Ziemia. Rok 2035, minęły dwadzieścia dwa lata od konfliktu w
Syrii. Od użycia broni atomowej na masową skalę przez USA i odpowiedź Rosji za
zniszczone złoża ropy naftowej, za zabitych żołnierzy oraz złamanie traktatów
międzynarodowych. Radioaktywna chmura zaległa nad całym globem niczym całun,
zatruła powietrze, płytsze zbiorniki, wody powierzchniowe, rzeki. Ludzkość
została nieomal całkowicie zmieciona z powierzchni Ziemii. Jedynie dzięki
schronom przeciwatomowym, bunkrom czy poniemieckich podziemiach z okresu III
Rzeszy, uchowała się chociaż garstka. Zginęły miliony, jeśli nie miliardy. Z powierzchnią
nikt nie posiadał kontaktu, ani nawet wizji. Jest jedynie pewne, że
radioaktywna atmosfera naszej planety staje się coraz normalniejsza do życia.
Matki natury nie da się całkowicie wyeliminować, jeśli przetrwała ludzkość,
przetrwała i ona. Ludzie, którzy mieli dość podziemi nigdy nie wrócili.
Niektórzy próbowali, ale zazwyczaj byli zabijani przez swoich lub po prostu
niewpuszczani. Wyglądali inaczej, zachowywali się jak obłąkańcy. To co jest na
zewnątrz, na powierzchni musiało ich przerazić. Zmienić. Ludzie, którzy
przeżyli ten kataklizm porozumiewają się ze sobą tylko i wyłącznie dzięki
telefonom satelitarnym, które i tak niedługo przestaną działać. Satelity też
mają swoją „datę ważności”, a my straciliśmy możliwość tworzenia lub nawet
naprawiania ich. Mówi się, także o niepokojącym zjawisku, które jednocześnie
jest dla wszystkich cholernie szczęśliwe. Radioaktywna chmura, jak już mówiłem,
znika. Bardzo szybko, obecność promieniowania na powierzchni w ciągu ostatnich
dni zmalała prawie do zera. Możliwe, że to jakiś mechanizm samej matki natury,
możliwe, jednak… Szkoda słów. Miejmy nadzieję na pierwszą opcję z tych dwóch.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz