Mężczyzna stał na klifie i spoglądał w morski bezmiar. Był
ciepły, letni wieczór, delikatna bryza zawiewała mu w twarz. W prawej dłoni
trzymał okrągła butelkę wypełnioną przezroczystym płynem, w drugiej, natomiast,
pistolet. Dookoła unosił się zapach alkoholu, a kształtna, okrągła kolba idealnie
leżała w dłoni. W piach pod jego stopami wbite leżały kolejne puste butelki,
wódka, wino, piwo. Stał w miejscu spotkań okolicznej hołoty. Hołoty,
intelektualnych imbecyli, pospólstwa. Biedoty, której sam stał się ostatnimi
czasy częścią. Brak odpowiednich zastrzyków złota, nowych zleceń oraz pociąg do
alkoholu i pięknych kobiet robi swoje. Długie, blond włosy jasnoskórego
mężczyzny smętnie powiewały przy każdym podmuchu, przypominały żałosną,
płaczącą wierzbę. Drzewo rosnące tam, gdzie żaden szlachetnych gatunek nie
urośnie. Nie pojawi się tam dąb czy świerk. Tak i tu, gdzie stał On, nie pojawi
się bogata dama czy wpływowy lord z garścią złociszy za kolejne zabójstwo. W
stolicy zapomniano o mordercach, o narzędziach do załatwiania własnych,
brudnych intryg. Jego nogi z wolna się ugięły, przysiadł i spojrzał w dół. Woda
trzaskała niemiłosiernie o skały w dole, biała, gorejąca kipiel wręcz
wrzeszczała o ofiarę. Westchnął, a potem pociągną potężny łyk i przetarł
przedramieniem usta krzywiąc się niemiłosiernie. Cisnął pustą butelką prosto w
dół, lot był chwilą, a trzask jej ułamkiem. Deszcz dziesiątek wirujących i
skrzących ostrzy rozleciał się na wszystkie strony tego przeklętego świata.
Pistolet skałkowy o srebrnym ciele i czarnej rękojeści skrzętnie przyozdobioną
skórą oraz rodowym znakiem. Praca przekazywana z ojca na syna, utrzymywała jego
rodzinę przez wieki, a teraz wszystko szło ku najgorszemu. Krajowej sławy
morderca musiał kraść na bazarach i wybijać szyby w monopolowych by zaspokoić
swoje rządze, które jeszcze nie tak dawno mógł okiełznać najdroższymi trunkami.
Winem, kobietami i ich śpiewem, tańcem ich wilgotnych ciał lub gwarantem dobrej
rozrywki.
sobota, 30 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
Konkurs, Czerwony Paradoks.
Kaukaz. Dostawczy Ford, który został przerobiony na wygodny
przewóz osób właśnie przekroczył bramę. Żeliwną i ciężką, którą zwieńczała
wszystkim dobrze znana pięcioramienna gwiazda, a w jej sercu tkwiły skrzyżowane
sierp oraz młot. Symbol nowego porządku
i Rewolucji. Władzy ludu, wyzwolenia biednych, obalenia wyzysku. Wygodne, obite
skórą, głębokie fotele zajmowali obcokrajowcy z zachodu. Głównie z Europy,
jednak znajdowali się na pokładzie także amerykańscy reporterzy, których
wysłano tu z urzędu, na polecenie dyplomatów. Byli też ambasadorzy z Francji,
Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Polski, którzy akurat znajdowali się w Moskwie.
Wszyscy przylecieli do największego okolicznego miasta luksusowym samolotem,
tuż po kolacji, na którą zaprosił ich sam Józef Stalin. On też był
organizatorem całej podróży, która radzieckie władze pewnie niemało kosztowała.
Pogoda tutaj była
przepiękna. Ponad nieskończonym dla oczu przyjezdnych bezmiarem pól
rozpościerało się błękitne niebo, którego połać była nienaruszona nawet przez
najmniejszy obłok. Był nieomal środek sezonu letniego, domniemanych dni wolnych
dla ludzi pracujących, bynajmniej w standardach zachodniej Europy i tych,
którzy byli wykształceni. Jednak darmowa podróż, nawet i służbowa była warta
takich wyrzeczeń. W okolicy, do której przyjechali było dość ciepło, a więc
wszyscy podróżujący byli ubrani w dość zwiewne i lekkie odzienie, które drobnym
kosztem elegancji zapewniało komfort oraz wygodę. W busie zostały im zagwarantowane drogie
trunki, woda czy soki, wszystko, naturalnie, odpowiednio schłodzone i
przygotowane od razu do podania. Było też parędziesiąt przystawek, a wśród nich
także i kawior.
Polski wysłannik
ambasady w Moskwie, Antoni Hryc siedział samotnie. Był to dobrze wykształcony
młodzieniec, który nabierał doświadczenia w placówce dyplomatycznej pod czujnym
okiem swego dalekiego stryja. Jego śniada aparycja wygląda nieco utęsknionym i
zmarnowanym wzrokiem za okno, na pola. Setki hektarów ziemi porośnięte trawą
lub chwastami. Gleby, na której nic nie rosło. Jednym uchem przysłuchiwał się
rozmowom kilkunastu językach, które znał. Francuski, angielski, rosyjski.
Zaczynał także całkiem nieźle dukać po niemiecku, jednak nie na tyle, by
zrozumieć Bawarczyka i jego akcent. Polak na kolanach trzymał książkę o lekko
zniszczonej i podartej okładce, pożółkłych stronach, które nosiły ślady wielu
lat użytkowania. Książka nosiła dumną, wręcz historyczną dla Polski nazwę „Pan
Tadeusz”, pióra mistrza Mickiewicza.
Po dłuższej chwili
konsternacji i mieszania bezmyślnego kręcenia kieliszkiem, obok polskiego
dyplomaty zasiadł amerykański dziennikarz, który przeszedł tu aż z pierwszego
miejsca. Na sam koniec. Skinął Antoniniemu głową i uśmiechnął się miło dla oka.
Wpierw uporał się ze swoimi licznymi tobołami. Dwa plecaki, walizka i torba, a
po drodze jeszcze upadł mu na podłogę notes, gdy Ford podskoczyła na wyboistej
drodze. Parędziesiąt kartek, niczym myszy, rozpierzchło się po busie, zarówno
pod siedzenia, jak i na środek. Amerykanin klnąc pod nosem w co najmniej dwóch językach,
zebrał je dopiero po jakichś dobrych dziesięciu minutach, w międzyczasie udało
mu się nawet nabić guza na środku czoła. Usiadł z ciężkim westchnięciem,
czegoś, co miało przypominać ulgę. Przyjął butelkę z wodą od Antoniego z
ogromną wdzięcznością wymalowaną na twarzy. Zagadnął dopiero po zebraniu
swojego dobytku, po angielsku, z nieomal brytyjskim akcentem.
- Marrinson.
John Morrinson Junior. Piszę dla Times’a, mówię Panu… Strasznie
niewdzięczna robota. Co się stworzy to redaktor i tak ocenzuruje, przeinaczy, a
potem jeszcze zwali winę… - burknął ni stąd, ni zowąd Amerykanin. – Wie pan… W
Chicago mamy ogromną konkurencję.
- Antoni Hryc. Domyślam się, drogi Panie, domyślam się. My,
dyplomaci, także nie mamy łatwo. Wieczne rozmowy, każdy chce dla siebie…
Uszczknąć jak najwięcej. – westchnął dyplomata i pokręcił głową. Poziom, na
którym był jego angielski widocznie nieco zdziwił Amerykanina.
- No tak, no tak… Z ciekawości, był pan kiedyś w Ameryce? –
zapytał z ciekawością, a jego wzrok powędrował za spojrzeniem polaka. Obaj
zlustrowali traktor, który został minięty przez Forda. Wyglądał na nieużywany,
zupełnie jakby przed dwoma godzinami został ściągnięty z linii produkcyjnej,
nawet jego koła były stosunkowo czyste. Ogromnych rozmiarów, w sam raz na tak
gigantyczne areały, jakie powstały tutaj.
-Odwiedzałem kiedyś
Nowy Jork, ale byłem tam przez krócej niż tydzień. Wie Pan, imprezy dyplomatyczne
i bankiety nie trwają zazwyczaj dłużej, a to był akurat jedno z Waszych Świąt.
– odrzekł spokojnie i uśmiechnął się przez chwilę, a potem westchnął cicho. –
Miałem, także, długą praktykę w Londynie, jeśli to panu pomoże.
- Och, rozumiem, no tak, no tak. Swoją drogą, trochę to
wstydliwe, by się przyznać, ale… Wie pan po co tutaj jedziemy? Nie znam zbyt
dobrze rosyjskiego, a zostało mi jedyne powiedziane, że chcą się pochwalić
nowym porządkiem… - zapytał zmieszany Morrinson uciekając wzrokiem na książkę,
którą trzymał polak.
- Nie zostało mi to do końca wyjaśnione, a i ich przywódca
zbyt wiele nie wyjaśnił, zasadniczo, był tylko chwilę wśród nas, o ile pan
pamięta. Krótka przemowa i zniknął, to dość nieodpowiedzialne i bezczelne. To,
jednak nie moja broszka. Jedziemy obejrzeć cud ich techniki… Szczerze mówiąc,
mają sprzęt o wiele droższy od tego, który mamy w Polsce! – rzucił nieco
dziarsko, acz z mocno zaakcentowaną, ponurą nutką smutku w głosie.
- Rozumiem, no cóż… To amerykańska produkcja, u nas na
farmach takie rzeczy to pewna norma. Własność prywatna i ogromne areały to
naprawdę dobry pomysł, bez urazy, przyjacielu. Chociaż, nie chcę dać wiary, że
aż tak biedny jest Twój kraj. Te traktory nie są, aż tak drogie! – Amerykanin
spojrzał tutaj uważnie na nowopoznanego.
- Widocznie jest to możliwe, drogi przyjacielu. Mamy system
feudalny, wstyd przyznać… W zasadzie, wszyscy starają się go zachować, są o to
wieczne spory w sejmie, dlatego nasz kraj tak stosunkowo wolno się rozwija… -
westchnął blond włosy dyplomata i podrapał się po licu, gdy bus mijał kolejną
ogromną maszynę, tym razem była to kosiarka. Sporych gabarytów, tej samej firmy
co traktor, amerykańska i droga , taka, na którą nawet zamożni amerykańscy
farmerzy niezbyt mogli sobie pozwolić. Nie było obok niej nikogo, stała w
szczerym polu.
- Panie Hryc, pardon, ale… Minęliśmy już drugą, naprawdę
drogą maszynę, no tak… Czy nie powinni jej obsługiwać ludzi, na Boga? –
Amerykanin wyglądał naprawdę na zdziwionego.
- Cóż… Sądzę, że można by spytać o to przewodnika, którego
nam rzekomo… Przydzielono. Co prawda, już godzinę gada o wspaniałości Rewolucji
i pomysłowości Lenina… - przejechał kilkukrotnie palcami po nosie. –
Poczekajmy. Może po prostu mają przerwę?
- Oby. Nie podoba mi się to, Panie Hryc, to na pewno jakiś
spisek… - rzekł Amerykanin nieomal ze śmiertelną powagą.
sobota, 9 listopada 2013
Feniks
Wpierw niczym jaskółka wzniosę się
Ku błękitnym niebiosom, czystym.
Cisza. Tylko ja, słoneczne promienie
I świat pode mną.
Ku błękitnym niebiosom, czystym.
Cisza. Tylko ja, słoneczne promienie
I świat pode mną.
Potem, jak kamień zrzucony z chmury,
spadnę i w proch się obrócę.
Zniknę w furii łoskotu.
Spłonę.
spadnę i w proch się obrócę.
Zniknę w furii łoskotu.
Spłonę.
W proch się przeistoczę z tej siły,
By w pełni swego talentu powstać,
Potężny i dumny. Majestat.
Niczym feniks, z płomieni.
By w pełni swego talentu powstać,
Potężny i dumny. Majestat.
Niczym feniks, z płomieni.
Wzniosę się ku szczytom, znowu.
W swych płomienistych szatach,
Ponad bezmiarem i kresem.
Swoim talentem wzlecę.
W swych płomienistych szatach,
Ponad bezmiarem i kresem.
Swoim talentem wzlecę.
czwartek, 7 listopada 2013
Wieczór jesienny, wiersz.
Okno. Za nim szaro, ponuro.
Szyba łzami moknie
I dżdżu krople po niej suną.
Jak myśl.
Sam, jeden. Żeglarz na lodzi snu
Dryfujący po bezmiarze marzeń.
Rozbitek na brzegu samotności
O skały wyboru, kochania.
Coś spokojna fala radości niesie,
Oto szczęście od burty się odbiło
I do innego, do topielca uciekło.
A łódź na glebie sunie, samotnie.
W ten wieczór samotny,
Tak jesień
I tak życie widzę.
Jesienny świat umierania.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Postapo, początek. (Próba, będzie kontynuowana jako oderwanie się od głównego wątku).
Ziemia. Rok 2035, minęły dwadzieścia dwa lata od konfliktu w
Syrii. Od użycia broni atomowej na masową skalę przez USA i odpowiedź Rosji za
zniszczone złoża ropy naftowej, za zabitych żołnierzy oraz złamanie traktatów
międzynarodowych. Radioaktywna chmura zaległa nad całym globem niczym całun,
zatruła powietrze, płytsze zbiorniki, wody powierzchniowe, rzeki. Ludzkość
została nieomal całkowicie zmieciona z powierzchni Ziemii. Jedynie dzięki
schronom przeciwatomowym, bunkrom czy poniemieckich podziemiach z okresu III
Rzeszy, uchowała się chociaż garstka. Zginęły miliony, jeśli nie miliardy. Z powierzchnią
nikt nie posiadał kontaktu, ani nawet wizji. Jest jedynie pewne, że
radioaktywna atmosfera naszej planety staje się coraz normalniejsza do życia.
Matki natury nie da się całkowicie wyeliminować, jeśli przetrwała ludzkość,
przetrwała i ona. Ludzie, którzy mieli dość podziemi nigdy nie wrócili.
Niektórzy próbowali, ale zazwyczaj byli zabijani przez swoich lub po prostu
niewpuszczani. Wyglądali inaczej, zachowywali się jak obłąkańcy. To co jest na
zewnątrz, na powierzchni musiało ich przerazić. Zmienić. Ludzie, którzy
przeżyli ten kataklizm porozumiewają się ze sobą tylko i wyłącznie dzięki
telefonom satelitarnym, które i tak niedługo przestaną działać. Satelity też
mają swoją „datę ważności”, a my straciliśmy możliwość tworzenia lub nawet
naprawiania ich. Mówi się, także o niepokojącym zjawisku, które jednocześnie
jest dla wszystkich cholernie szczęśliwe. Radioaktywna chmura, jak już mówiłem,
znika. Bardzo szybko, obecność promieniowania na powierzchni w ciągu ostatnich
dni zmalała prawie do zera. Możliwe, że to jakiś mechanizm samej matki natury,
możliwe, jednak… Szkoda słów. Miejmy nadzieję na pierwszą opcję z tych dwóch.
Subskrybuj:
Posty (Atom)