Mężczyzna stał na klifie i spoglądał w morski bezmiar. Był
ciepły, letni wieczór, delikatna bryza zawiewała mu w twarz. W prawej dłoni
trzymał okrągła butelkę wypełnioną przezroczystym płynem, w drugiej, natomiast,
pistolet. Dookoła unosił się zapach alkoholu, a kształtna, okrągła kolba idealnie
leżała w dłoni. W piach pod jego stopami wbite leżały kolejne puste butelki,
wódka, wino, piwo. Stał w miejscu spotkań okolicznej hołoty. Hołoty,
intelektualnych imbecyli, pospólstwa. Biedoty, której sam stał się ostatnimi
czasy częścią. Brak odpowiednich zastrzyków złota, nowych zleceń oraz pociąg do
alkoholu i pięknych kobiet robi swoje. Długie, blond włosy jasnoskórego
mężczyzny smętnie powiewały przy każdym podmuchu, przypominały żałosną,
płaczącą wierzbę. Drzewo rosnące tam, gdzie żaden szlachetnych gatunek nie
urośnie. Nie pojawi się tam dąb czy świerk. Tak i tu, gdzie stał On, nie pojawi
się bogata dama czy wpływowy lord z garścią złociszy za kolejne zabójstwo. W
stolicy zapomniano o mordercach, o narzędziach do załatwiania własnych,
brudnych intryg. Jego nogi z wolna się ugięły, przysiadł i spojrzał w dół. Woda
trzaskała niemiłosiernie o skały w dole, biała, gorejąca kipiel wręcz
wrzeszczała o ofiarę. Westchnął, a potem pociągną potężny łyk i przetarł
przedramieniem usta krzywiąc się niemiłosiernie. Cisnął pustą butelką prosto w
dół, lot był chwilą, a trzask jej ułamkiem. Deszcz dziesiątek wirujących i
skrzących ostrzy rozleciał się na wszystkie strony tego przeklętego świata.
Pistolet skałkowy o srebrnym ciele i czarnej rękojeści skrzętnie przyozdobioną
skórą oraz rodowym znakiem. Praca przekazywana z ojca na syna, utrzymywała jego
rodzinę przez wieki, a teraz wszystko szło ku najgorszemu. Krajowej sławy
morderca musiał kraść na bazarach i wybijać szyby w monopolowych by zaspokoić
swoje rządze, które jeszcze nie tak dawno mógł okiełznać najdroższymi trunkami.
Winem, kobietami i ich śpiewem, tańcem ich wilgotnych ciał lub gwarantem dobrej
rozrywki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz