wtorek, 29 października 2013

Poezja, tłumaczenie. My dear, white friend.

My dear, white friend.
When I came onto this world – I was black.
When the time was passing with my age – I was black.
When the sun is throwing it’s rays on my skin – I’m black.
When everywhere around me is cold – I’m black.
When the sickness is weakening my body – I’m black.
When this World is scarring me – I’m black.
But you.. You, my dear, white human… After your born – you’re pink.
When the time is making you older – you’re white.
When the sun is giving you it’s shine – you’re red.
When the winter is taking all over the world you… You’re blue!
When the illness is taking over you – you’re yellow!
When something will make you frightened – you look like a skeleton!
And after all of this camouflage you’re proud of yourself to call me… Colourful?!


Drogi mój w bieli towarzyszu!
Gdy mię mateczka powiła jam był czarny!
Gdy me wieki zamęty czasu porywały, jam ostawał czarnym!
A gdy mię skąpąć jutrzenki blask zechce – czarnym ostaję!
Gdym przerażonym – czarny znowuż i wciąż jestem!
Gdy biel, gdy chłód i czeluść lodowa świat pochłonie – jam ostaję sobą, w czerni, niezmienny.
Gdy ból w ciało, w serce jako kły gadzie zagłębią się - jam czarny.
A Tyż?! Tyż biały, skryty człowiecze? Czemuż, gdy matka Cię powinie ostajesz w różu?
Czemuż, gdy Tobie toć wieku zabierają piaski czasu stajesz się białym?
Czemuż gdy Twe cielsko nawiedzi chłód jesteś w błękicie swej skóry ukryty?
Gdy się boisz… Toć jesteś jako trup blady!
Słoneczne promienie? Na widok ich Twa skóra szkarłacieje!
Gdy Twe ciało cierpi katusze, uderzane chorobą jako najwyższe szczyty wiatrem, wtedyś zielony!
A gdy przykrą tą maskaradę zakończysz - wciąż pysznisz się nazywając mnie kolorowym?

Poezja, stare próby. Roboczo: Chłód.

Chłodny szal
Życie zabrane
Serce zrabowane
Śmierć bez radości wita
Śmierć Cię nie spyta
Czemuż strata boli?
Czemuż ból w głowie roi?
Cierpienia coraz więcej
Jak smrodu w trumnie dziecięcej
Rośnie w sercu Twoim

I życiu trwogim.

Próby, próby. No name. Poezja.

Serc tysięcy bicie słyszeć
Twarz jednej tylko widzieć
Tej, którą kocha, którą miłuje
I na pewno kiedyś ucałuje.
Z ust miłości nektar spija,
Tam, gdzie słowa spowija,
W całość, w jedność, a w niej siła
Co nad bogów wynosi Cię, ma miła.

Oczu głębia skryta,
Spomiędzy włosów wita,
Radością, wesołością, miłością
I smutku, bólu, nienawiści nicością.


Twarzyczka uśmiana i rumiana
Jak narkotyk, jak słodycz – omamia.
W śnie zawsze się objawa
Ta sama, piękna, jak zjawa,
Co nie wstrętna,
Ani natrętna,
A moja, kochana,

Przez me serce wołana.

Poezja, stare próby.

Ludu głos dla nich zbyt daleki,
Ludu czyn dla nich zbyt kaleki,
Złotem, majątkiem nieswoim gardzą,
Bawiąc się nim jak pomiędzy piaskami dzieci,
Wydając, zatracając, marnując i śmiejąc się,
Ci co pracą rąk nie hańbili,
Ci co ponad stanem siebie nazywają,
Równości chcieć lud może,
Równości i ja pożądam,
Jednak, nie pisana nam ona,
Nie pisana nam sprawiedliwość,
Ani bogactwa, ani złoto,
Nie tu, nie w domu,
Domu zniszczonym,
Ograbianym,
Okradanym,
Nadzieja?
Umarła.




Zapomnieć, odrzucić w niepamięć,
Nie myśleć, nie pamiętać,
Zła, dobra, szarości dnia,
W nicości się zatopić, zniknąć.
Kroczyć drogą w dół,
Spiralą niknąć w nieskończonym,
Woda, ogień, śmierć i życie,
Sensu szukać w tym nie idzie,
Czeluść to zbyt głęboka.


Poezja, stara. Próby, rymy. No name.

Niegdyś mozolnie rękoma ludzkimi ciosane,
Cios w cios, kształtowane, upiększane,
Figury, rzeźby, piękne mozaje,
Kamienice nimi wszak pokryte.
Te piękne, te zdobne i te biedniejsze,
Których panów nie stać było na takie stroje
Dla swych domostw i siebie samych, Ci
Jeno portrety mieć swe na owych chcieli,
Na kształt popiersia, głowy, czy zdobnej figury,
Malunek, rzeźba z kamienia, co trwalsze, co piękniejsze.
Teraz? Teraz toć zgubione, nie ważne!
Jeno poczciwe, piękne i ufne ptactwo co noc,
Za kryjówkę swą obiera, to, co niegdyś zdobić miało,
A teraz zapomniane ostało,
Przez potomnych, przez nas samych,
Przez tych co mądrymi zwać się chcą,
A o historii głupcy zapominają.
Gołąb toć ptak mądrością grzeszący,
Dla wielu nawet i przyjaciel jedyny,
Przy życiu ostający.
Te to właśnie pamiętne ptaszyny,
Które karmione niegdyś ręką,
Starych kamienic właścicieli,
Za domostwo, za leże swe obrały,
Posągi ich dawnych karmicieli.
Jedyne one pamiętają, doceniają,
Kto pomógł, kto nie opuścił,
Tego i one nie opuszczą,
Przez wieczność.
Czemuż więc ciżba głupia niszczy,
Zabytki drogie, piękne owe?
Cóż, że stare? Że schronienie daje,
Niewinnym, żywym i cierpiącym,
Przez mrozu okropnego szpony,
Głodu okowy, czy samotności kajdany,

Ptakom nielicznym, niewielu, kilku? 

Poezja, nazwijmy to, prawdziwa.

Odjechać

Nicość, odjechać, odjechać na wieki
Nie powrócić, nie czekać, nigdy i po nic
Błękit i biel dostrzegać
I szkarłat oraz serca podziw
Kroczyć ku nicości
Nic o niej nie wiedząc, wcale jej nie pragnąć
Nie pożądając, nie znając tej pustki
Zniknąć w jej otchłani
Powieki opuścić, obraz swój dostrzec
Śmierci się oddać, śmierci się oddać
Do uczucia tego się zbliżać
Od swej postury siebie oderwać
Porzucić i to co źle ukochane i to co znienawidzone
Martwotę ciała swego dostrzegać pod bladym kamieniem
W szkarłacie, jak posoki ziemi
W cieniu i ciszy, schowana, nimi otoczona, tam, na wzgórzu!
Głosem i światłem szalonej

Tam, gdzie słońca promieniom do wzgórza blisko.



Kiedy Odejdę

Czas, w którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Przed oczyma Twymi o słońca wschodzie powstanie
To, czego dusza Twoja oczekuje.
Pragnienie Twoje z ust Twych łakomych spijam, jako nektar.
Czas, w którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
W mgle mroku skryte łagodnie, odkryjesz
Wszystko to, za czym Twoje serce wygląda.
Pracuję, by przetrwać i dzień i noc, jednak to tylko odroczenie.
Czas, w którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Pustka śpiew zrodziła, ujrzysz go, zstępując na krawędź czasu,
Czas, w którym zniknę przerodzi się teraz w nieskończoność.
Chodź, krocz za mną, dostrzeż, to co ja - śmierci agonię,
która pogrąża się w odmętach życia wody, niknie, klarownie .
Czas, w którym zniknę, przerodzi się teraz w nieskończoność.
Ah, zwycięska ponad wodami czasu, triumfuj, Wieczność!



Powolny Upadek

Wpierw wzrokiem obdarowanie
Następnie usta uśmiechem kwitną
Potem czyn dopełnia
Nadzieja się pojawia, gdy usta zetknięte
Dłonią ku niej sięgasz
Chwycić pragniesz, próbujesz
Wtem upadek
Wpierw opadają plecy             
Te zaś postać
Gonitwę cień dopełnia
Kończyć ją poczyna łza mknąca, nadziei śmierć
Aż w końcu…

Stare. Roboczo: Rozbitek, krótkie opowiadanie.

Szkarłatne słońce niknęło za horyzontem, uciekając kolejny raz chmurom, ustępując srebrzystej poświacie księżyca. Promienie umierającego dnia odbijały się wciąż od morskiej wody, tworząc z jej zielonym kolorem tęczę barw, zachód istnie romantyczny, jak i piękny. Nie dla wszystkich. Niektórzy ludzie powiadają, że szkarłat zachodu świadczy o rozlewie krwi. Szczerze powiedziawszy tego dnia to Oni mieli rację. Te wody widziały wiele, zła, radości. Śmierci, jaki  zaślubin, tego dnia wesołości nie mogło doznać – w otoczeniu szkarłatnego poblasku promieni słonecznych na brzeg z każdą chwilą były wynoszone resztki.  Deski, połamane beczki, ciała, butelki… Wszystko to rzucone w gęsty, drobny piach, szybko nabierający barwy czerwieni od poległych, tego koloru nie mogła zmyć nawet biel piętrzących się fal. Do brzegu przybijały resztki skrzyń, oswobodzone kule do karabinów, noże, sztylety… A nawet tak błahe rzeczy jak widelce, to nie był dzień bitwy. To nie ona sprowadziła destrukcję i zniszczenie, którego niemym świadkiem stało się nieomal bezkresne morze, przynajmniej dopóki nie potrafimy z nim… Rozmawiać. Pomiędzy kolejnymi falami niektóre były naprawdę duże, jak się okazywało – nie bez przyczyny, niektóre wyrzucały na brzeg klatki z obdartusami, pewno więźniami, cóż, może statek ten nie był wcale wojenny, a może to tylko jeńcy, a nie skazańcy, może. Mijały minuty, fale wynosiły na brzeg coraz mniej rzeczy, deski, na niektórych z nich dryfowały ciała, większe, mniejsze, męskie, kobiece, bez różnicy – bez ruchu, martwe, nieprzytomne, a może tylko śpiące? To nie było istotne dla wody, która wszystkie je po kolei rzucała na brzeg. Pomiędzy nimi tylko dwóm istotom podnosiła się i opadała klatka piersiowa, była to młodziutka dziewczyna, może… Czternaście? A może szesnaście lat, nie ważne. Miała kruczoczarne, mokre włosy, oklejające jej głowę i plecy niczym taśma, podbite oczy, rany na wargach, a nawet drobne oparzenia dookoła ramion. Ściskała kurczowo w dłoniach małą, skórzaną teczkę, która wyglądała jak wydarta psu z gardła. Na dodatek była ubrana w bardzo mocno zniszczoną niebieską sukienkę podwiązaną białą kokardą. Mężczyzna natomiast, którego fale wyrzuciły pomiędzy kamienie, na piach, miał może dwadzieścia lat, a mimo to jego włosy były śnieżnobiałe, delikatnie tylko pokryte to tu, to tam złocistą poszlaką.  Jego ciało skryte było wśród licznych blizn, oparzeń i zadrapań, sama sylwetka nie była wielce postawna, raczej przypominał kogoś, kto potrafił kraść i skradać się, spiskować, a nie realnie walczyć. Może był jakimś artystą, a może złodziejem, leżał odziany tylko i wyłącznie w poszarpane, lniane spodnie, ledwo sięgające do kolan. Sekundy uciekały jak piasek poprzez palce, mijały minuty, a dwójka leżała, dochodząc z wolna do siebie. To był czas, którego słońce potrzebowało do nieomal całkowitej ucieczki, na horyzoncie widniała już delikatna, niewyraźna szkarłatna poświata. Łuna ta ustępowała zdecydowanie chłodniejszemu, błyszczącemu niczym stal w mroku blasku księżyca. Ten zaś wkraczał na niebo jak król, wolno, majestatycznie i bez obaw, otulając morze oraz plażę chłodnym wzrokiem. Pierwsza powieki zaczęła uchylać młoda dziewczyna.
  Nie wypuściła z dłoni teczki, nawet pomimo bólu, który towarzyszył jej oparzeniom – z wolna się podniosła, usiadła. Jej wzrok zatoczył koło, a oczy zaczęły zachodzić pojedynczymi łzami. Tkwiła nieomal sama na plaży, pomiędzy martwymi. Wieczorna bryza, która subtelnie owiewała jej twarz była chłodna, tak samo jak piasek, czy ubranie, w które została ubrana. Z każdą sekundą wydawała się smutniejsza, bardziej przejęta, a na dodatek zimno dało o sobie znać, trzęsła się i z owego i ze strachu, który z łatwością chwycił ją za serca. Ponownie zlustrowała wzrokiem krajobraz, słońce zaszło na dobre, niknąc za horyzontem, a księżyc w swym upiornym, trupim poblasku kąpał ciała, a także ich resztki walające się na piasku dziewiczej plaży. Wszystko to było przerażającą grą światła i cienia, dziewczyna ruszyła, ostrożnie przechodząc pomiędzy zmarłymi, unikając ich jak ognia. Każdy jej krok przypominał nieco schodek do piekła, niedawno straciła rodzinę, pożar, spłonął cały dom, a w nim rodzice, siostra, a nawet ukochany kot. Cały majątek doszczętnie spłonął, co jeśli… Jedyny opiekun, psychiatra także umarł? Zginął na statku? To byłby koniec, ostateczny i definitywny koniec. Z ogromnym, rosnącym obrzydzeniem przykucnęła, przy jednym z poległych. Wpierw ukuła truchło palcem w ramie, gdy nie dało oznak życia, zaczęła obracać je na plecy, a potem spojrzała na twarz. Szpetny, stary marynarz o wielkim nosie i szkorbucie na wyszczerzonych w śmiertelnej agonii zębach. Nie zna go, a może jednak? Może tylko nie chce? To nie ważne, te ciała i tak niedługo pochłoną fale, zwierzęce żołądki oraz inne, podobne, naturalne rzeczy. Powstała z kolan, znowu zatoczyła wzrokiem po widnokręgu, gdzie nie spojrzeć – śmierć, zniszczenie, zapomnienie. Prawdopodobnie nikt nie zapłacze, poza żonami niektórych, prawdopodobnie nikt nie wspomni i nikt nie znajdzie. Zapomnienie na wieki. Ruszyła ostrożnie dalej, po drodze zdjęła pantofle, które teraz trzymała w dłoniach, zniszczone, stare, a nawet dziurawe, taki już los sierot. Przystawała co jakiś czas, by przyjrzeć się umarłym, poza własnym strachem i łzami, które gorzko przełykała, nie widziała niczego, ani nikogo, kogo znała. Wszystko na marne, szła ku wodzie, wymijała ciała, deski, resztki skrzyń, zastawy, a nawet szaf, podniosła jedynie małą, prostą kuszę, z której i tak za bardzo nie widziała jak strzelać, parę bełtów, dwa, duże noże kuchenne. Zdecydowała, chciała przeżyć. Może był to instynkt, może własne działanie, przykucnęła przy wodzie i dała owiać swą twarz chłodnej bryzie, przy okazji, której z wolna opuściła wzrok ku tafli. W jednej sekundzie jej serce stanęło, odskoczyła tłumiąc wrzask. Gorąco uderzyło w jej ciało, przepływając jak irytujący strumień energii, zamarła na nieco ugiętych nogach. Stała. Czekała, nie wiedząc sama na co. Sekunda, dwie, cztery, dziewięć, cisza. Wieczna, głucha absencja dźwięku przerywana jedynie szumem fal niczym smętną pieśnią, szantą. Podeszła znowu z wolna do wody, tafla w miejscu, w które spojrzała wcześniej nieco się czerwieniła, jednak, gdy spojrzała wyżej dostrzegła znajomą twarz. Facjatę osobnika w cienkich okularach o drucianych oprawkach, które jakimś cudem ostały się na zniszczonej przez zatroskanie oraz wiek twarzy, przyozdobionej siwym, bujnym wąsem i znaczną łysiną. Doktor Rosentau. Martwy, siny, otoczony czerwienią własnej krwi, a dookoła niego żarłoczne ryby. Koniec. Śmierć nadziei, która miała umrzeć ostatnia, a licho dopadło ją przedwcześnie…


Roboczo: Fjara, fragment. Steampunk, próbka.

W promieniach wschodzącego słońca, które oświetlało średniej wielkości, raczej niezbyt bogate nadbrzeże portowe, kręciły się tłumy ludzi. Stały także przycumowane statki parowe lub żaglowe. Jednostki różnych miar i wyporności, wszystko to było spowite w mieszankę rybiego odoru ze smrodem spalanego węgla. Ten ostatni zresztą czarnym lub białym dymem był wyrzucany przez mnogie kominy zarówno parowców, jak i domów, tawern, kramów. Zamieszanie trwało w najlepsze, do portu właśnie przybił największy jak dotąd statek parowy, transoceaniczny. Załoga w pocie czoła starała się jak najszybciej wypuścić podróżnych na ląd, a Ci, którzy na lądzie już byli pozdrawiali przybyłych, albo zwyczajnie oglądali kolosa. Jednostka była oblegana przez małe łodzie patroli przybrzeżnych, by brońcie bogowie nie stało się nic złego. Nikt w tym rozgardiaszu nie zauważył małej, parowej jednostki, która właśnie podpływała do ostatniego, najbardziej zniszczonego i trzymającego się na słowo honoru pomostu, do której zresztą po chwili przybiła. Na lądzie nie czekał nikt, załoga sama musiała walczyć zarówno z wiatrem, jak i ciężkimi, cumowniczymi linami. Statek w sumie nadawałby się tylko na złom, gdyby straż albo ktokolwiek przyjrzał mu się dokładniej – pasażerowie płynęli na własne ryzyko, wszak łajba była łatana częściej niż rany młodzieńca. Deski pokładu, których tu i tam brakowało, były popróchniałe, stare, miały barwę ciemnego, mocno przegniłego drewna, którego nawet woda morska nie zdołała zakonserwować dostatecznie. Niektórzy pasażerowie przeskakiwali na molo jeszcze przed odpowiednim zacumowaniem łodzi, tylko jeden z całej czwórki, elf, wpadł do wody, mimo to… Nikt się nim specjalnie nie przejął, każdy miał własne interesy, a on widocznie był zbyt biedny, by się to opłacało. Niedoszły topielec płynął w stronę brzegu, a trójka jego kompanów ruszyła przez pomost, rycząc ze śmiechu. Reszta pasażerów, która pozostała na pokładzie pomagała załodze, niemal wszyscy. Niemal, bo tylko ruda, długowłosa pół-elfka stała na środku. Dziewczyna, a w zasadzie młoda kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata i jak przypadało na przedstawicielkę swojej rasy była o wiele piękniejsza niż ludzkie kobiety dookoła niej. Spuścizna po elfim rodzicu. Nieco dłuższe, niż u człowieka, szpiczaste, w zasadzie zakończone niczym grot strzały. Nogi jak nogi, długie, szczupłe jak i płaskawy brzuch. Najbardziej przerażać jednak powinna sercowata twarz dziewczyny, konstelacja mnogich piegów pokrywających cały zgrabny nosek i lica, a do tego oczy. Duże, nieco podkrążone, kasztanowo-czarne oczy, które patrzyły na świat z upiorną ciekawością oraz pomysłowością, teraz z dolewką wyższości nad biegającymi członkami załogi. Za tym wszystkim, gdzieś w głębi, siedziało ukryte, niczym kret, szaleństwo. Pomiędzy szponiastymi palcami trzymała, otuloną w wiotkie ramiona, sporą, brązową teczkę, w której co chwila coś metalicznie brzęczało. Trap w końcu opadł, z głuchym rumorem, po jakimś kwadransie krzątaniny, przez ten czas dziewczyna usunęła się w cień, schodząc tym samym z drogi zabieganym załogantom. Na całości akcji nieznacznie ucierpiał tylko pomost, z którego odpadło parę sczerniałych desek. Kapitan gromkim głosem poganiał i wydawał rozkazy
- Pojedynczo! Nie spieszyć się! Każdy zejdzie na ten pieprzony ląd! – To był stary wilk morski, ale i tak nie wielu pasażerów go usłuchało, ludzie, orkowie i inni pchali się dwójkami lub nawet trójkami, byle szybciej. Dziewczyna obserwowała to z widoczną pogardą, zadzierając wysoko podbródek. Obserwowała, przy okazji swobodnie poprawiając swoje… Nietypowe ubranie. Biała, haftowana bluzka o długich rękawach, zakończonych drobną koronką. Ta część garderoby była poznaczona licznymi plamami ropy i oleju. Nogi miała zakryte całkowici długimi czarnymi spodniami na mocno przetartych szelkach, do tego dziewczyna miała wysokie, glanopodobne wojskowe buty o kolorze najmroczniejszej nocy. To wszystko było uzupełnione przez oprawione w czerń gogle o czerwonych szkłach i podobny monokl, który właśnie założyła. Po tych przygotowaniach ruszyła zdecydowanym krokiem, jako ostatnia. Powoli, dumnie, nadęcie i z miną świadczącą co najmniej chęci o rozłożenia jakiejś maszyny na drobne części. Podziękowała krótko Kapitanowi za rejs, a potem, unikając dziur w pomoście, ruszyła przed siebie. Do swojej nowej siedziby. Nowego warsztatu i do starego, dobrego mogłaby rzec, przyjaciela.

Gdy jesteś nowoprzybyłą, zagubioną i pokręconą półelfią inżynierką w obcym mieście, możesz czuć się niezręcznie, szczególnie, gdy od więzienia ratuje Cię, pieniężną zapomogą, zapomniany przyjaciel. A w dziurze bez drogowskazów, z brudnymi ulicami oraz z bandą uciekinierów za mieszkańców możesz poczuć przerażenie. Możesz. Chyba, że Twoje życie, tak samo jak Fjary, lubi wykręcać różne draki. Albo skakać na główkę w kierunku bruku, wtedy też może być niefajnie. Jednak rudzielec mimo swojego pochodzenia, kilku nieudanych adopcji i prób ucieczek z sierocińca, wcale o nich nie myśli. Bo po co?
Były.
Nie udały się.
Trudno, trzeba żyć.
Mimo poczucia humoru życia, który czuje do dziś. Mimo bycia półelfią sierotą, dostała się przecież na jedną z lepszych uczelni w swojej stolicy. Co więcej! Ukończyła ją, z dyplomem, który teraz siedzi pod jej koszulą. Zwinięty, bezpieczny. Ocieplany. Tak, pomiędzy cyckami nawet papier lubi siedzieć. Miała nawet już dwie prace. Miała, bo to właśnie przez nie musiała wypłynąć na tą wyspę. To przez nie, jej przyjaciel musiał za nią płacić. I to nie mało, grube setki, a może i tysiące? W sumie, nie istotne. Zapłacone. To przecież nie jej wina, że nie rozumieli jej geniuszu, a w drugim zakładzie źle podpięli złącza… No nie? Mogło być gorzej.




Ten statek parowy… Co, wróć. Łajba paropodobna. Transport to niby i transport, ale do cholery! Mógł mi coś lepszego załatwić, ale niee. Inżynierka po Wyższej Szkole dla Kobiet zapieprza na jakiejś cholernej barce. I co. Niby może jeszcze tam miałam pracować?

- No rusz to dupsko, bękarcie! Wszyscy pomagają tylko Ty siedzisz! – Ooo tak, Kapitan uwielbiał tak drzeć tą mordę. I co? Wydział Inżynierii ukończony bez problemu, a ten będzie na mnie darł pysk, no hej! Hola, koleś. Co miałam robić? Powiedziałam mu tylko, że jest podrzędnym wilkiem morskim, który nawet do cycków mi nie podskoczy. A ten pomost? No litości! Idealna naprawa tego gówna nie zajęłaby więcej niż tydzień, a gdyby go tak ładnie podkręcić… Mmmm. Schodzisz kulturalnie z promu czy tam statku i podjeżdżasz taką ruchomą podłogą proooostoooo do domu. No, albo chociaż do brzegu. To byłoby niezłe, ale prądochłonne. Kurde. Bękart, bękart. Srękart, kruca bomba. No dobra, może i moja matka się pieprzyła z jakimś człowiekiem i zaszła, no, ale, hej. Ludziska, nie moja wina, nie? W Sierocińcu było chociaż zabawnie. A ile się piło! O paleniu już nie wspomnę, no, ale. Się uczyłam, kurde. I to niemało, a potem bum! Studia, uniwerek, dyplomik!... I wyśmiali mnie bo miałam dobre pomysły. Super. W sumie to śmiesznie, nie znać nawet matki ani ojca… Dobra, tam. Lulamy. Dwadzieścia parę lat i „lulamy”?... Jeeeeny. Spatkamy.

Próby, próby... Roboczo: Ghdun, Świat Wielu. Rozdział I, fragment.

Trafił do brudnego i obskurnego zaułka, który był ograniczony drewnianymi ścianami jakichś ruder stojących w rzędach. Mniejszych uliczek nie było, zaułek za jego plecami zamykał kamienny mur, chyba nawet jakiejś willi. Kto buduje wille w takim miejscu? Paranoidalne miasto. Pokręcił głową i ściągnął kaptur, spod czarnego, lnianego materiału wysypała się kaskada brązowo-czarnych włosów. Był spocony, tam skąd przybył było całkiem chłodno, a tu? Klimat umiarkowany, do tego środek lata. Mimo wczesnej nocy było całkiem gorąco. Poklepał się po boku, miecz nadal tam tkwił, stary, o jednosiecznym, nieco wygiętym w tył ostrzu, kiedyś mówiono, że to broń do walki na małych dystansach. Kiedyś był w wojsku i rzeczywiście, nosił ze sobą dwa, różnej długości miecze oraz włócznie, teraz… Teraz potrzebował tylko śmierci przeciwnika, zabicia celu. Mało ponadto się liczyło, za wiele innych rzeczy robić nie potrafił, a pieniądze mimo wszystko były potrzebne. Poprawił kilka rzemyków na udach, jeden przy ramieniu, no i ten niesforny – na piersi, co to już bardziej pas przypominał, a przytrzymywał plecak. Podskoczył kilka razy w miejscu, poza cichymi odbiciami się od podłoża – nie było słychać nic. Był, więc gotowy. Mógł ruszać. Z początku zaczął iść, z każdym krokiem rozglądał się, badał, obserwował zaułek dookoła, jednak to najowocniejszym zajęciem nie było. Ściany po obu stronach były takie same, przypominały nieskończony ciąg nadgniłego drewna, gdyby tego było mało, owe wydawało z siebie nieznośny, przenikliwy smród próchna. Na myśl rzucało mu to zbyt wiele wspomnień z przeszłości, z powolnego spacerku ruszył w trucht, cichy, miarowy. Każdy krok stawiał pewnie, w czarnych butach z cienkimi podeszwami zachowywanie ciszy w sumie nie było problemem, bruk był to nieco omszały, więc nawet gdy nieco mniej profesjonalnie uderzał pięta w podłoże – dźwięk był tłumiony. Pozwolił sobie na bieg. Nie był to jeszcze sprint, ale nie był to już trucht. Zachowywał jednostajny i spokojny oddech, tak jak go uczono. Biegł na przód, w ciemność. Zaułek był w sumie zalanym mrokiem, więc, gdy wbiegł pod nieco wystające dachy budynków – na tle ich ścian stawał się nieomal niewidzialny, kolejna czarna plama. Po jakichś trzystu metrach tak przebiegniętych, uliczka rozwidlała się na dwie, z czego jedna prowadziła na rozległy plac, na którym pierwszym faktem była mnogość ladacznic ras wszelakiej, a drugim grupki moczymord, no i kilku pijaków, śpiących pod ścianami. Druga z nich była jeszcze węższa niż ta, w której się objawił. Wydawała się też o wiele niebezpieczniejsza. Długo jednak nie czekał, nieomal bez wahania ruszył w… Drugą, mniejszą i ciemniejszą uliczkę. Na placyku wtopiłby się w tłum, tu dalej musiał liczyć tylko na siebie, zamiast na wsparcie strażników. Czy to było ważne? W sumie nie, miał zabić, a nie się bronić. Nie przyszedł tu walczyć, On zadaje śmierć precyzyjnie. Raz i cicho. Znowu biegł, nie był to jakiś szaleńczy bieg, ale sprint. Szybki, sprawny, spokojny. Zawodowy. Z jednej strony uliczki rosły znowu, niczym drzewa, drewniane ściany, po drugiej jednak wyrastały budynki z szarego, smutnego kamienia, w większości popękanego przez czas. Przeciwległe sobie ściany zdawały się kontrastować i mimo, że kamień wydawał się o wiele trwalszym, bezpieczniejszym, no i droższym budulcem, to trudno było stwierdzić co tak naprawdę wywołuje u niego większe politowanie. W sumie to nawet współczuł ludziom mieszkającym w zimnych, kamiennych domach, załatwiającym się tak jak Ci w drewnianych, na wpół walących się budynkach, do wiadra. W karczmie, w której się zatrzymał był chociaż szalet. Nawet nie jeden. Po jakichś dwudziestu metrach biegu i tych krótkich rozmyślań zatrzymał się – uliczka była przecięta prze  kolejną i tym razem, kręciło się tu dwóch chłopa, o łeb od niego wyższych, jeden odziany w płytę i uzbrojony w wielki buzdygan, a drugi stał w skórzni, z łukiem u pasa. Obaj toczyli po przechodzących wzrokiem pełnym mordu, popychali starców, młodych, zastawiali drogę, acz żadnego sprowokować do bójki nie mogli. Westchnął, wysunął do połowy miecz i  ruszył zdecydowanym, wyluzowanym krokiem w ich stronę. Nie mógł się bać, nie mógł chociaż tego okazać. Tu nie może być błędu. Minął wpierw łucznika, który za wiele sobie z niego nie zrobił, za to zbrojny był już bardziej nachalny. Najpierw walnął go otwartą dłonią w czoło, co jeszcze wytrzymał, ale gdy trącił go buzdyganem ciężarną kobietę idącą za nim, tak mocno, że ta upadła – nasz bohater nie wytrzymał. Odwrócił się momentalnie do wciąż stojącego tyłem zbrojnego i ciął po jego ścięgnach, które wszak były odsłonięte, by zapewniać zgięcia kolanom. Efekt był momentalny, facet z buzdyganem runął na kolana z wrzaskiem, a że był w płycie… Nie mógł za bardzo się utrzymać i padł na ręce. Łucznik ściągnął z ramienia swój łuk, zaczął napinać cięciwę. Alethyen w ten czas wskoczył na klęczącego przed nim osiłka i odbił się od jego pleców, w powietrzu cudem unikając strzały, która co prawda ścięła kilka jego włosów, a nawet zarysowała policzek, ale nic więcej nie uczyniła. Leciał. Była to chwila, którą uwielbiał. Zawieszenie w przestrzeni i czasie. Drobna sekunda lotu, po której… Przebudził się na nowo w potwornej  i wartko płynącej rzeczywistości, wylądował, przetoczył się przez ramie za łucznika, a następnie zamiast wstać, czego tamten oczekiwał… Wbił mu miecz w podbródek z klęczek, strzała trzymana jak sztylet, w dłoni przez tamtego, opadła bezwładnie na bruk. Trysnęła krew, Aleth podniósł się jednak szybko i wyszarpał ostrze z głowy blondwłosego operatora łuku. Odepchnął pięścią jego ciało, podszedł z wolna do buzdyganisty, który rzucał się jak postrzelone zwierze na wszystkie strony, próbując tylko wstać albo pomścić poległego kompana, zabójca mu na to szansy już nie dał. Jedno, krótkie pchnięcie, z góry. Ostrze opadło na kark męża i wbiło się pomiędzy złączenia hełmu oraz napierśnika, przerąbując krąg szyjny. Mężczyzna padł jak kukiełka na bruk. Jednak sprawcy tych dwóch śmierci już tam nie było, znowu rzucił się w szaleńczy pościg w nieznane, przed siebie. W ciemność, po kolejną, tym razem odpłatną ofiarę. Często z powodu takich biegów jego cele wyzywały go od psów, chełpił się wtedy i przyznawał im rację, był psem, ale Oni byli jego karmą. Psią karmą. Jego ród od zawsze nosił dumnie wilka w herbie. Wilk, pies? To niewielka różnica, a efekt zwierzęcia i łowów ten sam. Śmierć, pożywienie. Gdy oddalał się metr, po metrze od miejsca mordu, rzucił przez ramie ostatnie spojrzenie – przechodnie już zbierali się i opłakiwali zmarłych, to głupi zwyczaj ludzi w tym kraju. Opłakują zmarłego, nawet jeśli był on najgorszym skurwielem jakiego można byłoby sobie wyobrazić. Opłakiwali nawet tyrana, który wymordował wszystkich starców. Jednak dla nich życie jest święte, a śmierć kogokolwiek to strata tej świętości. Och, ironio, ile z tych osób jest zakłamanych, ile tak naprawdę płacze? Nienawidził tego kraju. Jednak to nie jego wybór, był narzędziem. Dobrze płatnym, ale nadal tylko narzędziem. Wpadł na kolejne rozwidlenie, z tym wyjątkiem, że obie następne uliczki były małe i wąskie, ale. Po prawej pojawiły się drzwi, rzadkie, ale jednak. Ruszył więc w prawo, mijając po kolei kolejne drewniane odrzwia, niektóre nawet już ukradli, inne były okute żelazem, co znaczyło o majętności w tej dzielnicy. Żadne z nich nie były tymi, których On poszukiwał. Ani wzmocnione stalą, ani bez okuć. Żadne. Biegł dalej, w całkowitej ciemności, tu jednak bruk był już czystszy, nie było mchu, ani nawet wszędobylskich porostów. Tu musiał uważać na kroki, zwolnił. Nieznacznie, ale zwolnił. Był już nieco zmęczony, nie przewidywał, że będzie tu, aż tak gorąco, przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, a uliczki końca widać nie było. Zatrzymał się i przykucnął przy obitych żelazem drzwiach. Wziął kilka głębszych oddechów. Świst. Tuż pomiędzy uszami poczuł podmuch powietrza, przypadł jeszcze niżej do schodków. Strzała? Kamień? A może to tylko mucha? Pokręcił głową, w tym cholernym mieście wszystko mogło się stać. Skoro nawet faceci chodzili przebrani za ladacznice, to może… Kroki. Nagły odgłos kroków, gdzieś niedaleko niego przerwały jego rozmyślania, wypchnęły wszelakie myśli z jego głowy. Zero myśli, zero słów. Skupienie, wysunął powoli miecz do połowy ostrza, krok, krok… Cisza. Jakieś pięć metrów od niego, z tyłu. Ktoś go gonił, a On nawet nie zauważył? Czy naprawdę mógł dać się podejść jak małe dziecko? Wypuścił cicho powietrze przez nos, by nagle… Usłyszeć gwałtowny świst powietrza. Świst tuż obok jego ucha, odchylił instynktownie głowę. Ból. Promieniujący, przeszywający cały tors ból. Jakieś maczugopodobne ustrojstwo spadło na jego ramie, nie było za wielkie, ale koszt nieuwagi ogromny. Pokręcił głową próbując otrząsnąć samego siebie z pierwszego szoku, odepchnął się dłonią od drzwi, przeleciał trochę ponad metr w powietrzu i wylądował w kucki, ledwo co powstrzymując się od przewrotu w bok, wstał na ugiętych nogach. Kolejny świst, uprzedzony krokami i charknięciem – odskoczył. Musiał wyglądać w sumie komicznie, skakał nieco jak żaba z oklapłym ramieniem i miną jakiejś nadętej walkirii alibo innej suki. Lewą ręką wyciągnął sztylet przy udzie i rzucił w ciemność, z której dochodziły odgłosy. Coś jęknęło, tupnęło parę razy w tył. Zamarł. Sekunda, dwie, trzy… Pięć, dziesięć. Nic. Zero uderzenia o ziemie, zero kolejnych kroków. Zaczął się powoli wycofywać, metodycznie – stopa za stopą, tak by nie wydać jakiegoś odgłosu… Zbyt głośnego. Ucieczkę jednak przerwały mu dwa blaski gdzieś w ciemnościach naprzeciwko niego. Blaski niczym ślepia, albo latareczki. Po tym świetle nastąpiła cisza, czuł, że zaległo na nim spojrzenie. Przerażające, upiorne, niemające w sobie nic, a nic z przedstawiciela ludzkiego albo nawet elfickiego gatunku. Ruszył o krok w tył, postawił wpierw palce, a potem resztę stopy, gdy pięta dotknęła ziemi – rozległo się przed nim charknięcie, głośne, złowrogie i przeciągłe. Chrzęst sztyletu, wydobywanego spomiędzy chrząstek, mięśni i skóry. Coś kapnęło na ziemię. Dość obficie, nie były to pojedyncze krople. Krok. Jeden, drugi, trzeci… Źródła światła i odgłosów zbliżały się do niego. Zapewne go nawet widziało. Cofnął się jeszcze z dwa – trzy kroki, a następnie wyciągnął miecz. Rdzawej barwy ostrze błyszczało karmazynem w szkarłatnym poblasku, ugiął nogi. Czekał. Na trzy kroki przed nim, gdy już unosił miecz do cięcia… Znowu zaległa cisza. Wszystko zamarło. Czuł jak adrenalina rozrywa jego głowę, było mu gorąco, strasznie gorąco, wiedział, że jeszcze minuta, dwie i będzie niezdatny do dalszej walki. Ciął. Na oślep. Świst stali przechodzącej przez powietrze, a potem opór. Chrzęst kości i warknięcie mu towarzyszące, skrzek. Upiór wyciągnął w jego stronę dłoń ze sztyletem. Odskoczył, na dwa kroki. Wybił się z ugiętych nóg i wyskoczył, pchnął między czerwone świetliki. Trzask czaszki. Ciemność, ciszę przerwał brzdęk uderzającego sztyletu o bruk. Odepchnął truchło dłonią, przetarł ostrze o płaszcz. Podniósł sztylet, szukanie go trochę mu zajęło, bruk był śliski od wszędobylskiej krwi, której szkarłat pewno pięknie mieniłbyś się w południowym słońcu. Mieniłby się, gdyby nie cholerna noc.  Lubił barwę posoki, odkąd udał się na swą pierwszą wojnę – naprawdę ją polubił. Miała w sobie coś magicznego. Odwrócił się od truchła, ruszył. Pierwszy, trzeci, piąty, dziesiąty krok, bieg. Tym razem jego tempo było bardziej paniczne, nieco szybsze, nie był już jedynym myśliwym. Takie miał chociaż wrażenie. Teraz był łowca i ofiarą na raz. Potworne uczucie, jak w jakiejś koszmarnej grze. Miecz trzymał wysunięty do połowy, mijał kolejne wnęki z drzwiami lub na drzwi, ale nie takiego wejścia szukał. Gdzieś przed nim zaczęły majaczyć drobne światła, pochodni, lamp. Plac albo większa ulica. W końcu, był blisko. Coraz bliżej. Z każdym swym krokiem potrafił coraz dokładniej odróżniać poruszające się sylwetki na tle światła latarni, zatrzymał się dopiero u wylotu uliczki, która wybiegała na ruchliwą aleję, wyłożoną zielonkawym, starannie ułożonym i wyślizganym przez tysiące stóp kamieniem, który niczym agat pobłyskiwał przy akompaniamencie płomieni lamp. Same latarnie były nieco ponad dwumetrowe, wykonane z gładkiej, rudo-zielonej stali, której powierzchnia zdawała się roznosić dodatkowo światło, mimo, iż owe paliło się na samej jej górze. Budynki opasające aleje w tym miejscu były naprawdę pięknie wykonane, wysokie, z licznymi zdobieniami, gargulcami, freskami i oknami z zielonawymi witrażami. Kamienie, z których zbudowane były domostwa były niebieskie, sklepy – zielone, a zakłady rzemieślnicze – rudawe. Wszystko to tworzyło kakofonię kolorów, pomiędzy którą krzątali się przedstawiciele wszystkich ras. Większość z nich strojna w wymyślne, kolorowe stroje o licznych złoceniach, acz byli i Ci biedniejsi, w lnianych, brązowych kurtach. Było dużo straży, na całej ulicy i ani jednego konia czy nawet wozu, chyba panował jakiś zakaz. Chociaż, cholera. Może to święto jakie? Wszyscy tak kolorowi. Pokręcił głową, przewrócił swój czarny płaszcz na drugą stronę, która okazała się złoto-zielona, owinął cale swe ciało owym i tak odziany wyszedł pomiędzy ludzi oraz nieludzi. W tłumie panował zgiełk, wszyscy o czymś rozmawiali, chichoty dziewczyn, poważne rozmowy mężów czy charczące głosy narzekających starców, dodatkowo, zapachów w powietrzu było mnóstwo. Mieszanka potu, perfum, z których najintensywniej dało się wyczuć jakąś mieszankę słodu z arestrem, czymś co pachnie jak mix wanilii i niezapominajki. Potworność. Były jednak też standardowe zapachy różostanu, czyli mieszanki czerwonej róży z konwalią. Na całe szczęście mężczyźni, aż tak się nie perfumowali, więc dało się oddychać, o ile omijał większe zgrupowania pan, plotkarek i całkiem pięknych, młodych dziewczyn, o ladacznicach nie wspominając. Zwykły przechodzień, nieznający tego miasta zgubiłby się w tej alei pełnej istot i kakofonii, ale nie On. Alethyen dokładnie wiedział czego i kogo szuka, wiedział gdzie ma iść, gdzie i kiedy skręcić, a i oczywiście – po co to wszystko. Skręcił wraz z tłumem w większą część alei, kierującą się na prawo, gdy główna rozwidlała się na trzy. Zachowywał się, a nawet wyglądał jak zwykły mieszkaniec, jak niezamożny, nierzucający się w oczy tubylec, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów w ten sposób, a następnie skręcił w mniejszą uliczkę, pomiędzy jakimś zakładem rzemieślniczym, chyba nawet kowalskim oraz całkiem sporym domem – pewnie należącym do tego rzemieślnika. Zresztą, kogo by takie rzeczy obchodziły teraz? Minął sprzeczających się o coś ludzi, stojących w ciasnej, zbitej grupce, która wygrażała sobie wzajemnie pięściami, nawet przez chwilę zawahał się czy by nie zainterweniować, jeszcze się pozabijają, jednak dał sobie spokój. Tutejsi nie walczą i nie chwytają po broń z byle powodu, a nawet jak taki mają to i tak starają się omijać walkę. Banda tchórzy. Dopóki nie spluniesz takiemu w twarz albo nie kopniesz w dupę dopóty będzie wmawiał Ci, że obrażanie go nie jest niczym wielkim. No, chyba, że powiesz o jego przodkach alibo rodzinie coś złego. Wtedy bywa gorzej. Prychnął pod nosem, odganiając się o dwóch ladacznic, jedna o niebieskawej skórze, długich, szczupłych nogach i rogach na głowie, a druga o różowawej, podobnej budowy, tyle, że bez rogów, a o ogonie. Jakieś rasy to były na pewno, a może podrasy. Co to za różnica? W sumie ta niebieska wyglądała nawet ciekawie… Trzeba się będzie przyjrzeć bliżej, ale to po otrzymaniu zapłaty. Skręcił znowu w bok, w ciemną uliczkę, którą słabo oświetlały małe kaganki, wiszące tu i tam, zmienił stronę płaszcza. Znów był opatulony w czerń. Jego kochaną, najdroższą czerń. Znów był tylko czarną plamą, jedną z wielu na tle kamiennych ścian. W sumie to nigdy nie był nawet w sklepie tutejszym. Ciekawie jak to wygląda? Wymijał śmietniki, połamane kosze, resztki mebli, nadgniłe resztki jedzenia, często zrzucane z okien, gdy straż nie patrzyła. W sumie Ci ostatni rzadko pałętali się po takich zaułkach, za łatwo było tu o sztylet między łopatkami lub pałkę w łeb. To dobrze, dobrze dla Aleth’a, gorzej dla jego ofiar. Skręcił gwałtownie, przechodząc tuż przy ścianie, zatrzymał się. Przed nim poblask świecy oświetlał grupkę pijanych moczymord, kopiących leżącego na ziemi ważkopodobnego człowieka. Skrzydeł co prawda nie miał, ale zielona skóra i złożone oczy, a także nieco owadzie usta starczyły pewno jako pretekst. Alethyen westchnął ciężko i odpiął miecz wraz z pochwą pod pasa, przymocował ją pewniej do rękojeści. Następnie zaszarżował bez dłuższego zwlekania, piątka nawet nie zauważyła pojawiającego się cienia, aż do pierwszego ciosu, gdy jeden z ich kompanów zwalił się nieprzytomny jak kłoda. Kolejny, który już się odwracał, a był najbliżej miecza dostał w nos. Trysnęła krew, plamiąc jego blond brodę we wczesnym etapie zapuszczenia. Pozostała trójka rzuciła się w jego stronę, miał na tyle szczęście, że fragment zaułka, w którym walczyli był zbyt wąski by mogli się w tej liczbie zmieścić pomiędzy ścianami. Odskoczył, Ci początkowo się zacięli między murami, a następnie padli na siebie, jak dzieci. Pokręcił głową i kopnął jednego z leżących w głowę, podnoszącego się zdzielił pięścią w potylicę, następnemu pozwolił nieco wstać, złapał go za łeb i uderzył nosem o swoje kolano. Krew. Całkiem sporo krwi i jęków. Rzucił nim na ziemię, pokręcił głową. Był nieco zmęczony, adrenalina bardzo męczy ciało i marnotrawi energię potrzebną do takich zadań. Nie przewidział tylu walk, mimo to sprawdził stan człowieka – ważki, który nie był taki zły jak mogło się wydawać. Był nawet puls.  Oddychał, nieco świszcząco. Przejechał dłońmi na klatkę piersiową i wymacał żebra. Jedno złamane, drugie dość wątłego stanu. Kości u takich ras było całkiem trudno sprawdzać, skóra była pokryta chityną. Rozerwał więzy koszuli, były już podgniłe, nie był to nawet mieszczanin. Zielonkawy pancerzyk stworzony z drobnych, nałożonych na siebie płytek jak smocze łuski lśniły nieco złowróżbnie. Chwilę im się przyglądał. Wydał z siebie ciche burknięcie i poprawił czarne rękawice, bardzo cienkie. Powoli i delikatnie wrócił do badania klatki piersiowej, jedno, dwa, trzy… Trzy żebrał złamane. Otworzył powoli i delikatnie jego paszczę. W zasadzie była to wysunięta nieco jak u psa szczęka, pokryta zielonymi pancerzykami, a zamiast ust miał po prostu dwie, żółte kreski. Zęby były w kształcie kłów, nieco psich, nieco wilczych, przypominały w zasadzie ostrza sztyletów, wbite rękojeścią w czarne podniebienie pokryte jaskrawożółtymi plamami, jak ciało salamandry. Ciało gada było trujące. To oznaka niebezpieczeństwa. Starając się nie tykać za bardzo jego śliny, złapał palcami niczym szczypczykami za język mutanta, a potem go wyciągnął. Ostrożnie, powoli wywalił owy na bok ust. Przewrócił nieco na bok, sięgnął po jeden z wielu tu, zardzewiałych, acz wciąż trwających garnków. Zaułek wyglądał gorzej niż śmietnisko w kraju Aletha. Po przekręceniu łba stworzenia na prawo – chlusnął nań wodą. Rudą od rdzy, czarniejącą od brudu i chyba ptasich fekaliów. Zdarza się. W zasadzie, było to nawet zabawne, gdy ważko-człowiek budził się, otwierając te swoje żółte, błyszczące ślepia . Uśmiechnął się tylko do niego, wskazał mu dłonią jego niedoszłych, leżących oprawców i wstał, a następnie skierował się w swą dalszą drogę. Lubił pomagać. Nigdy nie wiedział tylko, czy pomaga sam z siebie, czy może jednak dla respektu w oczach innych. W sumie, co z tego? Pomoc jest pomoc. Poprawił czarny płaszcz i wpadł w trucht, jego miarowe, ciche kroki były zagłuszane przez krzyki uratowanego mutanta. Wrzeszczał coś o pomocy dla niego, dziękował za uratowanie… W sumie, bzdety, obiecał pomoc. Wsparcie? Cóż, oby nie grabarzy. W tym mieście, a nawet kraju w sumie nie można nikomu zaufać. Nigdy tego nie zrobiłem, dlatego jeszcze żyje, ale… Mimo wszystko – ludzie są tu spokojni, uprzejmi i nawet gościnni. Dlaczego? Sądził zawsze, że to przez ich własne dziwactwa. Jedni mu mówili, iż tak nakazuje religia, inni wspominali o prawie, a następni o wspólnie odczuwanym piętnie wygnania. Jednak on nie był ani wygnany, ani wierny, co dopiero mówić o szanowaniu prawa. Zasady jako prawo i płatny morderca. Świetna para! Pokręcił głową i odrzucił te myśli, głos wołającego zamilkł, może sobie poszedł, może ochrypł. Uliczka była w sumie jednostajna, acz w pewnym momencie było coraz mniej i mniej śmieci, tak jakby ktoś sprzątał. Z każdym jego krokiem wszędzie było czyściej, w sumie nie było to takie złe – łatwiej biec, no i nie trzeba przeskakiwać tylu rupieci. W jednej z bocznych alejek przyłapał ladacznicę i jej klienta, chociaż byli w tak zaawansowanej zabawie, że nawet nie zauważyli stojącego przez kilkanaście sekund Alethyena, a nawet, gdy pobiegł dalej roznosiły się tylko upojne jęki. To nie był jego cel. Nawet ladacznice nie były teraz jego celem, ani piwo, ani inny alkohol, ani nawet fajka. Obiekt zainteresowania był jeszcze jakieś siedemset stóp od niego, w ciepłym, wielkim domu, przy kominku. Nie była to żadna szycha. Zemsta rodzinna, syn, który próbował zgwałcić córkę drugiej, konkurencyjnej familii. Zadanie mało ambitne, ale płaca wysoka. Pieniądz to pieniądz, nie ważne za czyją krew. Jeszcze trochę. Dwie alejki, dwa zakręty. Był coraz bardziej zniecierpliwiony, a każdy jego krok zdawał mu się katorgą. Zawsze tak miał przed wykonaniem zadania. Wszystko dookoła niego zdawało się dziać wolniej, głośniej, bardziej irytująco. Jeśli miałby szukać rzeczy, których nie lubi w tej pracy to byłyby właśnie te momenty. Mimo wszystko, uczucie nie było takie najgorsze. Wielokrotnie pomogło mu uniknąć kilku wpadek, często, jak i teraz, zwalniał kroku, a w miejscach, gdzie normalnie by biegł zwyczajnie się przekradał. Po co ryzykować, szczególnie, gdy jest się tak blisko? Zakraść się, zabić, uciec. Plan prosty. Taki chociaż miał być z założenia, skręcił w przedostatnią alejkę. Nieomal jak wytrawny specsłużbista wymijał wszelakie kamienie, a nawet te najdrobniejsze skalne czy ceglane odpryski, leżące to tu, to tam. Powróciły ponownie omszałe brukowce na ścianach, chociaż nie na wszystkich. To była chyba jakaś ozdoba. Zielonkawy, delikatnie pobłyskujący niczym drobne świetliczki mech piął się standardowo gdzieś do połowy budynku, pokrywając ścianę cienką, niepełną warstwą, a potem się kończył jak na rozkaz. Żadnej magii w tym nie było, chyba. Mur ponad tą dekoracją wszak był normalnych kolorów, niektóre nawet z tych kolorowych, drogocennych cegieł! Zielonych, rudych alibo niebieskich, chociaż zdawały się też i te smutne, szare, przepuszczające tony chłodu. W sumie taki dom bardziej się opłacało sprzedać, niż utrzymywać. Ostatni zakręt na horyzoncie, mdłe światło księżyce cały czas rzucało poblask na drogę przed zabójcą, więc problemu z postrzeganiem nie było, a i przeszkód także. Najśmieszniejszym faktem tych domostw były chyba okna, gdzie dwa albo trzy wychodziły zazwyczaj na tą brudną, śmierdzącą uliczkę, były to często witraże obite w złote ramy, a natomiast od słonecznej strony, co prawda bardziej ruchliwej, wypadała tylko jedna okiennica, przypominająca swoim kształtem bardziej drzwi balkonowe z dziwnego, brudnozielonego szkła. Miasto było bardzo dziwne. Nienormalna stolica pokopanego kraju. Pasuje. Kolory, bogactwo na pokaz, przepych i masy handlarzy, dzięki, którym władcy zamiast martwić się o wojów – budują nowe siedziby. Każdy tu sprzedający lub kupujący musi, wszak, płacić podatek, który idzie do królewskiego skarbca, ten, zresztą, jest tak ogromny, że wynajęcie armii, która uwierzy nawet na słowo niebyło nigdy problemem, żołdacy zawsze dostawali swoje monety. Skręt. Ostatnia alejka. Jeszcze ciaśniejsza, obskurniejsza, brzydsza. Pomiędzy budynkami przebiegł szczur, Aleth szedł tu już wolno, nieco na zgiętych nogach, starając się iść środkiem drogi. Po jej bokach leżało sporo potłuczonych butelek, słojów czy innych porzuconych przedmiotów codziennego użytku, o fekaliach tu i tam nie wspominając. Jednak im dalej szedł, tym alejka stawała się szersza, kończyła się, w zasadzie, drzwiami. Wstawione one były w kamienny portal, zbudowany z połączenia wszystkich trzech kolorów budynków. Po równo. Nie miał jakiegoś specjalnie głębokiego przekazu. Przedstawiał kowala, jakiegoś kupca, handlującego ziołami oraz kobietę, zajmującą się dzieckiem. Było to więc domostwo istot zajmujących się kowalstwem i sprzedażą ziół, a dodatkowo, biorąc pod uwagę, że ostatnia rzeźba była stworzona dość niedawno, jakiś czas temu urodziło się dziecko. W sumie oczywiste. Szkoda tylko, że tak kosztowne wejście stworzone zostało w tak ciemnym zadupiu, jak ten zaułek. Gdzie tu logika? Były żołnierz pokręcił do siebie głową, zaczął przekręcać płaszcz na drugą, żółtą stronę. Ściągnął rękawiczki, upchnął je w kieszeń. Tutaj nie było jak inaczej wejść. Musiał więc zapukać albo się wspiąć, jednak wspinaczka po śliskich jak lód ścianach mu się nie widziała. Nie dość, że tutaj mechopodobna roślina pokrywa mur, aż po dach, to jeszcze sam ten ich specjalny kamień do tworzenia budynków był śliski. Przewidzieli maniakalnych uciekinierów przez bezrobociem, czy co? Parsknął na samą taką myśl, poprawił żółto-fuksjowy kaptur na głowie. Wziął w dłoń nieco rudawej ziemi, która prześwitywała dookoła murów budynku, a następnie wysmarował niedbale płaszcz w kilku miejscach. Cofnął się te kilkanaście kroków, umoczył rękę w jednym z wiader, aby następnie wytrzeć ją o kaptur, pewnie wyglądał jak niejeden tutejszy obszarpaniec. Oby. By wzmocnić wrażenie swej niedoli niedoczyszczonymi dłońmi upaćkał sobie twarz, cały miał nadzieje, że chociaż w drobnym stopniu wygląda jak nieudolna ofiara napadu, czy coś w ten deseń. Takim to zawsze tutaj pomogą, a nawet przyjmą do domu, zaoferują strawę, nocleg. Tego ostatniego najbardziej potrzebował, snu wszystkich i jednego, jedynego pchnięcia sztyletu. Szybkie zakończenie sprawy, odbiór zapłaty, a potem witaj kochana, normalna, o prostych zasadach ojczyzno. Gdzie prawo funkcjonuje jak należy, o ironio. Będąc wygnanym z armii wspominał prawo karne jako jeden z największych atutów własnego kraju. Westchnął cicho, paranoja. Pokręcił głową, położył dłoń na kołatce. Odetchnął raz, drugi, czwarty. Uderzył parę razy, w zasadzie lekko. Czekał. Czas nieubłagalnie leciał, cenne sekundy niewinnie przeciekały pomiędzy palcami, a gospodarze domostwa przed nim wyraźnie im w tym pomagali. Złapał znowu za kołatkę, nieco wścieklej i bardziej zdecydowanie. Uderzył nią znowu, dźwięk spotykających się stali rozniósł swe echo nie tylko w domu, ale także po całej alejce. Zamki zahurgotały, drzwi powoli zaczęły się otwierać. Te kilka sekund wykorzystał na przybranie mimiki twarzy zbitego psa, poprawienie ostatniej części makijaży ofiary losu i napaści. Poszerzające się całkiem szybko łuna światła padła w końcu na niego. Drzwi się otworzyły. Na oścież. Spomiędzy futryn wyszła starsza pani, na oko – sześćdziesiąt lat. Siwe, splątane włosy spadały jej luźno na twarz pokrytą zmarszczkami niczym źle wykonaną, glinianą maską teatralną z zastygłym zdenerwowaniem, na dodatek. Kobiecina odziana była w zielonawą suknię w kraty na piersi i pasy od talii w dół, dookoła szyi zawiązana splamiona czymś, biała i cienka chusta. Jakaś stara, wierna służka pewnie. Stanęła i stoi. Gapi się. Jej oczy posyłały mu przerażająco świdrujące spojrzenie, którego zignorować, nawet przez kogoś takiego jak Aleth, zwyczajnie się nie dało. Staruszka uśmiechnęła się, chociaż wolałby by tego nie robiła. Zębów za wielu już nie miała, a to co jej zostało było pożółkłe, przetrzebione i brudne. Gdyby zapachy dało się wizualizować to na tle białawego lub nawet przezroczystego powietrza oddech tej kobiety wypadałby jak najtoksyczniejszą zielenią jaką można stworzyć. Odezwała się.
- Witaj, młodzieńcze, w progu domostwa Kuźniosprzedawców. Jeśli jednak jesteś tu w interesach… - jej głos brzmiał gorzej niż nienaoliwione zamki, ogryzione paznokcie przy tablicy albo stare, skrzypiące drzwi. Jak prawdziwej wiedźmy. Będzie musiał na nią uważać. Przerwał jej.
- Dobry wieczór, mości pani! Jestem tu by szukać ratunku! Pobito mnie i okradziono, a domostwo me daleko i dokąd się udać zbytnio nie mam… Czyż nie przyjmą państwo biednej ofiary napaści? Tylko jedna noc. – wtrącił się zabójca zawodzącym, jęczącym, nieomal płaczliwym głosem. Brzmiał pewnie trochę jak dziecko proszące o coś matkę albo pisklak pragnący jedzenia. Nawet jeśli – to dobrze. O to mu chodziło. Zamilkł i zwiesił głowę. Czekał. Starucha marudząc coś pod nosem zniknęła w oświetlonym wnętrzu, skręciła parę razy. Po chwili zniknęła mu z oczy. W zasadzie to co widział wydawało mu się nieco surrealistyczne. Całe wnętrze było barwy z pogranicza różu i szkarłatu, a meble, które wypełniały ganek oraz korytarz w formie taboretów, stoliczków, nawet kilku lamp miały albo pięknie powyginane nóżki przypominające na końcu delikatne kwiaty, albo kończące się ostrymi szpikulcami, wyglądającymi nieomal jak rożna. W sumie, tymi drugimi dało się zabić. Każdy mebelek z dwoma parami nóżek miał po dwójce takich oraz takich. Nie trudno się więc było domyśleć, dlaczego chłopak z tej rodziny zamiast kulturalnie klęknąć, wystawić łapska z pierścionkiem i się oświadczyć. Jednak wychowany w takim domu... Po prostu musiał skończyć jako jakiś psychol, nie było innej rady. Minuty mijały nieubłagalnie, a Aleth obserwował i w swych myślach kreował kolejne uwagi odnośnie wystroju wnętrza, a także samych lokatorów, którzy z pewnością byli bandą jakichś psycholi. To by nawet wyjaśniało dlaczego posłano tu jego, a nie kogoś droższego lub tańszego. Jeśli zginie albo zwariuje to nie będzie, aż takiego żalu. Sufit był wymalowany w białe kwiaty na różowym tle, ociekające jakimiś szkarłatnymi kroplami, nieco jak z obłąkańczego snu. Jak się tak dłużej przyglądał tym prostym ścianom w korytarzu, to po kilku sekundach zdawały się oddalać. Stracił na pewności siebie. Wydobył sztylet do połowy ostrza i odchrząknął. Sekundy lecą teraz jak piasek przez palce, jedna, dziesięć, piętnaście, czterdzieści. Za szybko. Za długo rozmawiają. To nie w ich stylu, nie w tej tradycji. Pierwsza, druga, czwarta, piąta minuta. Pokręcił głową, szkoda czasu. Przekroczył ostrożnie próg domostwa, czujnie i bacznie stawiając każdy krok. Dom był dziwny. Ominął powoli dywan, na niektórych drzwiach wisiały kłódki, na innych były nawet rygle. Nie zwracał za bardzo na to uwagi. Szedł, kroczył dalej. Cicho, jak cień. Wiedział gdzie ma wejść, znał na pamięć rozkład domu, więc skoro nie chcieli go wpuścić, to sam wejdzie. Jeszcze jeden skręt w prawo, schody. Liściowato-trójkątne schody o kolorze najczystszej fuksji, na różowawych ścianach jarzyły się lampy w czerwonawych kloszach, wszystko wyglądało nieco jak magicznie szczęśliwe wejdzie do dobrego domu publicznego albo czegoś podobnego. Parsknął pod nosem, ruszył dalej. Schodek po schodku, na palcach, nogi ugięte w kolanach, każdy mięsień w gotowości do skoku. Wejście było kręte, stopnie utrzymywały się na ścianach oraz dziwnym filarze w kształcie jakiejś rośliny, chyba róży. Tu i tam wystające drobne kolce o szkarłatnokrwawych zakończeniach, a no i u góry widniał, jak się zdawało, kwiat. Dom wariatów albo prostytucji. Świetnie, tego jeszcze w jego robocie nie było. Mordował, co prawda, już prostytutki, ale nigdy nie był w tak dziwnym, odmiennym, nienormalnym miejscu jak to. Szczyt. Bez niespodzianek, nic na niego nie wyskoczyło, nie było żadnego ducha ani nawet drobnej pułapki. Chyba mimo wszystko można to było nazwać normalnym domem. Właśnie, chyba. Były żołnierz znów odgonił własne myśli gwałtownymi ruchami głową, nie teraz. Nie tak blisko zadania. Korytarz, w którym był miał może pięć metrów długości i kończył się podwójnymi drzwiami, spomiędzy których wystawała oderwana głowa pluszowego zwierzaka. Świetnie, cel okazuje się być nawiedzonym dzieciakiem? Litości, tak czy inaczej – musi zginąć. Wszędzie było cicho, jakieś pochrapywania tylko przeszkadzały temu ogólnemu milczeniu, dobywały się z drzwi na około, więc spali. Przystanął, oparł się o ścianę i zajrzał szybko przez framugę do wnętrza pokoju, który jak się okazało miał może łącznie dwadzieścia metrów, sam dom okazał się o wiele większy niż wyglądał, a nawet od tego na planach. Niedobrze. Wystrój był w zasadzie patetycznym oddaniem jakiejś walki z porządkiem narzuconym przez opiekunów, tu i tam walały się resztki pluszaków, różowe ściany były pokreślone czarnymi kreskami węgla i ołówka, większości bez znaczenia, ale niektóre były też rysunkami jakichś chmurek. To był pokój dwudziestoletniego faceta, który właśnie spał na łóżku z woalką niczym królewna. Świetnie, w zasadzie to zabójstwo nie będzie dla niego jakąś karą specjalną, a istnym wybawieniem. Powoli ruszył w stronę śpiącego, stawiając krok za krokiem niczym złotych duch w jakimś obłąkańczym śnie.  Zatrzymał się, przewrócił szybko płaszcz na czarną stronę, lepiej zrobić to teraz niż podczas ucieczki. Czarna plama na różowym tle, świetnie, całe życie marzył tylko o takim obrazie. Ruszył, znowu, krok za krokiem, bezgłośny chód wśród puchatego dywanu, resztek pluszaków i jakichś zabawek, chłopak nagle przewrócił się marudnie na drugi bok, pomamrotał coś pod nosem, Aleth zawisł nad nim jak fala, która została zamrożona tuż przed załamaniem się. Czeka.  Mijają sekundy, mija pierwszy minuta, druga, czwarta. Nic. Cisza. Spojrzał krótko przez ramię, a następnie, gdy wrócił wzrokiem swych brązowych niczym najciemniejszy bursztyn oczu do śpiącego – opuścił sztylet. Jeden, zdecydowany ruch, a obudzony nagłym, gładkim i czystym cięciem od ucha do ucha chłopak nie zdążył wydobyć z siebie żadnego innego głosu poza nędznym charczeniem, wciąż za cichym by kogoś obudzić. Zabójca przykrył go kołdrą, aż po czoło. W tej samej chwili za jego plecami przebiegł szmer, były żołnierz natychmiast się odwrócił. W drzwiach stała istota podobnie ubrana co On, jednak o głowę mniejsza, nieco drobniejszej postury. Czyżby miał konkurencję? Oczy, które widział pobłyskiwały trupiobladym blaskiem, a powieki nieco zmrużyły się. Delikatnym gestem nieznajomy przejechał palcem po szyi, a potem wskazał chłopaka. Aleth skinął głową, by następnie zaobserwować jak konkurencyjny zabójca spuszcza głowę, nieco się kłania i znika w czeluściach korytarza. Honor w tym fachu nakazywał odpuszczenie, gdy ktoś Cię ubiegł. To dobra zasada, przestrzegana przez cenionych zabójców. Działa prosto i zapewnia niemałą korzyść – przeżycie w razie spotkania kogoś lepszego. Ostatnie, najcichsze kroki drugiej ciemnej plamy ucichły, sam Aleth wyjrzał przez okno i zagryzł wargę, jak najciszej otworzył skrzypiące okiennice, a następnie wyszedł na gzyms, wciąż trzymając się palcami kurczowo parapetu. Spojrzał w dół, wisiał jakieś półtora metra nad posępnym, nieco obsranym przez tutejsze ptactwo gargulcem. W sumie nic gorszego być nie mogło, spuścił nogi i jedną ręką złapał się gzymsu. Puścił parapet, w jednej chwili, w kilka milisekund runął w dół, łutem szczęścia pochwycił rzeźbienie i drugą dłonią. Wisi. Sytuacja beznadziejna, ale stabilna, mogło być gorzej. Powoli opuścił stopy na gargulca, był nieco śliski, więc wierzchem butów oczyścił go powierzchownie z ptasich fekaliów. Stał. Całkiem stabilnie. Puścił oboma dłońmi gzymsu, a następnie przykucnął, trzymając gargulca za uszy jak jakiegoś psa spojrzał w dół. Dziesięć metrów zejścia, co najmniej. W sumie z czterech już może skoczyć, może nawet z pięciu. Posąg ma grubość jakichś dwóch metrów, cholernie wielki jak na gargulce, zostaje więc osiem, ale pod nim jest kolejny gzyms. Nie jest więc źle, wsadził dłonie w gargulcowi pysk, który wisiał jeszcze niżej niż spasiony brzuch bestii. Dwa i pół. Nie najgorszy wynik, a gdy już łapska miał w paszczy – zsunął się z gargulca, aby następnie z wolna zacząć się huśtać. Jak małpa. Jak cholerna małpa na pieprzonej lianie. No tak, tylko małpy nie giną, bo zazwyczaj nie spadają z wysokości. Chyba. On jednak małpą nie był, w pewnej chwili puścił się paszczy, wyciągnął ręce przed siebie, leciał. Lot w zasadzie trwał trzy, może cztery sekundy i był… Bardziej niekontrolowany niżby tego chciał, o wiele niżej niż trzeba było. Skończyło się na tym, że zabójca uderzył z całą tą siłą wpierw twarzą, a potem resztą cielska w mur i zaczął się po nim zsuwać. Jak szmaciana lalka rzucona w ścianę, ale to właśnie go uratowało. Stłuczony nos bolał jak jasna cholera, może był nawet złamany, nie wspominając już o irytujący migrenowym bólu czoła po spotkaniu głowa-mur. Mimo wszystko zachował na tyle trzeźwości, że gdy jego stopy wylądowały na jakimś parapecie, to zamiast odbić się jak przysłowiowa kukła od okna i polecieć na plecy, On złapał się okiennicy. Był jakieś 6 metrów niżej niż przed chwilą. Dwa metry więcej niż planował. Żyje. Jest dobrze. Otworzył oczy i zamrugał parę razy, spojrzał przed siebie. Spomiędzy mroku pokoju wystawały różowe zasłony, irytująco różowe, do bólu przypominające okno domu rozpusty. Osłupiał, pobladł, jednak to nie róż go przeraził. Spomiędzy tego mroku wystawała ku niemu potworna paszcza, wyglądające nieco jak przekopana, pokuta i pocięta, co najmniej tasakiem. Nos tego czegoś był całkowicie wgnieciony w czaszkę, jedno z oczu wypływało, ponadto – stworowi brakowało jednego policzka, co odsłaniało niepełne rzędy sczerniałych zębów, przypominających nieco kły jakiegoś raptora albo innego smoka. Widok niezbyt zachęcający, szczególnie, że od zabójcy oddzielała go tylko nędzna, cienka szyba, która w każdej chwili mogła zostać wybita. Stwór jednak się nie ruszał, szczerzył swoje kły spomiędzy dziurawych warg, wyglądających jak… Nie, one były zszyte drutem. Kawałkiem metalu, którego siła szczęk właśnie rozgięła do potwornego, odsłaniającego zęby uśmiechu. Reakcja żołądka Aletha była natychmiastowa – mdłości, szczególnie, że gdy to coś się tak nędznie wyszczerzyło, spomiędzy nieszczelnych okiennic dobiegł odór zgnilizny, próchnicy i czegoś w stylu zgniłego jaja. Były żołnierz odskoczył w tył, a gdy spadał – złapał się dłonią parapetu, nie zawisł na długo, pod nogami poczuł mały gzyms, spojrzał ku dołowi. Była to dwukrotnie większa uliczka niż ta, którą do tego domu przybył, a pod nim właśnie przejeżdżał jakiś wóz z pierzem. Raz kozie śmierć. Puścił się parapetu i runął jak kłoda w dół, całkowicie bezwładnie. Zacisnął powieki, zęby, czekając na ból. Ten jednak nie nastąpił, wleciał w ciężki, gruby i ciepły biały puch, którego było dookoła mnóstwo. Zdawał się w nim tonąć, przymknął oczy i odetchnął, podłożył ręce pod głowę, a następnie wbił wzrok w niebo. Mdłości powoli ustawały, wóz tylko nieznacznie podskakiwał na kocich łbach z czarno-zielonawego kamienia, którym pokryta była droga, w zasadzie to można było przysnąć. Tutejsi ludzie, nawet jakby im się wpadło do domu i zasnęło pod ich nieobecność to po dobrym wytłumaczeniu dadzą Ci gościnę. Cholera, tutejsze poduszki muszą być ciężkie. Kołdry robią z czegoś innego, tamta była leciutka jak piórko, a nawet lżejsza. Może z jakiegoś filcu? W sumie to nie ważne. Przed chwilą zabił, skończył kontrakt, nad którym pracował już od ponad miesiąca i może sobie pozwolić na trochę odpoczynku wśród białego niczym śnieg, miękkiego i ciepłego puchu. Przymknął oczy, brakuje tylko jeszcze kufla piwa i kobiety albo wina oraz kobiecego śpiewu, to też byłoby dobre. Powoli jednak zmęczenie ogarnęło jego ciało, adrenalina, która kilkakrotnie  mieszała się z jego krwią, a nawet uderzała mu do głowy była strasznie męczącym produktem dla jego ciała. Im dłużej spoczywał w tym pierzu, tym bardziej stawiał się ciężki. Jak ołów. Ciężki, zmęczony i nieco głodny, ale już niedługo. Teraz kilka dni podróży, a potem dom. Kilku dniowy odpoczynek, może nawet znajdzie sobie kobietę? Tym razem już nie ladacznicę, naturalnie. Chociaż z tymi drugimi o wiele łatwiej, chociaż przy zarobkach jakie ma… korzystniejsza byłaby żona. Paranoja. Pokręcił głową i parsknął pod nosem rozbawiony, zamknął na dobre oczy. Myśli, czucie oraz świadomość odpłynęły prędko, zasnął. Sen dla zasłużonego.


Poranek w tym mieście nie należał do najprzyjemniejszych, szczególnie dla Aleth’a, który zaraz po obudzeniu się musiał obszernie i bardzo okrężnie tłumaczyć się woźnicy dlaczego akurat wybrał jego wóz. Paranoja. Nie dość, że gdy wyszedł z tego ciepłego, wszędobylskiego puchu by uderzyła go fala lodowatego, rześkiego powietrza, które w stolicy tego cholernego królestwa było takie samo. Niezależnie od pory roku, wysokości słońc, ilości chmur czy innych podobnych rzeczy. Zawsze było tu rano zimno, rześko i irytująco lodowato. Temperatura podnosiła się wraz z upływem czasu, wieczorem w lecie sięgając nawet około trzydziestu stopni, a o świcie było to już zaledwie dwa, czasem nawet mniej. Dodatkowo nieomal każdego poranka była gęsta mgła i mżawka, podobno to działanie jakiejś mocy magicznej, dzięki, której nad miastem przez resztę dnia jest słońce, a pomiędzy budynkami ciepło. Chmury mają się wypadać i tak dalej. Zasadniczo to niczym złym by nie było, gdyby nie fakt, że cała ta mżawka przemoczyła zabójcę, nie zostawiając na nim nawet suchej niteczki, a wszędobylski chłód dokańczał swego, na szczęście – miał przy sobie nieco srebra i mógł sobie pozwolić na odwiedziny karczmy. Ciepła zupa o barwie fioletowo-brunatnej, w której pływały jeszcze jakieś małe skrzydełka czy odwłoki. Zamawiając ją miał nadzieję, że fragment „owadowa” w nazwie to tylko puszczenie oczka w stronę klienta, ale… No właśnie, myślenie bywa czasem bardzo zwodnicze, szczególnie w tym mieście. Mimo obrzydzenia, jakim napawał ten posiłek to trzeba przyznać, że zupa była całkiem smaczna, pomijając przylepiające się do gardła skrzydełka albo pancerzyki z resztek owadów. To miasto miało swoje dziwactwa, jakby właśnie ta zupa, czy picie kwasu siarkowego przez niektórych mieszkańców, chociaż to wiąże się z faktem, że to nie są ludzie. Dla nich dziwnym zwyczajem jest picie piwa czy wina, co poradzić? Co kraj to obyczaj. Aleth początkowo nie odrywał wzroku i rąk od swojego talerza, ale gdy już jako-tako zaspokoił swój apetyt, a zupa nieco ostygła, zaczął się rozglądać. Karczma w zasadzie dzieliła się na dwie izby, w obu były lady, oddzielone od siebie ścianą. W jednym pomieszczeniu jadła biedniejsza część społeczeństwa, czyli głównie drobniejsi rzemieślnicy lub przejezdni, a w drugim – co bogatszy mieszkaniec, najwięcej było kupców oraz ich żon. Część, w której znajdował się Aleth naturalnie należała do tej dla mniej zamożnych, ale była całkiem spora. Ściany były obite drewnianymi deskami, spomiędzy których wystawał zielonkawy kamień, z których zbudowane były tutejsze nie tylko domy, ale także chramy, oberże czy właśnie karczmy. Sufit był całkiem wysoko. Jakieś cztery metry nad ziemią. Pod nim uwieszone były dwa, spore żyrandole, z których co jakiś czas na podłogę skapywał wosk. O ile Ci bogatsi mieli świece otoczone kinkietami, to tutaj parafina po prostu skapywała na podłogę czy też przechodniów. Przejście, nad którym zawieszone było to oświetlenie dzieliło sześć drewnianych, sporych, stołów na dwa równe rzędy. Nie było krzeseł, wszędzie były ławy stworzone z tego powtarzającego się już do nieprzytomności agatowego kamienia. Zieleń była najczęstszym kolorem w tym mieście, nosiły ją kobiety, budynki, a także dzieci, które w ten sposób pokazywały jak zamożni byli ich rodzice. Im więcej odcieni zieleni na ubranku, tym bogatszy tatuś lub mama, cóż. Bardzo osobliwe i oryginalne, nie da się ukryć.

Skrzydło Nocą, opowiadanie.

Dwa srebrzyste „posyłacze kul” kalibru 12,7mm nieco ciążyły mu przy pasie, były dość spore, acz amunicja „Inferno Magnum” była tego warta. Jeden strzał potrafił oderwać ramię, a nawet podpalić ubranie i okolice rany. Temperatura ta, była sama w sobie, bardzo wysoka, a blizny po oparzeniach –nie do zaleczenia ziemskimi metodami. Na jednym z pistoletów wciąż trzymał dłoń, mimo faktu, iż był skryty pod długim, czarnym i skórzanym płaszczem. Drugą ręką przytulał do siebie dziewczyną o długich, aksamitnych włosach w barwach kruczych piór. Nosiła na sobie skórzaną kurtę z licznymi, złotymi kolcami na ramionach oraz czarne jeansy, które wpadały w wysokie glany.  W sumie w tej parze prawie nie ma nic dziwnego, On miał długie, blond włosy i jasne oczy, Ona – ciemniejsze niż kasztan. Spokojnie mijali licznych ludzi, którzy tłocznie wracali do domów, noc była coraz późniejsza oraz ciemniejsza – ta dwójka widziała jednak nieco więcej. Dziesiątki istot, krzątających się między ludźmi, a także własne skrzydła. Dziewczyna miała dość spore, białe i pierzaste, była to więc archanielica, jej partner zaś był nosicielem czarnych, rozłożystych, a nawet dziurawych – jak przypadło na upadłego archanioła. Był to w zasadzie jedyny kontrast, który odstraszał zarówno anioły, demony jak i duchy, czy okolicznych handlarzy „płonącym krzakiem”, którzy często lubili napadać na przechodniów. Na tym w zasadzie też zbijali nawet spore pieniądze, naturalnie – obok handlu narkotykami. Dzisiaj jednak większość unikała pary. Na różowych ustach anielicy wciąż kwitł uśmiech, dziewczyna była roześmiana i wesoła, On zaś nieco mniej gadatliwy, acz wyraźnie był istotą jej humoru. Pomimo, iż słońce rzucało gorące promienie z nieba, życie na ulicy trwało w najlepsze, starsze istoty, ludzie oraz demony czy anioły – odpoczywali w cieniu. Wszędzie kręcili się stróże obok swoich podopiecznych, często w podartych, brudnych szatach. Byli wychudzeni i bladzi, zarobieni po pachy. Spoglądali tylko w niebo, oczekując na deszcz. Dwójka kochanków kroczyła jednak dumnie między tym maglem świętych, spaczonych i śmiertelnych, byli sobie nieomal przeciwieństwami. On – doszukujący się zagrożeń, pogardliwy, cyniczny,  Ona – uosobienie dobroci, miłosierdzia oraz niewinności, skrytych pod czernią odzieży. Skręcili w jedną z węższych uliczek, w których smród i ciemność rzucana przez ściany zdawały się przygnębiać. Efekt ten potęgowały rozrzucone strzykawki, niektóre strzaskane, butelki czy plamy krwi – pamiątki po ćpunach lub ofiarach przemocy. Śmiech dziewczyny, jednak nie cichł, dostrzegła srebrzysty poblask pistoletu, który dobył jej ukochany. Nie miała się czego bać, nie przy nim. Zaczęła się nawet rozglądać, podczas, gdy Upadły lustrował teren niczym skaner. Wysokie ściany były z poniszczonej, pomarańczowej cegły, w wielu miejscach pomazanej przez grafitti, a liczne, często bezgłowe, gargulce oraz podobne im kamienne potwory – wieńczyły każdy z murów, nieomal odcinając dostęp światła do zaułka. Było nieco chłodniej niż na ulicy, więc Anielica wtuliła się w swego lubego, tylko to prawdopodobnie uratowało jej ciało od niechybnego spotkania z kulą rewolweru. Pocisk niczym wściekły owad, przemknął tuż obok ramienia kobiety, świszcząc, wyjąc niemiłosiernie tylko po to by wbić się głęboko w cegłę i odłupać spory jej kawałek. W całym zaułku rozniosło się echo tego wystrzału, a już po chwili kolejnego, wskakującego na swoje miejsce pocisku. Te ułamki sekund akurat wystarczyły Upadłemu, by złapał mocniej swą lubą i odskoczył pod ścianę, zasłaniając ją własnym ciałem oraz skrzydłami, a nawet na to, by wycelować. Archanielica ucichła i skryła się za swoim wybrańcem, w zasadzie – zamierając. Jej możliwości ograniczały się do leczenia oraz dość destruktywnej magii, nienadającej się jednak do takich zaułków. Wszystko, więc zostawało w rękach Upadłego oraz w gestii jego umiejętności. Myśl. Strzał. Pocisk „Inferno Magnum” z przerażającym hukiem i jeszcze większa szybkością wyleciał z lufy, przecinał powietrze, które z każdą milisekundą zdawało się dodawać mu prędkości oraz rotacji. Świst, gwizd i wycie, które trwało ledwie przez dwie sekundy zdawały się nieskończonością. Widział dokładnie jak pocisk wbija się w ciało, eksploduje niczym mała kula ognia i podpala ubranie, zamieniając napastnika w żywą pochodnię. Był to chyba dżinn, ale kula, która oderwała mu szczękę, a następnie podpaliła – utrudniała weryfikację. Mężczyzna rzucał się przez dłuższą chwilę jak opętany, uciekając z zaułka w stronę najbliższej fontanny – na rynku. Wrzeszczał, płakał, krzyczał w agonii piekielnej, wszak broń Upadłego pochodziła z Otchłani, z Głębi… Z Piekła.Archanielica odprowadziła opryszka spojrzeniem swych ciemnych, orzechowych oczęt, a potem zgromiła nim ukochanego. Dobrze, wszak wiedział, że jego luba nie toleruje „Inferno Magnum” i wiecznie nalega na używanie „Mortis Magnum”, ale przecież… Zabijanie nieomal od razu jest takie nudne. Upadły za wiele ze spojrzenia sobie nie zrobił, przetarł jedynie lufę o płaszcz, a następnie ujął w talii ukochaną. Ruszyli dalej, przed siebie. Mimo kropel krwi, mimo osmalonego bruku i mimo wszędobylskiego smrodu taniego browaru. Byli razem, nic nie mogło ich powstrzymać. Podobno. Zaułek był nieomal taki sam, bardzo jednostajny i po dłuższej chwili zaczął być nudny. Kobieta by nieco umilić sobie wędrówki podśpiewywała „Just likeHeaven”, jej towarzysz nieco się dzięki temu rozpogodził. Był uśmiechnięty do tego stopnia, że skradła mu całusa prosto z ust, pomiędzy słowami. Wędrówka powoli, jednak, dobiegała końca, kolejne metry prowadziły do grubych, okutych w stal drzwi, które wyglądały na średniowieczne. „Dość stare” jak na dwudziesty pierwszy wiek, można rzec – niemodne. Pojawiły się znikąd, ot tak, po prostu. Para się chyba tym nie przejęła, wszak był to ich cel. Pierwszy co dotknęło ciężkich odrzwi było ciężkim, glanopodobnym butem Upadłego. Pod tym jednym ciosem wrota otworzyły się do wewnątrz, rozpościerając tym samym widok na to co było „Ponad Czasem i Przestrzenią”, dla ludzi byłaby to kraina, dla aniołów, demonów i tak dalej to tylko kolejna strefa. Tu zbiegały się nieskończoność, brudne pieniądze, czarne interesy, narkotyki oraz różne inne zakazane w Niebie rozrywki. Niektórych zabraniano nawet w samym królestwie Lucyfera, tu jednak te zakazy nie obowiązywały. Upadły jako pierwszy opuścił obskurny, śmierdzący zaułek, a zaraz po nim do otworu wskoczyła Archanielica. Wpierw zaistniał dźwięk, cichy, zgrzytliwy i nędznie ponury. Przypominał o wrotach, był tylko odgłos. Skrzypnięcie drzwi zmieszane z delikatnym szumem liści, cichy podmuch wiatru otulił ich skórę. Było ciemno, niebyło niczego. Brak materii, brak czucia i istnienia. Tylko dźwięk oraz wiatr. Słabe uczucie i cichy odgłos braku.


Warhammer, Flota Ocalenia, opowiadanie.

Huk eksplozji i spadających bomb cały czas trząsł polem bitwy, wszędzie krążyły odłamki, niczym dawno zapomniane szrapnele. Zmrożona ziemia była rozrywana co sekundę, kolejne bunkry oraz budynki przemieniały się w perzynę, niczym źdźbła suchej trawy, łamiące się pod nawałnicą. Jeśli pocisk trafił w jeden z okopów – wylatywały stamtąd krwawe kaskady, którymi pokrywane były oderwane kończyny czy głowy. Jeden z imperialnych czołgów modelu „Chimera” został właśnie rozerwany, zaraz po tym, jak pocisk wystrzelony przez żołnierza Chaosu trafił go w boczny pancerz. Przebił nieomal jak masło, by rozerwać całą konstrukcję od środka. Strzelec śmiejąc się tryumfalnie wrzasnął dobrze znany w całej galaktyce okrzyk.
- KREW DLA BOGA KRWI! CZASZE DLA JEGO TRONU! –
Zaraz po tym okrzyku, w jego wzmacniany pancerz, Mark VI, zostały posłane dziesiątki kul z karabinu maszynowego, który udało się ustawić Gwardii. Zaraz, po tym, jak mężczyzna stoczył się z góry, lufa zaczęła przesuwać się po krańcach przeciwnych okopów, z których wyskakiwali kultyści Khorne’a oraz renegaci Gwardii Imperialnej. Jeden po drugim wpadali na powrót do dołów, słaniając całe podłoże własnymi ciałami o dziurawych głowach, piersiach czy ramionach. W bunkrach pomiędzy ostrzeliwującymi się stronami walczyli Marines, zarówno Ci wierni Imperatorowi, jak i Heretycy. Wszyscy z nich mieli na plecach rakietowe plecaki, w dłoniach głównie łańcuchowe miecze oraz boltery. Pomiędzy walczącymi byli zarówno członkowie Ultramarines jak i Blood Ravens czy White Scars, walczyli przeciwko kultystom z Black Legion, którzy widocznie ustępowali pola. Pomiędzy nimi nie było żadnych wyższych rangą Marines. Bomby i artyleryjskie pociski spadały naokoło, jednak żaden z nich nie trafiał w walczących. Drużyna karabinu maszynowego, który ustawiony został na wzgórzu właśnie stała się dopisana na listę wyeliminowanych. Pocisk z przejętego przez Chaos „Basilisk”a, trafił idealnie w karabin, łamiąc go w połowie, fala wybuchowa wraz z ogromną temperaturą spopieliła, a następnie rozerwała Imperialnych Gwardzistów. Towarzysząca działu ochrona miała podobno więcej szczęścia, jednego z nich odrzuciło w tył, łamiąc wszystkie kości o ziemię. Drugiego twarz została spalona, skóra zaczęła spływać po jego torsie, a fala odrzuciła wrzeszczącego mężczyznę do okopu, prosto na samo dno. Tylko to uratowało go od kolejnych pocisków, które spadały w tamto miejsce. Dwójka sanitariuszy natychmiast porwała rannego na nosze, a następnie ruszyli nieomal biegiem do najbliższego punktu medycznego. Pędzili do bunkru, wymijając i przeskakując ciała oraz resztki żołnierzy czy karabinów, byli coraz bliżej. Z każdym krokiem wejście się zbliżało, z każdym krokiem było coraz bezpieczniej. Krzyk rannego nieomal ich ogłuszał, pociski, które spadały dopełniały tej orkiestry. Przypominało to wszystko ogromny koncert, a Oni byli tylko pojedynczymi skrzypcami, które mogły zostać zagłośnione przez wiolonczelę. Wiolonczelę, która właśnie spadała na nich z łoskotem zbroi i rykiem plecaka odrzutowego, raptor spadał z ogromną siłą w dół. Pociski z jego boltera zalały ciało pierwszego sanitarusza Imperialnych, dziurawiły pierś, ramiona, aż w końcu i głowę. Padł wraz z noszami, na których noszony wrzasnął po dotarciu do ziemi. Krzyczał i płakał niezbyt długo, raptorKhorne’a wylądował prosto na nim, mieszając jego flaki oraz krew z błotem okopu, medyka, który zaczął uciekać – chwycił. Uścisk na ramieniu uciekiniera był tak silny, że tamten aż przysiadł w powietrzu. Nie trwało to jednak za długo, pierwsze ostrza łańcuchowego miecza prędko przeciął metalowy hełm, nieomal od razu wżynając się przez jego czaszkę, w mózg. Nie trwało to więcej niż sekunda, kolejne pięć trwało przedzieranie się broni przez całość ciała. Krtań, pierś, biodra – całego mężczyznę na pół. Towarzyszyła temu fontanna krwi, odłamków kości i resztek wnętrzności. Nie zdążył nawet krzyknąć, raptor odrzucił części żołnierze na boki, a następnie ruszył biegiem w stronę bunkra. Odczepił od pasa jeden z granatów termicznych, a następnie wrzucił prosto do budynku, z którego zaczęły nadlatywać pociski małego kalibru, odbijające się od zbroi. W akompaniamencie krzyków i wyskakujących żołnierzy – granat wybuchł. Strop bunkru wyleciał do góry, rozerwany niczym wielka purchawa, ściany skończyły podobnie. Odłamki betonu zmieszanego ze stalą dobiły tych, którzy wyskoczyli. Wszystko na darmo, od śmierci nie ma ucieczki. Raptor, winny tej rzezi, skoczył ku kolejnym żołnierzom – prosto na załogę, rozstawiającą działo laserowe. Leciał unikając lecących ku imperialnym pociskom, unikając dwóch, trzech, dziesięciu – był coraz bliżej. Gwardziści gorączkowo rozstawiali odnogi działa, ładowali je, usuwali się z linii strzału, dostosowywali kąt i wydawałoby się, że na próżno, że ich życia zakończy heretyk, który właśnie unosił łańcuchowy miecz nad ich głowami. Ostrze zaczęło opadać, a w tej samej sekundzie z działa wystrzelił laserowy pocisk, godząc chaosistę prosto w brzuch. Efekt, wizualnie, był przepiękny – mimo zbroi Mark VI, trafionego po prostu rozerwało na dziesiątki części, a jego miecz wyleciał na paręnaście metrów w górę.


Ostrze działało jeszcze przez sekundę, gdy kręciło się w powietrzu, wzbijając pomiędzy płatkami spadającego śniegu oraz lecącymi w dół pociskami artyleryjskimi. Na powierzchni ziemi po tych drugich nie pozostawało za wiele, zlodowaciała skorupa, resztki żołnierzy oraz bunkrów latały wszędzie, były tak samo zabójcze jak karabiny. Kule w ten bezwietrzny, mroźny dzień mogły dosięgnąć każdego, lojalistę czy heretyka. Miecz wykonał swój ostatni obrót w powietrzu i zaczął mknąć w dół, przecinając powietrze, zbliżał się w stronę dwójki obsługujących karabin maszynowy Marines. Obaj byli Blood Angels’ami, którzy wspólnie przelewali kolejnymi kulami krew heretyków w imię swego Boga-Imperatora. To pod ich ostrzałem, jak i wielu innych dział, kultyści Khorne’a kryli się w swych okopach, a Ci, którzy porywali się na heroiczne zrywy – padali na ziemię charcząc oraz konając w agonii na siarczystym mrozie. Ostrze poległego Raptora widocznie nie wybierało bez przyczyny – wbiło się w odsłoniętą głowę sierżanta obsługi karabinu. Mimo, że miecz już nie działał, kolce wryły się głęboko w czaszkę, docierając do mózgi i powodując przeraźliwy wrzask mężczyzny. Z okopu, który przestał być ostrzeliwany zaczęły wychylać się lufy granatników oraz karabinów, a paru heretyków właśnie biegło ku Imperialnym. Nim Marines zdążyli ponownie uruchomić działo – pociski wybuchły, a za nimi granaty. Działo wylądowało parę metrów z tyłu, rozerwane nieomal na dwie części, resztki obsługi działa można by się doszukiwać naokoło w dość sporym promieniu. Duch walki Imperialnej Gwardii, która widziała ten obraz wyraźnie podupadł, większość z nich zaczęła wycofywać się do bunkrów, szczególnie wtedy, gdy renegaci Chaosu pojawiali się w okopie. Zaczęły się walki na bagnety, łańcuchowe miecze i topory, w których żołnierze Imperatora oddawali pola przeciwnikom. Wielu padało z rozciętymi piersiami, podziurawionymi brzuchami przez kule bolterów czy o zmiażdżonych głowach. Ci, którzy mieli więcej szczęścia zostawali rozerwani granatami, których masowo używali kultyści. Nieliczna garstka zamknęła się w bunkrze, zaczęli nawet opatrywać swych rannych za zamkniętymi, żelaznymi drzwiami. Paru strzelców ustawiło się w oknach, broniąc wejścia. Medykamentów brakowało, wszędzie leżały materiały wybuchowe – bunkier był pułapką, zdalnie detonowaną, komisarz szybko rzucał rozkazy, a gdy Gwardziści zaczęli się obijać, kopnął jednego z nich na ziemię. Wyciągnął swój pistolet i strzelił. Idealnie w tył głowy, pocisk bez problemu przebił hełm, a następnie rozrywając czaszkę przeleciał przez mózg, by wbić się w podłogę. Wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się wzajemnie poganiać, jeden przez drugiego, jednak… Ta chwila starczyła. Strzelcy na parę sekund przestali ostrzeliwać, a gdy odwrócili się do wejścia było za późno. Jakieś trzy metry przed nimi biegło parunastu kultystów z miotaczami ognia, którymi już celowali w stronę okien. Kule Gwardii mknęły, przedzierając się przez ogniste języki, wyścibujące z luf, niektóre tylko dosięgły swych celów i przemieniły nosicieli miotaczy w ogniste kule, bezwolnie rzucające się po polu przed bunkrem. Przez parę sekund mogli poczuć jeszcze smród palonej skóry, a potem zalały ich fale płomieni. Całe pomieszczenie zostało zapełnione ogniem, granatami oraz pociskami, które w parę chwil przemieniły jego załogę w płonącą breję z kości oraz mięsa. Siły Chaosu zbliżały się do sztabu generalnego armii imperium. Po kilku minutach, gdy heretycy ruszyli w stronę kolejnych bunkrów, ponad horyzontem zaczęły pojawiać się Valkirie, jedna, cztery, jedenaście! Zaczęły schodzić coraz niżej, a ich luki z wolna zaczęły się otwierać – ze świstem poczęły wypadać pierwszy bomby, które gdy tylko dosięgły gruntu wybuchały, podpalając glebę. Płonęli ludzie, maszyny oraz bunkry, a wybuchy rozrywały płyty pancerzy i ciała. Działa kultystów natychmiast zmieniły cel, jedna, dwie, osiem Valkiri z ogromnym łoskotem runęło na pole bitwy, ryjąc w zmarzlinie głębokie rowy, rozbijając się w wielkich wybuchach. Wszystkiemu towarzyszyły krzyki, a nawet płacze, których odgłosy przebijały terkoty karabinów i wybuchy pocisków. Przez to zamieszanie na niebie zaczęły pojawiać się małe, różnobarwne kropki, które rosły z każdą sekundą. Pierwsza, czerwona, kapsuła desantowa z przeogromnym łoskotem wbiła się, głęboko, w glebę. Za nią następne, szkarłatne, niebieskie, a nawet… Czarne, gdy tylko powbijały się w ziemię – ich klapy opadły, a z wnętrz zaczęły powolnymi kropkami wychodzić sporej ilości maszyny. Dreadnought’y. Niedługie, szerokie nogi utrzymujące pudełkopodobny, kwadratowy tułów zakończone hełmami Marines. Z nich wystawały podobnej wielkości ręce, zakończone w dużej mierze karabinami maszynowi, miotaczami ognia czy rakiet, sporymi łapami oraz działami plazmowymi. Te machiny ruszyły w stronę najbliższych walczących, paląc, ostrzeliwując i gniotąc wszystkich, którzy nie zdołali uciec. W stronę dreadnought’ów zaczęły napływać pociski rakietowe.


 Większość tych strasznych maszyn wylądowała pośrodku pola bitwy, pomiędzy walczącymi Marines, niektóre też opadły prosto na bunkry obsadzane przez załogi karabinów czy dział. Bez różnicy. Tam gdzie rozległ się huk po kapsułach desantowych, tam też prędko rozlegały się wrzaski i przekleństwa, trzaski kości oraz eksplozje. Dreadnought’y należące do Black Legion, który walczył tutaj jako jedyna siła Chaosu radziły sobie nadzwyczaj lepiej, z piętnastu… Padło tylko pięć! Tuż po zrzucie, naturalnie. Lojaliści mieli już dużo większe straty, machiny skąpane w krwi heretyków wybuchały od ich granatów oraz pocisków rakietowych, padały jedno po drugiej – z trzydziestu zostało dziesięć. Zawinił prawdopodobnie zły zrzut, ale to umożliwiło Imperialnej Gwardii na kontratak, który został wykorzystany do zajęcia okopów oraz wybijaniu w walkach wręcz lub na krótki dystans dziesiątek kultystów na całej linii frontu tej bitwy. Walki toczyły się na całej planecie! Jednak to tu znajdowały się komanda obu sił. Krzyki, wrzask i wybuchy, płonący heretycy wraz z Imperialnymi biegali pomiędzy lejami po pociskach, niektórzy wbiegali na jeszcze nieaktywowane miny – to co z nich zostawało, nie nadałoby się nawet dla samego Nurgle’a. W jednej chwili całym pole bitwy wstrząsnęła ogromna eksplozja, która przeraziła Gwardzistów, a rozjuszyła heretyków. Zajęte okopy broniły się teraz przed zaciętymi kontratakami, dziesiątkami granatów oraz miotaczy, dział. Huk spowodowany był zniszczeniem jednego z Czcigodnych Dreadnought’ów, rzekomo nieomal niezniszczalnych. Dokonał tego dowódca sił Chaosu, wychodząc z walki nieomal bez szwanku. Nosił w dłoniach ogromną, błyszczącą szkarłatem buławę, która teraz ociekała krwią i płynami z maszyny, której wrak dogasał za Czempionem Khorne’a. On zaczął się głośno śmiać, ruszając do przodu. Był to bezprecedensowy znak dla Armii, by ruszać. Działa zaczęły terkotać ze zdwojoną siła, niektóre były przenoszone coraz bliżej linii frontu, przez co Imperialni, nawet przy wsparciu artylerii, musi wrócić do swoich pozycji. Bronić bunkrów, ponad którymi powietrze przecięły myśliwce Chaosu, przed którymi uciekały Valkirię, parę bomb spadło na pole bitwy. Wybuchy rozrywało zarówno popleczników Khorne’a jak i Imperatora, a na jeden z bunkrów, w którym właśnie trwała został strącony statek lojalistów. Ogromny huk, wrzaski i eksplozja dała się we znaki, rozrywając zarówno betonowe ściany budynku oraz metalowe poszycie Valkirii. Fragmenty obu można by pewnie podziwiać daleko stąd. Mniejsze odłamki jednak działały jak szrapnele, dziurawiąc heretyków i żołnierzy Imperium jak sita, niektórym nawet odcinały kończyny czy głowę albo przepoławiały. Zlodowaciała ziemia spijała coraz więcej krwi.


Resztki budowli, dreadnought’ów i ludzi fruwały przez całe pole bitwy, cienki, okrągły kawał płyty, oderwany przez wybuch od pancerza czołgu typu „Chimera” mknął w stronę okopów Gwardii. Mężczyźni panicznie odskakiwali na boki, chowali się – nie wszyscy. Wywrócone oczy, na wpół otworzone usta, wywalony język posiadała tocząca się głowa sanitariusza, który biegł by pomóc kolejnym rannym. Jego bezwładne ciało opadło na ziemię, w parę następnych sekund obracając się w krwawą papkę za sprawą ognia moździerzy. Resztka pancerza, niczym posępny posłaniec nie skończyła na tym nieszczęśniku, mknęła dalej. Jej ostatnią ofiarą stał się młody, przeciętnego wzrostu szeregowiec, któremu ostrze odcięło rękę w łokciu i nogę w udzie. Przerażony, krzyczący okropnie młodzieniec opadł na plecy, wołał. Miał może dwadzieścia lat, jego młode życie dopiero rozkwitało, narzeczona, dziecko... Krzyczał, płakał i skomlał. Nie wołał już swego imperatora, nawoływał, poszukiwał swej matki. Po licach ciekły mu łzy, które napływały coraz intensywniej, gdy dostrzegł, że leży tuż obok własnych, odciętych kończyn. Dwójka sanitariuszy, która próbowała go ratować robiła co mogła. Uspokajała, prosiła, pocieszała – odpowiadał im tylko przeraźliwy płacz. „Matko! Mamusiu, proszę! Ratuj! Zabierz mnie stąd! Ja nie chcę… NIE CHCĘ UMIERAĆ!… Mamo, kocham Cię, błagam!”, wojna jednak była innego zdania. Wszędzie dookoła gasły młode życia, ludzie, którzy mieli rodziny. Mieli miłość, ale i wierność. Wierność swemu boskiemu Imperatorowi, jedynemu władcy Ludzi. Tu, jednak walczyli zwykli ludzie, gwardziści, tacy jak za czasów dygnitarzy pokroju Hitlera czy Stalina. Broń się zmieniła, stroje się zmieniły, ale śmierć tych zwykłych pozostała ta sama. Zapomniana, okupiona bólem i strachem. To nie byli Space Marines, którzy powstali z ziarna genetycznego pochodzącego prawie w prostej linii od samego Imperatora. Wielcy, silni od urodzenia, dodatkowo trenujący swe ciało wiarą i wysiłkiem, ich życiem była służba Ojcu. Jeśli mieli umrzeć za niego, to robili to. Z oddaniem.   


Zaś w bunkrze sztabowym Imperium, aż wrzało. Dowódca Gwardii Imperialnej głośno przekomarzał się z kapitanem tutejszych Space Marines. Rozmawiano o ewakuacji, zabezpieczeniu uszkodzonych dreadnought’ów oraz uratowaniu żyć gwardzistom. Problem pozostawał tylko jeden. Tego wszystkiego nie dało się pogodzić. Ratując gwardzistów, poświęcało się znaczną ilość tych owianych legendami maszyn kroczących, a działało to także i w drugą stronę. Kłótnia narastała, przez co żaden z dowódców nawet nie był w stanie usłyszeć, że linia frontu niebezpiecznie zbliża się do sztabu. Nie chcieli lub nie słyszeli też tego, że za parę minut znajdą się w zasięgu artylerii heretyków.
- Te „puszki” jak nazwałeś naszych braci to SYNOWIE IMPERATORA! To Space Marines, którzy za Imperium oddali swe ciało! Którzy walczą mimo krytycznych ran! – wrzasnął Kapitan Dezones, stosunkowo młody, jak na swoją rangę, łysy i wysoki mężczyzna w zbroi Czerwonych Aniołów.
- Świetnie! Tylko na litość samego Imperatora! Dlaczego mamy poświęcać tysiące dla kilku?! Ci chłopcy mają żony i dzieci! A te puszki tylko pieprzoną wojnę! Nie jesteśmy z Krieg’a! – wykrzyczał prosto w twarz rozmówcy, akompaniując uderzeniami dłoni w stół Komandor. Był to niski, nawet jak na zwykłych ludzi, mężczyzna o mocno barczystej postawie i kwadratowej szczęce. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak typowy ogryn lub po prostu trep, jednak zarówno jego żołnierze jak i Dezones wiedzieli, że ten mężczyzna ma doświadczenie większe niż niejeden imperialny strateg.
- Bo to jego synowie! To święci wojownicy! Do cholery! Tych Twoich paru… - zaczął kapitan, ale umilkł, gdy Komandor wparował mu słowem prosto w początek kolejnego zdania.
- Cholernie świetni wojownicy! Działo plazmowe lub laserowe i tyle ich widzieli! Przestań pieprzyć, Dezones i pomóż mi przygotować ewakuację! Front będzie tu niebawem! – warknął Aghen, przejeżdżając dłonią po krótko ostrzyżonych, rudych włosach. Na dłuższą chwilę zapadła cisza, Kapitan Krwawych Aniołów przez chwilę rozmawiał z kimś przez komunikator ECHO. Dopiero, gdy atmosfera nieco opadła, a Komandor się już wystarczająco uspokoił, Dezones odezwał się ze spokojem.
- Przybyła flota Imperialna, nie mają miejsca na wszystkich, więc część zostanie przekazana flocie Ocalenia, która już kończy ewakuację. Do zabezpieczenia naszej zostaną zesłane drużyny terminatorów, których… Też musimy ewakuować. Za stratę choćby jednego, będziemy odpowiadać przed dowódcami. – ostatnie zdanie nieomal wyburczał, a potem zaczął zakładać swój hełm, a za jego przykładem poszedł zarówno Komandor, jak i jego adiutant. Wszyscy chwycili swoje bronie i skierowali się w stronę wyjścia. Było dość spokojnie, chociaż walczących już dało się dostrzec przez niewielkie otwory widokowe. Było spokojnie. Było. Najpierw był świst, a potem dla całej trójki świat oszalał na parę sekund. Wszędzie był pył, huk i betonowe odłamki, lecące niczym szrapnele na wszystkie strony. Siła wybuchu była na tyle potężna, że odrzuciła nawet Kapitana Space Marines parę metrów do przodu, a potem rzuciła nim na ziemię. Komandor wylądował parę metrów dalej. Leżeli. Dwie sekundy, których potrzebowali na wstanie i zrzucenie z siebie ciężkiego płaszcza szoku zdawały się wiecznością. Setkami wieków, a trwało to pewnie dłużej, gdyby nie przeraźliwy krzyk. Paniczny, agonalny wrzask, który górował ponad bitewną wrzawą – adiutant. Siła fali uderzeniowej rzuciła go w dół, prosto na wystające z dziury po pocisku i części okopu… Metalowe pręty i resztki desek. Jeden z metalowych elementów zaczynał się w okolicach jego pośladków, przechodził przez całe ciało i wychodził pomiędzy obojczykiem, a barkiem. Drugi godził w nerkę, a kolejny prosto w wątrobę. Komandor wyciągnął powoli podręczny bolter, obserwując ze współczuciem, jak nieszczęśnik machał nogami, kopał w powietrzu i rzucał głową na boki. Krótki gest palca, dociśnięcie metalowej zapadki. Pocisk opuścił lufę z ogromną prędkością i trafił idealnie w czoło. Oddając przysługę i zbrodnię zarówno. Aghen traktował swojego adiutanta jak człowieka honoru, a tacy ludzie nie zasługują na cierpienie. Komandor schował pistolet, a następnie obydwaj ruszyli dalej. Wśród biegających sanitariuszy, wydających rozkazy sierżantów i wybuchów dookoła, a także taktycznych drużyn Space Marines, już tylko z Krwawych Aniołów. Walki jak tutaj toczyły się na całej planecie, to DOPIERO nazywać można było wojną światową. Walczono tutaj o każdy skrawek lądu, i… Imperium tą walkę przegrywało. Śnieg od kilku minut zaczął intensywniej padać, zerwał się także wiatr, zacinając prosto w oczy broniącym się w okopach imperialnym. Thunderhawki i Valkirie, jednak już lądowały, gotowe zabierać ludzi do ewakuacji, a kapsuły i zrzuty bojowe terminatorów już lądowały. Uzbrojeni w pazury energetyczne, młoty bojowe i tarcze, wojownicy w zbrojach typu Terminator byli praktycznie niezabijalni. Przynajmniej… Nie dla zwykłych heretyków czy nawet Space Marines Chaosu. Aghen odwrócił się, siadając na pokładzie jednej z Valkirii. Spojrzał prosto na pole bitwy, które przejmowali w coraz większym stopniu niewolnicy Bogów Chaosu. To była całkowita porażka sił Imperium. Cała planeta… Tyle ofiar… pokręcił głową, a następnie dał sygnał pilotowi, ten poderwał maszynę, zabierając ich, wraz z paroma żołnierzami na statki floty Ocalenia…


Opierająca się wichurze i lodowatym wiatrom Valkiria wznosiła się ku górze, jej wzmacniane, powiększone półtorakrotnie silniki ledwo dawały radę w walce ze szronem oraz śniegiem. Statek robił się coraz cięższy i zaczął się chwiać. Całe pokrycie  pokrywało się lodem dość prędko, acz to właśnie w tych warunkach przesiadywali dowódcy upadłej planety. Oczekiwali lądowania i przeklinali w swoich duchach, panowała ponura atmosfera przegranych. Każdy z wyższych rangą oficerów milczał, jedynie Komandor i Kapitan Krwawych Kruków szeptali między sobą różne ponure tezy.
- Podobno tą flotą dowodzi jeden z Lordów Komisarzy. – mruknął łysy Space Marine w czerwonej zbroi, o pastelowej barwie skóry. – Jeśli tak…
- …To już po nas. Wiem, do cholery. Myślisz, że się nie starałem? Myślisz, że specjalnie oddałem planetę? Nie mieliśmy szans. – Aghen potarł swoją kwadratową szczękę dłonią odzianą w dziurawą, skórzaną rękawicę. – Portal prosto do Osnowy… Pod skorupą lodu. Co prawda ponad dwukilometrową…
- …Ale to nas nie usprawiedliwia w oczach Ordo Hereticus. – mruknął Krwawy Kruk i pokręcił głową, spoglądając na zamarzające drzwi. – Chyba miałeś tam nawet paru wrogów, co?
- Taa… Niejednego, ale to nic nowego jeśli ktoś jest… Tak osobliwym dowódcą jak ja. Pominę fakt wysyłania swojego garnizonu do pomocy innym… - żachnął Gwardzista i spojrzał na towarzysza. – Szkoda, że rzadko mi moich żołnierzy odsyłali…
- Dziwisz się?... Jedynymi, którzy naprawdę teraz potrafią walczyć samodzielnie są Oddziały Śmierci z Krieg, ale tamci… - pokręcił głową, a potem skupił wzrok na stole, z centrum którego zaczęło błyszczeć niebieskawe światło. – Mhmm… Zaczyna się.
Zaczynać się, raczej, wiele nie zaczynało. Na środku stołu pojawił się sędziwy mężczyzna w stroju Gwardzistów z kanadiańskich „Cienistych Formacji”. Ponad odznaką swojego przydziału miał oznaczenie Floty Ocalenia, a jego poczciwy uśmiech był zarówno dla Kapitana, jak i Komandora promykiem nadziei. Obaj milczeli, a staruszek z wolna zaczął swą przemowę.
- Jestem Enekhin Van Diegen, niegdyś wysoki rangą oficer z „Cienistych Formacji”, teraz… Przewodzę Ocalałym. Przewodzę Flocie Ocalenia, tym, którzy przeżyli przegrane i nie chcieli lub… Nie mogli wracać do Imperium, za które wciąż chcą walczyć. Lord Komisarz i Lord Generał floty stacjonującej na orbicie Anderis III debatują nad eksterminacją całej planety za pomocą Floty Exterminatus. Dodatkowo.. Planują Waszą egzekucję, jako przykład dla innych. – jego kaszel usilnie przerwał mu w tym momencie wypowiedź, trzymając w napięciu całą załogę transportowca przez dobre pół minuty. Kapitan Krwawych zaczął dudnić palcami o ławę, a Komandor powoli ściubać resztki swoich spalonych brwi, w końcu jednak starzec odzyskał głos i ciągnął swoim monotonnym… Acz zapalczywym tonem. – Jednak jest tu też Flota Ocalenia, która pragnie byście dołączyli do niej. Nasze statki są ogromne i nadal mają puste miejsca, a Waszych ludzi jest dość sporo… Poza tym, chyba masz, Komandorze, własny statek jeszcze?
- Tak… To prawda, jest obecnie na orbicie… Służył do precyzyjnych bombardowań orbitalnych… Ale jeden statek to za mało. – mruknął Gwardzista w średnim wieku, splatając ręce na piersi. – Mam pod sobą parę setek ludzi… Nie wiem gdzie Ty chcesz ich pomieścić.
- To… Zostaw mi. Jedynie chcę znać Waszą opinię i wolę odnośnie tego. Flota Ocalenia to nadal walka za Imperatora! – ostatnie zdanie nieomal wykrzyknął, na co znowu zaczął zanosić się kaszlem. Dwójka towarzyszy na statku spojrzała po sobie krótki i dość wymownie, a następnie Kapitan skinął głową w stronę pilota.
- Zgadzamy się. – stwierdził Komandor, obserwując jak lód zaczyna powoli znikać z drzwi, widocznie statek opuścił już najzimniejsze części atmosfery Anderis III. – To będzie zaszczyt walczyć u boku Ultramarines, Krwawych Aniołów czy Czarnych Templariuszy, jak i oddziałów z Kriega lub Kauravy.
- Rozkażę przygotować, więc, kwatery. – I po tych słowach hologram zniknął. A pogłoski o podobnych rozmowach rozchodziły się w całej galaktyce już od dawien dawna, gdy Flota Ocalenia była jeszcze stosunkowo młoda. Wszystko po to by ratować życia i walczyć za… Boga-Imperatora Ludzkości...