środa, 13 listopada 2013

Konkurs, Czerwony Paradoks.

Kaukaz. Dostawczy Ford, który został przerobiony na wygodny przewóz osób właśnie przekroczył bramę. Żeliwną i ciężką, którą zwieńczała wszystkim dobrze znana pięcioramienna gwiazda, a w jej sercu tkwiły skrzyżowane sierp oraz młot.  Symbol nowego porządku i Rewolucji. Władzy ludu, wyzwolenia biednych, obalenia wyzysku. Wygodne, obite skórą, głębokie fotele zajmowali obcokrajowcy z zachodu. Głównie z Europy, jednak znajdowali się na pokładzie także amerykańscy reporterzy, których wysłano tu z urzędu, na polecenie dyplomatów. Byli też ambasadorzy z Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Polski, którzy akurat znajdowali się w Moskwie. Wszyscy przylecieli do największego okolicznego miasta luksusowym samolotem, tuż po kolacji, na którą zaprosił ich sam Józef Stalin. On też był organizatorem całej podróży, która radzieckie władze pewnie niemało kosztowała.
 Pogoda tutaj była przepiękna. Ponad nieskończonym dla oczu przyjezdnych bezmiarem pól rozpościerało się błękitne niebo, którego połać była nienaruszona nawet przez najmniejszy obłok. Był nieomal środek sezonu letniego, domniemanych dni wolnych dla ludzi pracujących, bynajmniej w standardach zachodniej Europy i tych, którzy byli wykształceni. Jednak darmowa podróż, nawet i służbowa była warta takich wyrzeczeń. W okolicy, do której przyjechali było dość ciepło, a więc wszyscy podróżujący byli ubrani w dość zwiewne i lekkie odzienie, które drobnym kosztem elegancji zapewniało komfort oraz wygodę.  W busie zostały im zagwarantowane drogie trunki, woda czy soki, wszystko, naturalnie, odpowiednio schłodzone i przygotowane od razu do podania. Było też parędziesiąt przystawek, a wśród nich także i kawior.
 Polski wysłannik ambasady w Moskwie, Antoni Hryc siedział samotnie. Był to dobrze wykształcony młodzieniec, który nabierał doświadczenia w placówce dyplomatycznej pod czujnym okiem swego dalekiego stryja. Jego śniada aparycja wygląda nieco utęsknionym i zmarnowanym wzrokiem za okno, na pola. Setki hektarów ziemi porośnięte trawą lub chwastami. Gleby, na której nic nie rosło. Jednym uchem przysłuchiwał się rozmowom kilkunastu językach, które znał. Francuski, angielski, rosyjski. Zaczynał także całkiem nieźle dukać po niemiecku, jednak nie na tyle, by zrozumieć Bawarczyka i jego akcent. Polak na kolanach trzymał książkę o lekko zniszczonej i podartej okładce, pożółkłych stronach, które nosiły ślady wielu lat użytkowania. Książka nosiła dumną, wręcz historyczną dla Polski nazwę „Pan Tadeusz”, pióra mistrza Mickiewicza.
  Po dłuższej chwili konsternacji i mieszania bezmyślnego kręcenia kieliszkiem, obok polskiego dyplomaty zasiadł amerykański dziennikarz, który przeszedł tu aż z pierwszego miejsca. Na sam koniec. Skinął Antoniniemu głową i uśmiechnął się miło dla oka. Wpierw uporał się ze swoimi licznymi tobołami. Dwa plecaki, walizka i torba, a po drodze jeszcze upadł mu na podłogę notes, gdy Ford podskoczyła na wyboistej drodze. Parędziesiąt kartek, niczym myszy, rozpierzchło się po busie, zarówno pod siedzenia, jak i na środek. Amerykanin klnąc pod nosem w co najmniej dwóch językach, zebrał je dopiero po jakichś dobrych dziesięciu minutach, w międzyczasie udało mu się nawet nabić guza na środku czoła. Usiadł z ciężkim westchnięciem, czegoś, co miało przypominać ulgę. Przyjął butelkę z wodą od Antoniego z ogromną wdzięcznością wymalowaną na twarzy. Zagadnął dopiero po zebraniu swojego dobytku, po angielsku, z nieomal brytyjskim akcentem.

- Marrinson. John Morrinson Junior. Piszę dla Times’a, mówię Panu… Strasznie niewdzięczna robota. Co się stworzy to redaktor i tak ocenzuruje, przeinaczy, a potem jeszcze zwali winę… - burknął ni stąd, ni zowąd Amerykanin. – Wie pan… W Chicago mamy ogromną konkurencję.
- Antoni Hryc. Domyślam się, drogi Panie, domyślam się. My, dyplomaci, także nie mamy łatwo. Wieczne rozmowy, każdy chce dla siebie… Uszczknąć jak najwięcej. – westchnął dyplomata i pokręcił głową. Poziom, na którym był jego angielski widocznie nieco zdziwił Amerykanina.

- No tak, no tak… Z ciekawości, był pan kiedyś w Ameryce? – zapytał z ciekawością, a jego wzrok powędrował za spojrzeniem polaka. Obaj zlustrowali traktor, który został minięty przez Forda. Wyglądał na nieużywany, zupełnie jakby przed dwoma godzinami został ściągnięty z linii produkcyjnej, nawet jego koła były stosunkowo czyste. Ogromnych rozmiarów, w sam raz na tak gigantyczne areały, jakie powstały tutaj.
 -Odwiedzałem kiedyś Nowy Jork, ale byłem tam przez krócej niż tydzień. Wie Pan, imprezy dyplomatyczne i bankiety nie trwają zazwyczaj dłużej, a to był akurat jedno z Waszych Świąt. – odrzekł spokojnie i uśmiechnął się przez chwilę, a potem westchnął cicho. – Miałem, także, długą praktykę w Londynie, jeśli to panu pomoże.
- Och, rozumiem, no tak, no tak. Swoją drogą, trochę to wstydliwe, by się przyznać, ale… Wie pan po co tutaj jedziemy? Nie znam zbyt dobrze rosyjskiego, a zostało mi jedyne powiedziane, że chcą się pochwalić nowym porządkiem… - zapytał zmieszany Morrinson uciekając wzrokiem na książkę, którą trzymał polak.
- Nie zostało mi to do końca wyjaśnione, a i ich przywódca zbyt wiele nie wyjaśnił, zasadniczo, był tylko chwilę wśród nas, o ile pan pamięta. Krótka przemowa i zniknął, to dość nieodpowiedzialne i bezczelne. To, jednak nie moja broszka. Jedziemy obejrzeć cud ich techniki… Szczerze mówiąc, mają sprzęt o wiele droższy od tego, który mamy w Polsce! – rzucił nieco dziarsko, acz z mocno zaakcentowaną, ponurą nutką smutku w głosie.
- Rozumiem, no cóż… To amerykańska produkcja, u nas na farmach takie rzeczy to pewna norma. Własność prywatna i ogromne areały to naprawdę dobry pomysł, bez urazy, przyjacielu. Chociaż, nie chcę dać wiary, że aż tak biedny jest Twój kraj. Te traktory nie są, aż tak drogie! – Amerykanin spojrzał tutaj uważnie na nowopoznanego.
- Widocznie jest to możliwe, drogi przyjacielu. Mamy system feudalny, wstyd przyznać… W zasadzie, wszyscy starają się go zachować, są o to wieczne spory w sejmie, dlatego nasz kraj tak stosunkowo wolno się rozwija… - westchnął blond włosy dyplomata i podrapał się po licu, gdy bus mijał kolejną ogromną maszynę, tym razem była to kosiarka. Sporych gabarytów, tej samej firmy co traktor, amerykańska i droga , taka, na którą nawet zamożni amerykańscy farmerzy niezbyt mogli sobie pozwolić. Nie było obok niej nikogo, stała w szczerym polu.
- Panie Hryc, pardon, ale… Minęliśmy już drugą, naprawdę drogą maszynę, no tak… Czy nie powinni jej obsługiwać ludzi, na Boga? – Amerykanin wyglądał naprawdę na zdziwionego.
- Cóż… Sądzę, że można by spytać o to przewodnika, którego nam rzekomo… Przydzielono. Co prawda, już godzinę gada o wspaniałości Rewolucji i pomysłowości Lenina… - przejechał kilkukrotnie palcami po nosie. – Poczekajmy. Może po prostu mają przerwę?

- Oby. Nie podoba mi się to, Panie Hryc, to na pewno jakiś spisek… - rzekł Amerykanin nieomal ze śmiertelną powagą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz