Huk eksplozji i spadających bomb cały czas trząsł polem
bitwy, wszędzie krążyły odłamki, niczym dawno zapomniane szrapnele. Zmrożona
ziemia była rozrywana co sekundę, kolejne bunkry oraz budynki przemieniały się
w perzynę, niczym źdźbła suchej trawy, łamiące się pod nawałnicą. Jeśli pocisk
trafił w jeden z okopów – wylatywały stamtąd krwawe kaskady, którymi pokrywane
były oderwane kończyny czy głowy. Jeden z imperialnych czołgów modelu „Chimera”
został właśnie rozerwany, zaraz po tym, jak pocisk wystrzelony przez żołnierza
Chaosu trafił go w boczny pancerz. Przebił nieomal jak masło, by rozerwać całą
konstrukcję od środka. Strzelec śmiejąc się tryumfalnie wrzasnął dobrze znany w
całej galaktyce okrzyk.
- KREW DLA BOGA KRWI! CZASZE DLA JEGO TRONU! –
Zaraz po tym okrzyku, w jego
wzmacniany pancerz, Mark VI, zostały posłane dziesiątki kul z karabinu
maszynowego, który udało się ustawić Gwardii. Zaraz, po tym, jak mężczyzna
stoczył się z góry, lufa zaczęła przesuwać się po krańcach przeciwnych okopów,
z których wyskakiwali kultyści Khorne’a oraz renegaci Gwardii Imperialnej.
Jeden po drugim wpadali na powrót do dołów, słaniając całe podłoże własnymi
ciałami o dziurawych głowach, piersiach czy ramionach. W bunkrach pomiędzy
ostrzeliwującymi się stronami walczyli Marines, zarówno Ci wierni Imperatorowi,
jak i Heretycy. Wszyscy z nich mieli na plecach rakietowe plecaki, w dłoniach
głównie łańcuchowe miecze oraz boltery. Pomiędzy walczącymi byli zarówno
członkowie Ultramarines jak i Blood Ravens czy White Scars, walczyli przeciwko
kultystom z Black Legion, którzy widocznie ustępowali pola. Pomiędzy nimi nie
było żadnych wyższych rangą Marines. Bomby i artyleryjskie pociski spadały
naokoło, jednak żaden z nich nie trafiał w walczących. Drużyna karabinu
maszynowego, który ustawiony został na wzgórzu właśnie stała się dopisana na
listę wyeliminowanych. Pocisk z przejętego przez Chaos „Basilisk”a, trafił
idealnie w karabin, łamiąc go w połowie, fala wybuchowa wraz z ogromną
temperaturą spopieliła, a następnie rozerwała Imperialnych Gwardzistów.
Towarzysząca działu ochrona miała podobno więcej szczęścia, jednego z nich
odrzuciło w tył, łamiąc wszystkie kości o ziemię. Drugiego twarz została
spalona, skóra zaczęła spływać po jego torsie, a fala odrzuciła wrzeszczącego mężczyznę
do okopu, prosto na samo dno. Tylko to uratowało go od kolejnych pocisków, które
spadały w tamto miejsce. Dwójka sanitariuszy natychmiast porwała rannego na
nosze, a następnie ruszyli nieomal biegiem do najbliższego punktu medycznego.
Pędzili do bunkru, wymijając i przeskakując ciała oraz resztki żołnierzy czy
karabinów, byli coraz bliżej. Z każdym krokiem wejście się zbliżało, z każdym
krokiem było coraz bezpieczniej. Krzyk rannego nieomal ich ogłuszał, pociski,
które spadały dopełniały tej orkiestry. Przypominało to wszystko ogromny
koncert, a Oni byli tylko pojedynczymi skrzypcami, które mogły zostać
zagłośnione przez wiolonczelę. Wiolonczelę, która właśnie spadała na nich z
łoskotem zbroi i rykiem plecaka odrzutowego, raptor spadał z ogromną siłą w
dół. Pociski z jego boltera zalały ciało pierwszego sanitarusza Imperialnych,
dziurawiły pierś, ramiona, aż w końcu i głowę. Padł wraz z noszami, na których
noszony wrzasnął po dotarciu do ziemi. Krzyczał i płakał niezbyt długo,
raptorKhorne’a wylądował prosto na nim, mieszając jego flaki oraz krew z błotem
okopu, medyka, który zaczął uciekać – chwycił. Uścisk na ramieniu uciekiniera
był tak silny, że tamten aż przysiadł w powietrzu. Nie trwało to jednak za
długo, pierwsze ostrza łańcuchowego miecza prędko przeciął metalowy hełm,
nieomal od razu wżynając się przez jego czaszkę, w mózg. Nie trwało to więcej
niż sekunda, kolejne pięć trwało przedzieranie się broni przez całość ciała.
Krtań, pierś, biodra – całego mężczyznę na pół. Towarzyszyła temu fontanna krwi,
odłamków kości i resztek wnętrzności. Nie zdążył nawet krzyknąć, raptor
odrzucił części żołnierze na boki, a następnie ruszył biegiem w stronę bunkra.
Odczepił od pasa jeden z granatów termicznych, a następnie wrzucił prosto do
budynku, z którego zaczęły nadlatywać pociski małego kalibru, odbijające się od
zbroi. W akompaniamencie krzyków i wyskakujących żołnierzy – granat wybuchł.
Strop bunkru wyleciał do góry, rozerwany niczym wielka purchawa, ściany
skończyły podobnie. Odłamki betonu zmieszanego ze stalą dobiły tych, którzy
wyskoczyli. Wszystko na darmo, od śmierci nie ma ucieczki. Raptor, winny tej
rzezi, skoczył ku kolejnym żołnierzom – prosto na załogę, rozstawiającą działo
laserowe. Leciał unikając lecących ku imperialnym pociskom, unikając dwóch,
trzech, dziesięciu – był coraz bliżej. Gwardziści gorączkowo rozstawiali odnogi
działa, ładowali je, usuwali się z linii strzału, dostosowywali kąt i
wydawałoby się, że na próżno, że ich życia zakończy heretyk, który właśnie
unosił łańcuchowy miecz nad ich głowami. Ostrze zaczęło opadać, a w tej samej
sekundzie z działa wystrzelił laserowy pocisk, godząc chaosistę prosto w
brzuch. Efekt, wizualnie, był przepiękny – mimo zbroi Mark VI, trafionego po
prostu rozerwało na dziesiątki części, a jego miecz wyleciał na paręnaście
metrów w górę.
Ostrze działało jeszcze przez
sekundę, gdy kręciło się w powietrzu, wzbijając pomiędzy płatkami spadającego
śniegu oraz lecącymi w dół pociskami artyleryjskimi. Na powierzchni ziemi po
tych drugich nie pozostawało za wiele, zlodowaciała skorupa, resztki żołnierzy
oraz bunkrów latały wszędzie, były tak samo zabójcze jak karabiny. Kule w ten
bezwietrzny, mroźny dzień mogły dosięgnąć każdego, lojalistę czy heretyka.
Miecz wykonał swój ostatni obrót w powietrzu i zaczął mknąć w dół, przecinając
powietrze, zbliżał się w stronę dwójki obsługujących karabin maszynowy Marines.
Obaj byli Blood Angels’ami, którzy wspólnie przelewali kolejnymi kulami krew
heretyków w imię swego Boga-Imperatora. To pod ich ostrzałem, jak i wielu innych
dział, kultyści Khorne’a kryli się w swych okopach, a Ci, którzy porywali się
na heroiczne zrywy – padali na ziemię charcząc oraz konając w agonii na
siarczystym mrozie. Ostrze poległego Raptora widocznie nie wybierało bez
przyczyny – wbiło się w odsłoniętą głowę sierżanta obsługi karabinu. Mimo, że
miecz już nie działał, kolce wryły się głęboko w czaszkę, docierając do mózgi i
powodując przeraźliwy wrzask mężczyzny. Z okopu, który przestał być
ostrzeliwany zaczęły wychylać się lufy granatników oraz karabinów, a paru
heretyków właśnie biegło ku Imperialnym. Nim Marines zdążyli ponownie uruchomić
działo – pociski wybuchły, a za nimi granaty. Działo wylądowało parę metrów z
tyłu, rozerwane nieomal na dwie części, resztki obsługi działa można by się
doszukiwać naokoło w dość sporym promieniu. Duch walki Imperialnej Gwardii,
która widziała ten obraz wyraźnie podupadł, większość z nich zaczęła wycofywać
się do bunkrów, szczególnie wtedy, gdy renegaci Chaosu pojawiali się w okopie.
Zaczęły się walki na bagnety, łańcuchowe miecze i topory, w których żołnierze
Imperatora oddawali pola przeciwnikom. Wielu padało z rozciętymi piersiami,
podziurawionymi brzuchami przez kule bolterów czy o zmiażdżonych głowach. Ci,
którzy mieli więcej szczęścia zostawali rozerwani granatami, których masowo
używali kultyści. Nieliczna garstka zamknęła się w bunkrze, zaczęli nawet
opatrywać swych rannych za zamkniętymi, żelaznymi drzwiami. Paru strzelców
ustawiło się w oknach, broniąc wejścia. Medykamentów brakowało, wszędzie leżały
materiały wybuchowe – bunkier był pułapką, zdalnie detonowaną, komisarz szybko
rzucał rozkazy, a gdy Gwardziści zaczęli się obijać, kopnął jednego z nich na
ziemię. Wyciągnął swój pistolet i strzelił. Idealnie w tył głowy, pocisk bez
problemu przebił hełm, a następnie rozrywając czaszkę przeleciał przez mózg, by
wbić się w podłogę. Wszyscy, którzy to widzieli zaczęli się wzajemnie poganiać,
jeden przez drugiego, jednak… Ta chwila starczyła. Strzelcy na parę sekund
przestali ostrzeliwać, a gdy odwrócili się do wejścia było za późno. Jakieś
trzy metry przed nimi biegło parunastu kultystów z miotaczami ognia, którymi
już celowali w stronę okien. Kule Gwardii mknęły, przedzierając się przez
ogniste języki, wyścibujące z luf, niektóre tylko dosięgły swych celów i przemieniły
nosicieli miotaczy w ogniste kule, bezwolnie rzucające się po polu przed
bunkrem. Przez parę sekund mogli poczuć jeszcze smród palonej skóry, a potem
zalały ich fale płomieni. Całe pomieszczenie zostało zapełnione ogniem, granatami
oraz pociskami, które w parę chwil przemieniły jego załogę w płonącą breję z
kości oraz mięsa. Siły Chaosu zbliżały się do sztabu generalnego armii imperium.
Po kilku minutach, gdy heretycy ruszyli w stronę kolejnych bunkrów, ponad
horyzontem zaczęły pojawiać się Valkirie, jedna, cztery, jedenaście! Zaczęły
schodzić coraz niżej, a ich luki z wolna zaczęły się otwierać – ze świstem
poczęły wypadać pierwszy bomby, które gdy tylko dosięgły gruntu wybuchały,
podpalając glebę. Płonęli ludzie, maszyny oraz bunkry, a wybuchy rozrywały
płyty pancerzy i ciała. Działa kultystów natychmiast zmieniły cel, jedna, dwie,
osiem Valkiri z ogromnym łoskotem runęło na pole bitwy, ryjąc w zmarzlinie
głębokie rowy, rozbijając się w wielkich wybuchach. Wszystkiemu towarzyszyły
krzyki, a nawet płacze, których odgłosy przebijały terkoty karabinów i wybuchy
pocisków. Przez to zamieszanie na niebie zaczęły pojawiać się małe, różnobarwne
kropki, które rosły z każdą sekundą. Pierwsza, czerwona, kapsuła desantowa z
przeogromnym łoskotem wbiła się, głęboko, w glebę. Za nią następne, szkarłatne,
niebieskie, a nawet… Czarne, gdy tylko powbijały się w ziemię – ich klapy
opadły, a z wnętrz zaczęły powolnymi kropkami wychodzić sporej ilości maszyny.
Dreadnought’y. Niedługie, szerokie nogi utrzymujące pudełkopodobny, kwadratowy
tułów zakończone hełmami Marines. Z nich wystawały podobnej wielkości ręce,
zakończone w dużej mierze karabinami maszynowi, miotaczami ognia czy rakiet,
sporymi łapami oraz działami plazmowymi. Te machiny ruszyły w stronę
najbliższych walczących, paląc, ostrzeliwując i gniotąc wszystkich, którzy nie
zdołali uciec. W stronę dreadnought’ów zaczęły napływać pociski rakietowe.
Większość tych
strasznych maszyn wylądowała pośrodku pola bitwy, pomiędzy walczącymi Marines,
niektóre też opadły prosto na bunkry obsadzane przez załogi karabinów czy
dział. Bez różnicy. Tam gdzie rozległ się huk po kapsułach desantowych, tam też
prędko rozlegały się wrzaski i przekleństwa, trzaski kości oraz eksplozje.
Dreadnought’y należące do Black Legion, który walczył tutaj jako jedyna siła
Chaosu radziły sobie nadzwyczaj lepiej, z piętnastu… Padło tylko pięć! Tuż po
zrzucie, naturalnie. Lojaliści mieli już dużo większe straty, machiny skąpane w
krwi heretyków wybuchały od ich granatów oraz pocisków rakietowych, padały
jedno po drugiej – z trzydziestu zostało dziesięć. Zawinił prawdopodobnie zły
zrzut, ale to umożliwiło Imperialnej Gwardii na kontratak, który został
wykorzystany do zajęcia okopów oraz wybijaniu w walkach wręcz lub na krótki
dystans dziesiątek kultystów na całej linii frontu tej bitwy. Walki toczyły się
na całej planecie! Jednak to tu znajdowały się komanda obu sił. Krzyki, wrzask
i wybuchy, płonący heretycy wraz z Imperialnymi biegali pomiędzy lejami po
pociskach, niektórzy wbiegali na jeszcze nieaktywowane miny – to co z nich
zostawało, nie nadałoby się nawet dla samego Nurgle’a. W jednej chwili całym
pole bitwy wstrząsnęła ogromna eksplozja, która przeraziła Gwardzistów, a
rozjuszyła heretyków. Zajęte okopy broniły się teraz przed zaciętymi kontratakami,
dziesiątkami granatów oraz miotaczy, dział. Huk spowodowany był zniszczeniem
jednego z Czcigodnych Dreadnought’ów, rzekomo nieomal niezniszczalnych. Dokonał
tego dowódca sił Chaosu, wychodząc z walki nieomal bez szwanku. Nosił w
dłoniach ogromną, błyszczącą szkarłatem buławę, która teraz ociekała krwią i
płynami z maszyny, której wrak dogasał za Czempionem Khorne’a. On zaczął się
głośno śmiać, ruszając do przodu. Był to bezprecedensowy znak dla Armii, by
ruszać. Działa zaczęły terkotać ze zdwojoną siła, niektóre były przenoszone
coraz bliżej linii frontu, przez co Imperialni, nawet przy wsparciu artylerii,
musi wrócić do swoich pozycji. Bronić bunkrów, ponad którymi powietrze
przecięły myśliwce Chaosu, przed którymi uciekały Valkirię, parę bomb spadło na
pole bitwy. Wybuchy rozrywało zarówno popleczników Khorne’a jak i Imperatora, a
na jeden z bunkrów, w którym właśnie trwała został strącony statek lojalistów.
Ogromny huk, wrzaski i eksplozja dała się we znaki, rozrywając zarówno betonowe
ściany budynku oraz metalowe poszycie Valkirii. Fragmenty obu można by pewnie
podziwiać daleko stąd. Mniejsze odłamki jednak działały jak szrapnele,
dziurawiąc heretyków i żołnierzy Imperium jak sita, niektórym nawet odcinały
kończyny czy głowę albo przepoławiały. Zlodowaciała ziemia spijała coraz więcej
krwi.
Resztki budowli, dreadnought’ów i ludzi
fruwały przez całe pole bitwy, cienki, okrągły kawał płyty, oderwany przez
wybuch od pancerza czołgu typu „Chimera” mknął w stronę okopów Gwardii.
Mężczyźni panicznie odskakiwali na boki, chowali się – nie wszyscy. Wywrócone
oczy, na wpół otworzone usta, wywalony język posiadała tocząca się głowa
sanitariusza, który biegł by pomóc kolejnym rannym. Jego bezwładne ciało opadło
na ziemię, w parę następnych sekund obracając się w krwawą papkę za sprawą
ognia moździerzy. Resztka pancerza, niczym posępny posłaniec nie skończyła na
tym nieszczęśniku, mknęła dalej. Jej ostatnią ofiarą stał się młody,
przeciętnego wzrostu szeregowiec, któremu ostrze odcięło rękę w łokciu i nogę w
udzie. Przerażony, krzyczący okropnie młodzieniec opadł na plecy, wołał. Miał
może dwadzieścia lat, jego młode życie dopiero rozkwitało, narzeczona,
dziecko... Krzyczał, płakał i skomlał. Nie wołał już swego imperatora,
nawoływał, poszukiwał swej matki. Po licach ciekły mu łzy, które napływały
coraz intensywniej, gdy dostrzegł, że leży tuż obok własnych, odciętych
kończyn. Dwójka sanitariuszy, która próbowała go ratować robiła co mogła.
Uspokajała, prosiła, pocieszała – odpowiadał im tylko przeraźliwy płacz. „Matko!
Mamusiu, proszę! Ratuj! Zabierz mnie stąd! Ja nie chcę… NIE CHCĘ UMIERAĆ!… Mamo,
kocham Cię, błagam!”, wojna jednak była innego zdania. Wszędzie dookoła
gasły młode życia, ludzie, którzy mieli rodziny. Mieli miłość, ale i wierność.
Wierność swemu boskiemu Imperatorowi, jedynemu władcy Ludzi. Tu, jednak
walczyli zwykli ludzie, gwardziści, tacy jak za czasów dygnitarzy pokroju
Hitlera czy Stalina. Broń się zmieniła, stroje się zmieniły, ale śmierć tych
zwykłych pozostała ta sama. Zapomniana, okupiona bólem i strachem. To nie byli
Space Marines, którzy powstali z ziarna genetycznego pochodzącego prawie w
prostej linii od samego Imperatora. Wielcy, silni od urodzenia, dodatkowo
trenujący swe ciało wiarą i wysiłkiem, ich życiem była służba Ojcu. Jeśli mieli
umrzeć za niego, to robili to. Z oddaniem.
Zaś w bunkrze sztabowym Imperium, aż wrzało. Dowódca Gwardii
Imperialnej głośno przekomarzał się z kapitanem tutejszych Space Marines.
Rozmawiano o ewakuacji, zabezpieczeniu uszkodzonych dreadnought’ów oraz uratowaniu
żyć gwardzistom. Problem pozostawał tylko jeden. Tego wszystkiego nie dało się
pogodzić. Ratując gwardzistów, poświęcało się znaczną ilość tych owianych
legendami maszyn kroczących, a działało to także i w drugą stronę. Kłótnia
narastała, przez co żaden z dowódców nawet nie był w stanie usłyszeć, że linia
frontu niebezpiecznie zbliża się do sztabu. Nie chcieli lub nie słyszeli też
tego, że za parę minut znajdą się w zasięgu artylerii heretyków.
- Te „puszki” jak nazwałeś naszych braci to SYNOWIE IMPERATORA!
To Space Marines, którzy za Imperium oddali swe ciało! Którzy walczą mimo
krytycznych ran! – wrzasnął Kapitan Dezones, stosunkowo młody, jak na swoją
rangę, łysy i wysoki mężczyzna w zbroi Czerwonych Aniołów.
- Świetnie! Tylko na litość samego Imperatora! Dlaczego mamy
poświęcać tysiące dla kilku?! Ci chłopcy mają żony i dzieci! A te puszki tylko
pieprzoną wojnę! Nie jesteśmy z Krieg’a! – wykrzyczał prosto w twarz rozmówcy,
akompaniując uderzeniami dłoni w stół Komandor. Był to niski, nawet jak na
zwykłych ludzi, mężczyzna o mocno barczystej postawie i kwadratowej szczęce. Na
pierwszy rzut oka wyglądał jak typowy ogryn lub po prostu trep, jednak zarówno
jego żołnierze jak i Dezones wiedzieli, że ten mężczyzna ma doświadczenie
większe niż niejeden imperialny strateg.
- Bo to jego synowie! To święci wojownicy! Do cholery! Tych
Twoich paru… - zaczął kapitan, ale umilkł, gdy Komandor wparował mu słowem
prosto w początek kolejnego zdania.
- Cholernie świetni wojownicy! Działo plazmowe lub laserowe
i tyle ich widzieli! Przestań pieprzyć, Dezones i pomóż mi przygotować
ewakuację! Front będzie tu niebawem! – warknął Aghen, przejeżdżając dłonią po
krótko ostrzyżonych, rudych włosach. Na dłuższą chwilę zapadła cisza, Kapitan
Krwawych Aniołów przez chwilę rozmawiał z kimś przez komunikator ECHO. Dopiero,
gdy atmosfera nieco opadła, a Komandor się już wystarczająco uspokoił, Dezones
odezwał się ze spokojem.
- Przybyła flota Imperialna, nie mają miejsca na wszystkich,
więc część zostanie przekazana flocie Ocalenia, która już kończy ewakuację. Do
zabezpieczenia naszej zostaną zesłane drużyny terminatorów, których… Też musimy
ewakuować. Za stratę choćby jednego, będziemy odpowiadać przed dowódcami. –
ostatnie zdanie nieomal wyburczał, a potem zaczął zakładać swój hełm, a za jego
przykładem poszedł zarówno Komandor, jak i jego adiutant. Wszyscy chwycili
swoje bronie i skierowali się w stronę wyjścia. Było dość spokojnie, chociaż
walczących już dało się dostrzec przez niewielkie otwory widokowe. Było
spokojnie. Było. Najpierw był świst, a potem dla całej trójki świat oszalał na
parę sekund. Wszędzie był pył, huk i betonowe odłamki, lecące niczym szrapnele
na wszystkie strony. Siła wybuchu była na tyle potężna, że odrzuciła nawet
Kapitana Space Marines parę metrów do przodu, a potem rzuciła nim na ziemię.
Komandor wylądował parę metrów dalej. Leżeli. Dwie sekundy, których
potrzebowali na wstanie i zrzucenie z siebie ciężkiego płaszcza szoku zdawały
się wiecznością. Setkami wieków, a trwało to pewnie dłużej, gdyby nie przeraźliwy
krzyk. Paniczny, agonalny wrzask, który górował ponad bitewną wrzawą –
adiutant. Siła fali uderzeniowej rzuciła go w dół, prosto na wystające z dziury
po pocisku i części okopu… Metalowe pręty i resztki desek. Jeden z metalowych
elementów zaczynał się w okolicach jego pośladków, przechodził przez całe ciało
i wychodził pomiędzy obojczykiem, a barkiem. Drugi godził w nerkę, a kolejny
prosto w wątrobę. Komandor wyciągnął powoli podręczny bolter, obserwując ze
współczuciem, jak nieszczęśnik machał nogami, kopał w powietrzu i rzucał głową
na boki. Krótki gest palca, dociśnięcie metalowej zapadki. Pocisk opuścił lufę
z ogromną prędkością i trafił idealnie w czoło. Oddając przysługę i zbrodnię
zarówno. Aghen traktował swojego adiutanta jak człowieka honoru, a tacy ludzie
nie zasługują na cierpienie. Komandor schował pistolet, a następnie obydwaj
ruszyli dalej. Wśród biegających sanitariuszy, wydających rozkazy sierżantów i
wybuchów dookoła, a także taktycznych drużyn Space Marines, już tylko z
Krwawych Aniołów. Walki jak tutaj toczyły się na całej planecie, to DOPIERO
nazywać można było wojną światową. Walczono tutaj o każdy skrawek lądu, i…
Imperium tą walkę przegrywało. Śnieg od kilku minut zaczął intensywniej padać,
zerwał się także wiatr, zacinając prosto w oczy broniącym się w okopach
imperialnym. Thunderhawki i Valkirie, jednak już lądowały, gotowe zabierać
ludzi do ewakuacji, a kapsuły i zrzuty bojowe terminatorów już lądowały.
Uzbrojeni w pazury energetyczne, młoty bojowe i tarcze, wojownicy w zbrojach
typu Terminator byli praktycznie niezabijalni. Przynajmniej… Nie dla zwykłych
heretyków czy nawet Space Marines Chaosu. Aghen odwrócił się, siadając na
pokładzie jednej z Valkirii. Spojrzał prosto na pole bitwy, które przejmowali w
coraz większym stopniu niewolnicy Bogów Chaosu. To była całkowita porażka sił
Imperium. Cała planeta… Tyle ofiar… pokręcił głową, a następnie dał sygnał
pilotowi, ten poderwał maszynę, zabierając ich, wraz z paroma żołnierzami na
statki floty Ocalenia…
Opierająca się wichurze i lodowatym wiatrom Valkiria
wznosiła się ku górze, jej wzmacniane, powiększone półtorakrotnie silniki ledwo
dawały radę w walce ze szronem oraz śniegiem. Statek robił się coraz cięższy i
zaczął się chwiać. Całe pokrycie
pokrywało się lodem dość prędko, acz to właśnie w tych warunkach
przesiadywali dowódcy upadłej planety. Oczekiwali lądowania i przeklinali w
swoich duchach, panowała ponura atmosfera przegranych. Każdy z wyższych rangą
oficerów milczał, jedynie Komandor i Kapitan Krwawych Kruków szeptali między
sobą różne ponure tezy.
- Podobno tą flotą dowodzi jeden z Lordów Komisarzy. –
mruknął łysy Space Marine w czerwonej zbroi, o pastelowej barwie skóry. – Jeśli
tak…
- …To już po nas. Wiem, do cholery. Myślisz, że się nie
starałem? Myślisz, że specjalnie oddałem planetę? Nie mieliśmy szans. – Aghen
potarł swoją kwadratową szczękę dłonią odzianą w dziurawą, skórzaną rękawicę. –
Portal prosto do Osnowy… Pod skorupą lodu. Co prawda ponad dwukilometrową…
- …Ale to nas nie usprawiedliwia w oczach Ordo Hereticus. –
mruknął Krwawy Kruk i pokręcił głową, spoglądając na zamarzające drzwi. – Chyba
miałeś tam nawet paru wrogów, co?
- Taa… Niejednego, ale to nic nowego jeśli ktoś jest… Tak
osobliwym dowódcą jak ja. Pominę fakt wysyłania swojego garnizonu do pomocy innym…
- żachnął Gwardzista i spojrzał na towarzysza. – Szkoda, że rzadko mi moich
żołnierzy odsyłali…
- Dziwisz się?... Jedynymi, którzy naprawdę teraz potrafią
walczyć samodzielnie są Oddziały Śmierci z Krieg, ale tamci… - pokręcił głową,
a potem skupił wzrok na stole, z centrum którego zaczęło błyszczeć niebieskawe
światło. – Mhmm… Zaczyna się.
Zaczynać się, raczej, wiele nie zaczynało. Na środku stołu
pojawił się sędziwy mężczyzna w stroju Gwardzistów z kanadiańskich „Cienistych
Formacji”. Ponad odznaką swojego przydziału miał oznaczenie Floty Ocalenia, a
jego poczciwy uśmiech był zarówno dla Kapitana, jak i Komandora promykiem
nadziei. Obaj milczeli, a staruszek z wolna zaczął swą przemowę.
- Jestem Enekhin Van Diegen, niegdyś wysoki rangą oficer z
„Cienistych Formacji”, teraz… Przewodzę Ocalałym. Przewodzę Flocie Ocalenia,
tym, którzy przeżyli przegrane i nie chcieli lub… Nie mogli wracać do Imperium,
za które wciąż chcą walczyć. Lord Komisarz i Lord Generał floty stacjonującej
na orbicie Anderis III debatują nad eksterminacją całej planety za pomocą Floty
Exterminatus. Dodatkowo.. Planują Waszą egzekucję, jako przykład dla innych. –
jego kaszel usilnie przerwał mu w tym momencie wypowiedź, trzymając w napięciu
całą załogę transportowca przez dobre pół minuty. Kapitan Krwawych zaczął
dudnić palcami o ławę, a Komandor powoli ściubać resztki swoich spalonych brwi,
w końcu jednak starzec odzyskał głos i ciągnął swoim monotonnym… Acz
zapalczywym tonem. – Jednak jest tu też Flota Ocalenia, która pragnie byście
dołączyli do niej. Nasze statki są ogromne i nadal mają puste miejsca, a
Waszych ludzi jest dość sporo… Poza tym, chyba masz, Komandorze, własny statek
jeszcze?
- Tak… To prawda, jest obecnie na orbicie… Służył do precyzyjnych
bombardowań orbitalnych… Ale jeden statek to za mało. – mruknął Gwardzista w
średnim wieku, splatając ręce na piersi. – Mam pod sobą parę setek ludzi… Nie
wiem gdzie Ty chcesz ich pomieścić.
- To… Zostaw mi. Jedynie chcę znać Waszą opinię i wolę odnośnie
tego. Flota Ocalenia to nadal walka za Imperatora! – ostatnie zdanie nieomal
wykrzyknął, na co znowu zaczął zanosić się kaszlem. Dwójka towarzyszy na statku
spojrzała po sobie krótki i dość wymownie, a następnie Kapitan skinął głową w
stronę pilota.
- Zgadzamy się. – stwierdził Komandor, obserwując jak lód
zaczyna powoli znikać z drzwi, widocznie statek opuścił już najzimniejsze
części atmosfery Anderis III. – To będzie zaszczyt walczyć u boku Ultramarines,
Krwawych Aniołów czy Czarnych Templariuszy, jak i oddziałów z Kriega lub
Kauravy.
- Rozkażę przygotować, więc, kwatery. – I po tych słowach
hologram zniknął. A pogłoski o podobnych rozmowach rozchodziły się w całej
galaktyce już od dawien dawna, gdy Flota Ocalenia była jeszcze stosunkowo
młoda. Wszystko po to by ratować życia i walczyć za… Boga-Imperatora Ludzkości...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz