała kula ognia i
podpala ubranie, zamieniając napastnika w żywą pochodnię. Był to chyba dżinn,
ale kula, która oderwała mu szczękę, a następnie podpaliła – utrudniała
weryfikację. Mężczyzna rzucał się przez dłuższą chwilę jak opętany, uciekając z
zaułka w stronę najbliższej fontanny – na rynku. Wrzeszczał, płakał, krzyczał w
agonii piekielnej, wszak broń Upadłego pochodziła z Otchłani, z Głębi… Z
Piekła.Archanielica odprowadziła opryszka spojrzeniem swych ciemnych,
orzechowych oczęt, a potem zgromiła nim ukochanego. Dobrze, wszak wiedział, że
jego luba nie toleruje „Inferno Magnum” i wiecznie nalega na używanie „Mortis
Magnum”, ale przecież… Zabijanie nieomal od razu jest takie nudne. Upadły za
wiele ze spojrzenia sobie nie zrobił, przetarł jedynie lufę o płaszcz, a
następnie ujął w talii ukochaną. Ruszyli dalej, przed siebie. Mimo kropel krwi,
mimo osmalonego bruku i mimo wszędobylskiego smrodu taniego browaru. Byli
razem, nic nie mogło ich powstrzymać. Podobno. Zaułek był nieomal taki sam,
bardzo jednostajny i po dłuższej chwili zaczął być nudny. Kobieta by nieco
umilić sobie wędrówki podśpiewywała „Just likeHeaven”, jej towarzysz nieco się
dzięki temu rozpogodził. Był uśmiechnięty do tego stopnia, że skradła mu całusa
prosto z ust, pomiędzy słowami. Wędrówka powoli, jednak,
dobiegała końca, kolejne metry prowadziły do grubych, okutych w stal drzwi,
które wyglądały na średniowieczne. „Dość stare” jak na dwudziesty pierwszy
wiek, można rzec – niemodne. Pojawiły się znikąd, ot tak, po prostu. Para się
chyba tym nie przejęła, wszak był to ich cel. Pierwszy co dotknęło ciężkich
odrzwi było ciężkim, glanopodobnym butem Upadłego. Pod tym jednym ciosem wrota
otworzyły się do wewnątrz, rozpościerając tym samym widok na to co było „Ponad
Czasem i Przestrzenią”, dla ludzi byłaby to kraina, dla aniołów, demonów i tak
dalej to tylko kolejna strefa. Tu zbiegały się nieskończoność, brudne
pieniądze, czarne interesy, narkotyki oraz różne inne zakazane w Niebie
rozrywki. Niektórych zabraniano nawet w samym królestwie Lucyfera, tu jednak te
zakazy nie obowiązywały. Upadły jako pierwszy opuścił obskurny, śmierdzący
zaułek, a zaraz po nim do otworu wskoczyła Archanielica. Wpierw zaistniał
dźwięk, cichy, zgrzytliwy i nędznie ponury. Przypominał o wrotach, był tylko
odgłos. Skrzypnięcie drzwi zmieszane z delikatnym szumem liści, cichy podmuch
wiatru otulił ich skórę. Było ciemno, niebyło niczego. Brak materii, brak
czucia i istnienia. Tylko dźwięk oraz wiatr. Słabe uczucie i cichy odgłos
braku.
Warhammer, Flota Ocalenia, opowiadanie.
Huk eksplozji i spadających bomb cały czas trząsł polem
bitwy, wszędzie krążyły odłamki, niczym dawno zapomniane szrapnele. Zmrożona
ziemia była rozrywana co sekundę, kolejne bunkry oraz budynki przemieniały się
w perzynę, niczym źdźbła suchej trawy, łamiące się pod nawałnicą. Jeśli pocisk
trafił w jeden z okopów – wylatywały stamtąd krwawe kaskady, którymi pokrywane
były oderwane kończyny czy głowy. Jeden z imperialnych czołgów modelu „Chimera”
został właśnie rozerwany, zaraz po tym, jak pocisk wystrzelony przez żołnierza
Chaosu trafił go w boczny pancerz. Przebił nieomal jak masło, by rozerwać całą
konstrukcję od środka. Strzelec śmiejąc się tryumfalnie wrzasnął dobrze znany w
całej galaktyce okrzyk.
- KREW DLA BOGA KRWI! CZASZE DLA JEGO TRONU! –
Zaraz po tym okrzyku, w jego
wzmacniany pancerz, Mark VI, zostały posłane dziesiątki kul z karabinu
maszynowego, który udało się ustawić Gwardii. Zaraz, po tym, jak mężczyzna
stoczył się z góry, lufa zaczęła przesuwać się po krańcach przeciwnych okopów,
z których wyskakiwali kultyści Khorne’a oraz renegaci Gwardii Imperialnej.
Jeden po drugim wpadali na powrót do dołów, słaniając całe podłoże własnymi
ciałami o dziurawych głowach, piersiach czy ramionach. W bunkrach pomiędzy
ostrzeliwującymi się stronami walczyli Marines, zarówno Ci wierni Imperatorowi,
jak i Heretycy. Wszyscy z nich mieli na plecach rakietowe plecaki, w dłoniach
głównie łańcuchowe miecze oraz boltery. Pomiędzy walczącymi byli zarówno
członkowie Ultramarines jak i Blood Ravens czy White Scars, walczyli przeciwko
kultystom z Black Legion, którzy widocznie ustępowali pola. Pomiędzy nimi nie
było żadnych wyższych rangą Marines. Bomby i artyleryjskie pociski spadały
naokoło, jednak żaden z nich nie trafiał w walczących. Drużyna karabinu
maszynowego, który ustawiony został na wzgórzu właśnie stała się dopisana na
listę wyeliminowanych. Pocisk z przejętego przez Chaos „Basilisk”a, trafił
idealnie w karabin, łamiąc go w połowie, fala wybuchowa wraz z ogromną
temperaturą spopieliła, a następnie rozerwała Imperialnych Gwardzistów.
Towarzysząca działu ochrona miała podobno więcej szczęścia, jednego z nich
odrzuciło w tył, łamiąc wszystkie kości o ziemię. Drugiego twarz została
spalona, skóra zaczęła spływać po jego torsie, a fala odrzuciła wrzeszczącego mężczyznę
do okopu, prosto na samo dno. Tylko to uratowało go od kolejnych pocisków, które
spadały w tamto miejsce. Dwójka sanitariuszy natychmiast porwała rannego na
nosze, a następnie ruszyli nieomal biegiem do najbliższego punktu medycznego.
Pędzili do bunkru, wymijając i przeskakując ciała oraz resztki żołnierzy czy
karabinów, byli coraz bliżej. Z każdym krokiem wejście się zbliżało, z każdym
krokiem było coraz bezpieczniej. Krzyk rannego nieomal ich ogłuszał, pociski,
które spadały dopełniały tej orkiestry. Przypominało to wszystko ogromny
koncert, a Oni byli tylko pojedynczymi skrzypcami, które mogły zostać
zagłośnione przez wiolonczelę. Wiolonczelę, która właśnie spadała na nich z
łoskotem zbroi i rykiem plecaka odrzutowego, raptor spadał z ogromną siłą w
dół. Pociski z jego boltera zalały ciało pierwszego sanitarusza Imperialnych,
dziurawiły pierś, ramiona, aż w końcu i głowę. Padł wraz z noszami, na których
noszony wrzasnął po dotarciu do ziemi. Krzyczał i płakał niezbyt długo,
raptorKhorne’a wylądował prosto na nim, mieszając jego flaki oraz krew z błotem
okopu, medyka, który zaczął uciekać – chwycił. Uścisk na ramieniu uciekiniera
był tak silny, że tamten aż przysiadł w powietrzu. Nie trwało to jednak za
długo, pierwsze ostrza łańcuchowego miecza prędko przeciął metalowy hełm,
nieomal od razu wżynając się przez jego czaszkę, w mózg. Nie trwało to więcej
niż sekunda, kolejne pięć trwało przedzieranie się broni przez całość ciała.
Krtań, pierś, biodra – całego mężczyznę na pół. Towarzyszyła temu fontanna krwi,
odłamków kości i resztek wnętrzności. Nie zdążył nawet krzyknąć, raptor
odrzucił części żołnierze na boki, a następnie ruszył biegiem w stronę bunkra.
Odczepił od pasa jeden z granatów termicznych, a następnie wrzucił prosto do
budynku, z którego zaczęły nadlatywać pociski małego kalibru, odbijające się od
zbroi. W akompaniamencie krzyków i wyskakujących żołnierzy – granat wybuchł.
Strop bunkru wyleciał do góry, rozerwany niczym wielka purchawa, ściany
skończyły podobnie. Odłamki betonu zmieszanego ze stalą dobiły tych, którzy
wyskoczyli. Wszystko na darmo, od śmierci nie ma ucieczki. Raptor, winny tej
rzezi, skoczył ku kolejnym żołnierzom – prosto na załogę, rozstawiającą działo
laserowe. Leciał unikając lecących ku imperialnym pociskom, unikając dwóch,
trzech, dziesięciu – był coraz bliżej. Gwardziści gorączkowo rozstawiali odnogi
działa, ładowali je, usuwali się z linii strzału, dostosowywali kąt i
wydawałoby się, że na próżno, że ich życia zakończy heretyk, który właśnie
unosił łańcuchowy miecz nad ich głowami. Ostrze zaczęło opadać, a w tej samej
sekundzie z działa wystrzelił laserowy pocisk, godząc chaosistę prosto w
brzuch. Efekt, wizualnie, był przepiękny – mimo zbroi Mark VI, trafionego po
prostu rozerwało na dziesiątki części, a jego miecz wyleciał na paręnaście
metrów w górę.
Ostrze działało jeszcze przez
sekundę, gdy kręciło się w powietrzu, wzbijając pomiędzy płatkami spadającego
śniegu oraz lecącymi w dół pociskami artyleryjskimi. Na powierzchni ziemi po
tych drugich nie pozostawało za wiele, zlodowaciała skorupa, resztki żołnierzy
oraz bunkrów latały wszędzie, były tak samo zabójcze jak karabiny. Kule w ten
bezwietrzny, mroźny dzień mogły dosięgnąć każdego, lojalistę czy heretyka.
Miecz wykonał swój ostatni obrót w powietrzu i zaczął mknąć w dół, przecinając
powietrze, zbliżał się w stronę dwójki obsługujących karabin maszynowy Marines.
Obaj byli Blood Angels’ami, którzy wspólnie przelewali kolejnymi kulami krew
heretyków w imię swego Boga-Imperatora. To pod ich ostrzałem, jak i wielu innych
dział, kultyści Khorne’a kryli się w swych okopach, a Ci, którzy porywali się
na heroiczne zrywy – padali na ziemię charcząc oraz konając w agonii na
siarczystym mrozie. Ostrze poległego Raptora widocznie nie wybierało bez
przyczyny – wbiło się w odsłoniętą głowę sierżanta obsługi karabinu. Mimo, że
miecz już nie działał, kolce wryły się głęboko w czaszkę, docierając do mózgi i
powodując przeraźliwy wrzask mężczyzny. Z okopu, który przestał być
ostrzeliwany zaczęły wychylać się lufy granatników oraz karabinów, a paru
heretyków właśnie biegło ku Imperialnym. Nim Marines zdążyli ponownie uruchomić
działo – pociski wybuchły, a za nimi granaty. Działo wylądowało parę metrów z
tyłu, rozerwane nieomal na dwie części, resztki obsługi działa można by się
doszukiwać naokoło w dość sporym promieniu. Duch walki Imperialnej Gwardii,
która widziała ten obraz wyraźnie podupadł, większość z nich zaczęła wycofywać
się do bunkrów, szczególnie wtedy, gdy renegaci Chaosu pojawiali się w okopie.
Zaczęły się walki na bagnety, łańcuchowe miecze i topory, w których żołnierze
Imperatora oddawali pola przeciwnikom. Wielu padało z rozciętymi piersiami,
podziurawionymi brzuchami przez kule bolterów czy o zmiażdżonych głowach. Ci,
którzy mieli więcej szczęścia zostawali rozerwani granatami, których masowo
używali kultyści. Nieliczna garstka zamknęła się w bunkrze, zaczęli nawet
opatrywać swych rannych za zamkniętymi, żelaznymi drzwiami. Paru strzelców
ustawiło się w oknach, broniąc wejścia. Medykamentów brakowało, wszędzie leżały
materiały wybuchowe – bunkier był pułapką, zdalnie detonowaną, komisarz szybko
rzucał rozkazy, a gdy Gwardziści zaczęli się obijać, kopnął jednego z nich na
ziemię. Wyciągnął swój pistolet i strzelił. Idealnie w tył głowy, pocisk bez
problemu przebił hełm, a następnie rozrywając czaszkę przeleciał przez mózg, by
wbić się w podłogę. Wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się wzajemnie poganiać,
jeden przez drugiego, jednak… Ta chwila starczyła. Strzelcy na parę sekund
przestali ostrzeliwać, a gdy odwrócili się do wejścia było za późno. Jakieś
trzy metry przed nimi biegło parunastu kultystów z miotaczami ognia, którymi
już celowali w stronę okien. Kule Gwardii mknęły, przedzierając się przez
ogniste języki, wyścibujące z luf, niektóre tylko dosięgły swych celów i przemieniły
nosicieli miotaczy w ogniste kule, bezwolnie rzucające się po polu przed
bunkrem. Przez parę sekund mogli poczuć jeszcze smród palonej skóry, a potem
zalały ich fale płomieni. Całe pomieszczenie zostało zapełnione ogniem, granatami
oraz pociskami, które w parę chwil przemieniły jego załogę w płonącą breję z
kości oraz mięsa. Siły Chaosu zbliżały się do sztabu generalnego armii imperium.
Po kilku minutach, gdy heretycy ruszyli w stronę kolejnych bunkrów, ponad
horyzontem zaczęły pojawiać się Valkirie, jedna, cztery, jedenaście! Zaczęły
schodzić coraz niżej, a ich luki z wolna zaczęły się otwierać – ze świstem
poczęły wypadać pierwszy bomby, które gdy tylko dosięgły gruntu wybuchały,
podpalając glebę. Płonęli ludzie, maszyny oraz bunkry, a wybuchy rozrywały
płyty pancerzy i ciała. Działa kultystów natychmiast zmieniły cel, jedna, dwie,
osiem Valkiri z ogromnym łoskotem runęło na pole bitwy, ryjąc w zmarzlinie
głębokie rowy, rozbijając się w wielkich wybuchach. Wszystkiemu towarzyszyły
krzyki, a nawet płacze, których odgłosy przebijały terkoty karabinów i wybuchy
pocisków. Przez to zamieszanie na niebie zaczęły pojawiać się małe, różnobarwne
kropki, które rosły z każdą sekundą. Pierwsza, czerwona, kapsuła desantowa z
przeogromnym łoskotem wbiła się, głęboko, w glebę. Za nią następne, szkarłatne,
niebieskie, a nawet… Czarne, gdy tylko powbijały się w ziemię – ich klapy
opadły, a z wnętrz zaczęły powolnymi kropkami wychodzić sporej ilości maszyny.
Dreadnought’y. Niedługie, szerokie nogi utrzymujące pudełkopodobny, kwadratowy
tułów zakończone hełmami Marines. Z nich wystawały podobnej wielkości ręce,
zakończone w dużej mierze karabinami maszynowi, miotaczami ognia czy rakiet,
sporymi łapami oraz działami plazmowymi. Te machiny ruszyły w stronę
najbliższych walczących, paląc, ostrzeliwując i gniotąc wszystkich, którzy nie
zdołali uciec. W stronę dreadnought’ów zaczęły napływać pociski rakietowe.
Większość tych
strasznych maszyn wylądowała pośrodku pola bitwy, pomiędzy walczącymi Marines,
niektóre też opadły prosto na bunkry obsadzane przez załogi karabinów czy
dział. Bez różnicy. Tam gdzie rozległ się huk po kapsułach desantowych, tam też
prędko rozlegały się wrzaski i przekleństwa, trzaski kości oraz eksplozje.
Dreadnought’y należące do Black Legion, który walczył tutaj jako jedyna siła
Chaosu radziły sobie nadzwyczaj lepiej, z piętnastu… Padło tylko pięć! Tuż po
zrzucie, naturalnie. Lojaliści mieli już dużo większe straty, machiny skąpane w
krwi heretyków wybuchały od ich granatów oraz pocisków rakietowych, padały
jedno po drugiej – z trzydziestu zostało dziesięć. Zawinił prawdopodobnie zły
zrzut, ale to umożliwiło Imperialnej Gwardii na kontratak, który został
wykorzystany do zajęcia okopów oraz wybijaniu w walkach wręcz lub na krótki
dystans dziesiątek kultystów na całej linii frontu tej bitwy. Walki toczyły się
na całej planecie! Jednak to tu znajdowały się komanda obu sił. Krzyki, wrzask
i wybuchy, płonący heretycy wraz z Imperialnymi biegali pomiędzy lejami po
pociskach, niektórzy wbiegali na jeszcze nieaktywowane miny – to co z nich
zostawało, nie nadałoby się nawet dla samego Nurgle’a. W jednej chwili całym
pole bitwy wstrząsnęła ogromna eksplozja, która przeraziła Gwardzistów, a
rozjuszyła heretyków. Zajęte okopy broniły się teraz przed zaciętymi kontratakami,
dziesiątkami granatów oraz miotaczy, dział. Huk spowodowany był zniszczeniem
jednego z Czcigodnych Dreadnought’ów, rzekomo nieomal niezniszczalnych. Dokonał
tego dowódca sił Chaosu, wychodząc z walki nieomal bez szwanku. Nosił w
dłoniach ogromną, błyszczącą szkarłatem buławę, która teraz ociekała krwią i
płynami z maszyny, której wrak dogasał za Czempionem Khorne’a. On zaczął się
głośno śmiać, ruszając do przodu. Był to bezprecedensowy znak dla Armii, by
ruszać. Działa zaczęły terkotać ze zdwojoną siła, niektóre były przenoszone
coraz bliżej linii frontu, przez co Imperialni, nawet przy wsparciu artylerii,
musi wrócić do swoich pozycji. Bronić bunkrów, ponad którymi powietrze
przecięły myśliwce Chaosu, przed którymi uciekały Valkirię, parę bomb spadło na
pole bitwy. Wybuchy rozrywało zarówno popleczników Khorne’a jak i Imperatora, a
na jeden z bunkrów, w którym właśnie trwała został strącony statek lojalistów.
Ogromny huk, wrzaski i eksplozja dała się we znaki, rozrywając zarówno betonowe
ściany budynku oraz metalowe poszycie Valkirii. Fragmenty obu można by pewnie
podziwiać daleko stąd. Mniejsze odłamki jednak działały jak szrapnele,
dziurawiąc heretyków i żołnierzy Imperium jak sita, niektórym nawet odcinały
kończyny czy głowę albo przepoławiały. Zlodowaciała ziemia spijała coraz więcej
krwi.
Resztki budowli, dreadnought’ów i ludzi
fruwały przez całe pole bitwy, cienki, okrągły kawał płyty, oderwany przez
wybuch od pancerza czołgu typu „Chimera” mknął w stronę okopów Gwardii.
Mężczyźni panicznie odskakiwali na boki, chowali się – nie wszyscy. Wywrócone
oczy, na wpół otworzone usta, wywalony język posiadała tocząca się głowa
sanitariusza, który biegł by pomóc kolejnym rannym. Jego bezwładne ciało opadło
na ziemię, w parę następnych sekund obracając się w krwawą papkę za sprawą
ognia moździerzy. Resztka pancerza, niczym posępny posłaniec nie skończyła na
tym nieszczęśniku, mknęła dalej. Jej ostatnią ofiarą stał się młody,
przeciętnego wzrostu szeregowiec, któremu ostrze odcięło rękę w łokciu i nogę w
udzie. Przerażony, krzyczący okropnie młodzieniec opadł na plecy, wołał. Miał
może dwadzieścia lat, jego młode życie dopiero rozkwitało, narzeczona,
dziecko... Krzyczał, płakał i skomlał. Nie wołał już swego imperatora,
nawoływał, poszukiwał swej matki. Po licach ciekły mu łzy, które napływały
coraz intensywniej, gdy dostrzegł, że leży tuż obok własnych, odciętych
kończyn. Dwójka sanitariuszy, która próbowała go ratować robiła co mogła.
Uspokajała, prosiła, pocieszała – odpowiadał im tylko przeraźliwy płacz. „Matko!
Mamusiu, proszę! Ratuj! Zabierz mnie stąd! Ja nie chcę… NIE CHCĘ UMIERAĆ!… Mamo,
kocham Cię, błagam!”, wojna jednak była innego zdania. Wszędzie dookoła
gasły młode życia, ludzie, którzy mieli rodziny. Mieli miłość, ale i wierność.
Wierność swemu boskiemu Imperatorowi, jedynemu władcy Ludzi. Tu, jednak
walczyli zwykli ludzie, gwardziści, tacy jak za czasów dygnitarzy pokroju
Hitlera czy Stalina. Broń się zmieniła, stroje się zmieniły, ale śmierć tych
zwykłych pozostała ta sama. Zapomniana, okupiona bólem i strachem. To nie byli
Space Marines, którzy powstali z ziarna genetycznego pochodzącego prawie w
prostej linii od samego Imperatora. Wielcy, silni od urodzenia, dodatkowo
trenujący swe ciało wiarą i wysiłkiem, ich życiem była służba Ojcu. Jeśli mieli
umrzeć za niego, to robili to. Z oddaniem.
Zaś w bunkrze sztabowym Imperium, aż wrzało. Dowódca Gwardii
Imperialnej głośno przekomarzał się z kapitanem tutejszych Space Marines.
Rozmawiano o ewakuacji, zabezpieczeniu uszkodzonych dreadnought’ów oraz uratowaniu
żyć gwardzistom. Problem pozostawał tylko jeden. Tego wszystkiego nie dało się
pogodzić. Ratując gwardzistów, poświęcało się znaczną ilość tych owianych
legendami maszyn kroczących, a działało to także i w drugą stronę. Kłótnia
narastała, przez co żaden z dowódców nawet nie był w stanie usłyszeć, że linia
frontu niebezpiecznie zbliża się do sztabu. Nie chcieli lub nie słyszeli też
tego, że za parę minut znajdą się w zasięgu artylerii heretyków.
- Te „puszki” jak nazwałeś naszych braci to SYNOWIE IMPERATORA!
To Space Marines, którzy za Imperium oddali swe ciało! Którzy walczą mimo
krytycznych ran! – wrzasnął Kapitan Dezones, stosunkowo młody, jak na swoją
rangę, łysy i wysoki mężczyzna w zbroi Czerwonych Aniołów.
- Świetnie! Tylko na litość samego Imperatora! Dlaczego mamy
poświęcać tysiące dla kilku?! Ci chłopcy mają żony i dzieci! A te puszki tylko
pieprzoną wojnę! Nie jesteśmy z Krieg’a! – wykrzyczał prosto w twarz rozmówcy,
akompaniując uderzeniami dłoni w stół Komandor. Był to niski, nawet jak na
zwykłych ludzi, mężczyzna o mocno barczystej postawie i kwadratowej szczęce. Na
pierwszy rzut oka wyglądał jak typowy ogryn lub po prostu trep, jednak zarówno
jego żołnierze jak i Dezones wiedzieli, że ten mężczyzna ma doświadczenie
większe niż niejeden imperialny strateg.
- Bo to jego synowie! To święci wojownicy! Do cholery! Tych
Twoich paru… - zaczął kapitan, ale umilkł, gdy Komandor wparował mu słowem
prosto w początek kolejnego zdania.
- Cholernie świetni wojownicy! Działo plazmowe lub laserowe
i tyle ich widzieli! Przestań pieprzyć, Dezones i pomóż mi przygotować
ewakuację! Front będzie tu niebawem! – warknął Aghen, przejeżdżając dłonią po
krótko ostrzyżonych, rudych włosach. Na dłuższą chwilę zapadła cisza, Kapitan
Krwawych Aniołów przez chwilę rozmawiał z kimś przez komunikator ECHO. Dopiero,
gdy atmosfera nieco opadła, a Komandor się już wystarczająco uspokoił, Dezones
odezwał się ze spokojem.
- Przybyła flota Imperialna, nie mają miejsca na wszystkich,
więc część zostanie przekazana flocie Ocalenia, która już kończy ewakuację. Do
zabezpieczenia naszej zostaną zesłane drużyny terminatorów, których… Też musimy
ewakuować. Za stratę choćby jednego, będziemy odpowiadać przed dowódcami. –
ostatnie zdanie nieomal wyburczał, a potem zaczął zakładać swój hełm, a za jego
przykładem poszedł zarówno Komandor, jak i jego adiutant. Wszyscy chwycili
swoje bronie i skierowali się w stronę wyjścia. Było dość spokojnie, chociaż
walczących już dało się dostrzec przez niewielkie otwory widokowe. Było
spokojnie. Było. Najpierw był świst, a potem dla całej trójki świat oszalał na
parę sekund. Wszędzie był pył, huk i betonowe odłamki, lecące niczym szrapnele
na wszystkie strony. Siła wybuchu była na tyle potężna, że odrzuciła nawet
Kapitana Space Marines parę metrów do przodu, a potem rzuciła nim na ziemię.
Komandor wylądował parę metrów dalej. Leżeli. Dwie sekundy, których
potrzebowali na wstanie i zrzucenie z siebie ciężkiego płaszcza szoku zdawały
się wiecznością. Setkami wieków, a trwało to pewnie dłużej, gdyby nie przeraźliwy
krzyk. Paniczny, agonalny wrzask, który górował ponad bitewną wrzawą –
adiutant. Siła fali uderzeniowej rzuciła go w dół, prosto na wystające z dziury
po pocisku i części okopu… Metalowe pręty i resztki desek. Jeden z metalowych
elementów zaczynał się w okolicach jego pośladków, przechodził przez całe ciało
i wychodził pomiędzy obojczykiem, a barkiem. Drugi godził w nerkę, a kolejny
prosto w wątrobę. Komandor wyciągnął powoli podręczny bolter, obserwując ze
współczuciem, jak nieszczęśnik machał nogami, kopał w powietrzu i rzucał głową
na boki. Krótki gest palca, dociśnięcie metalowej zapadki. Pocisk opuścił lufę
z ogromną prędkością i trafił idealnie w czoło. Oddając przysługę i zbrodnię
zarówno. Aghen traktował swojego adiutanta jak człowieka honoru, a tacy ludzie
nie zasługują na cierpienie. Komandor schował pistolet, a następnie obydwaj
ruszyli dalej. Wśród biegających sanitariuszy, wydających rozkazy sierżantów i
wybuchów dookoła, a także taktycznych drużyn Space Marines, już tylko z
Krwawych Aniołów. Walki jak tutaj toczyły się na całej planecie, to DOPIERO
nazywać można było wojną światową. Walczono tutaj o każdy skrawek lądu, i…
Imperium tą walkę przegrywało. Śnieg od kilku minut zaczął intensywniej padać,
zerwał się także wiatr, zacinając prosto w oczy broniącym się w okopach
imperialnym. Thunderhawki i Valkirie, jednak już lądowały, gotowe zabierać
ludzi do ewakuacji, a kapsuły i zrzuty bojowe terminatorów już lądowały.
Uzbrojeni w pazury energetyczne, młoty bojowe i tarcze, wojownicy w zbrojach
typu Terminator byli praktycznie niezabijalni. Przynajmniej… Nie dla zwykłych
heretyków czy nawet Space Marines Chaosu. Aghen odwrócił się, siadając na
pokładzie jednej z Valkirii. Spojrzał prosto na pole bitwy, które przejmowali w
coraz większym stopniu niewolnicy Bogów Chaosu. To była całkowita porażka sił
Imperium. Cała planeta… Tyle ofiar… pokręcił głową, a następnie dał sygnał
pilotowi, ten poderwał maszynę, zabierając ich, wraz z paroma żołnierzami na
statki floty Ocalenia…
Opierająca się wichurze i lodowatym wiatrom Valkiria
wznosiła się ku górze, jej wzmacniane, powiększone półtorakrotnie silniki ledwo
dawały radę w walce ze szronem oraz śniegiem. Statek robił się coraz cięższy i
zaczął się chwiać. Całe pokrycie
pokrywało się lodem dość prędko, acz to właśnie w tych warunkach
przesiadywali dowódcy upadłej planety. Oczekiwali lądowania i przeklinali w
swoich duchach, panowała ponura atmosfera przegranych. Każdy z wyższych rangą
oficerów milczał, jedynie Komandor i Kapitan Krwawych Kruków szeptali między
sobą różne ponure tezy.
- Podobno tą flotą dowodzi jeden z Lordów Komisarzy. –
mruknął łysy Space Marine w czerwonej zbroi, o pastelowej barwie skóry. – Jeśli
tak…
- …To już po nas. Wiem, do cholery. Myślisz, że się nie
starałem? Myślisz, że specjalnie oddałem planetę? Nie mieliśmy szans. – Aghen
potarł swoją kwadratową szczękę dłonią odzianą w dziurawą, skórzaną rękawicę. –
Portal prosto do Osnowy… Pod skorupą lodu. Co prawda ponad dwukilometrową…
- …Ale to nas nie usprawiedliwia w oczach Ordo Hereticus. –
mruknął Krwawy Kruk i pokręcił głową, spoglądając na zamarzające drzwi. – Chyba
miałeś tam nawet paru wrogów, co?
- Taa… Niejednego, ale to nic nowego jeśli ktoś jest… Tak
osobliwym dowódcą jak ja. Pominę fakt wysyłania swojego garnizonu do pomocy innym…
- żachnął Gwardzista i spojrzał na towarzysza. – Szkoda, że rzadko mi moich
żołnierzy odsyłali…
- Dziwisz się?... Jedynymi, którzy naprawdę teraz potrafią
walczyć samodzielnie są Oddziały Śmierci z Krieg, ale tamci… - pokręcił głową,
a potem skupił wzrok na stole, z centrum którego zaczęło błyszczeć niebieskawe
światło. – Mhmm… Zaczyna się.
Zaczynać się, raczej, wiele nie zaczynało. Na środku stołu
pojawił się sędziwy mężczyzna w stroju Gwardzistów z kanadiańskich „Cienistych
Formacji”. Ponad odznaką swojego przydziału miał oznaczenie Floty Ocalenia, a
jego poczciwy uśmiech był zarówno dla Kapitana, jak i Komandora promykiem
nadziei. Obaj milczeli, a staruszek z wolna zaczął swą przemowę.
- Jestem Enekhin Van Diegen, niegdyś wysoki rangą oficer z
„Cienistych Formacji”, teraz… Przewodzę Ocalałym. Przewodzę Flocie Ocalenia,
tym, którzy przeżyli przegrane i nie chcieli lub… Nie mogli wracać do Imperium,
za które wciąż chcą walczyć. Lord Komisarz i Lord Generał floty stacjonującej
na orbicie Anderis III debatują nad eksterminacją całej planety za pomocą Floty
Exterminatus. Dodatkowo.. Planują Waszą egzekucję, jako przykład dla innych. –
jego kaszel usilnie przerwał mu w tym momencie wypowiedź, trzymając w napięciu
całą załogę transportowca przez dobre pół minuty. Kapitan Krwawych zaczął
dudnić palcami o ławę, a Komandor powoli ściubać resztki swoich spalonych brwi,
w końcu jednak starzec odzyskał głos i ciągnął swoim monotonnym… Acz
zapalczywym tonem. – Jednak jest tu też Flota Ocalenia, która pragnie byście
dołączyli do niej. Nasze statki są ogromne i nadal mają puste miejsca, a
Waszych ludzi jest dość sporo… Poza tym, chyba masz, Komandorze, własny statek
jeszcze?
- Tak… To prawda, jest obecnie na orbicie… Służył do precyzyjnych
bombardowań orbitalnych… Ale jeden statek to za mało. – mruknął Gwardzista w
średnim wieku, splatając ręce na piersi. – Mam pod sobą parę setek ludzi… Nie
wiem gdzie Ty chcesz ich pomieścić.
- To… Zostaw mi. Jedynie chcę znać Waszą opinię i wolę odnośnie
tego. Flota Ocalenia to nadal walka za Imperatora! – ostatnie zdanie nieomal
wykrzyknął, na co znowu zaczął zanosić się kaszlem. Dwójka towarzyszy na statku
spojrzała po sobie krótki i dość wymownie, a następnie Kapitan skinął głową w
stronę pilota.
- Zgadzamy się. – stwierdził Komandor, obserwując jak lód
zaczyna powoli znikać z drzwi, widocznie statek opuścił już najzimniejsze
części atmosfery Anderis III. – To będzie zaszczyt walczyć u boku Ultramarines,
Krwawych Aniołów czy Czarnych Templariuszy, jak i oddziałów z Kriega lub
Kauravy.
- Rozkażę przygotować, więc, kwatery. – I po tych słowach
hologram zniknął. A pogłoski o podobnych rozmowach rozchodziły się w całej
galaktyce już od dawien dawna, gdy Flota Ocalenia była jeszcze stosunkowo
młoda. Wszystko po to by ratować życia i walczyć za… Boga-Imperatora Ludzkości...
Subskrybuj:
Posty (Atom)