Szkarłatne słońce niknęło za horyzontem, uciekając kolejny
raz chmurom, ustępując srebrzystej poświacie księżyca. Promienie umierającego
dnia odbijały się wciąż od morskiej wody, tworząc z jej zielonym kolorem tęczę
barw, zachód istnie romantyczny, jak i piękny. Nie dla wszystkich. Niektórzy
ludzie powiadają, że szkarłat zachodu świadczy o rozlewie krwi. Szczerze
powiedziawszy tego dnia to Oni mieli rację. Te wody widziały wiele, zła,
radości. Śmierci, jaki zaślubin, tego
dnia wesołości nie mogło doznać – w otoczeniu szkarłatnego poblasku promieni
słonecznych na brzeg z każdą chwilą były wynoszone resztki. Deski, połamane beczki, ciała, butelki…
Wszystko to rzucone w gęsty, drobny piach, szybko nabierający barwy czerwieni
od poległych, tego koloru nie mogła zmyć nawet biel piętrzących się fal. Do
brzegu przybijały resztki skrzyń, oswobodzone kule do karabinów, noże,
sztylety… A nawet tak błahe rzeczy jak widelce, to nie był dzień bitwy. To nie
ona sprowadziła destrukcję i zniszczenie, którego niemym świadkiem stało się
nieomal bezkresne morze, przynajmniej dopóki nie potrafimy z nim… Rozmawiać.
Pomiędzy kolejnymi falami niektóre były naprawdę duże, jak się okazywało – nie
bez przyczyny, niektóre wyrzucały na brzeg klatki z obdartusami, pewno
więźniami, cóż, może statek ten nie był wcale wojenny, a może to tylko jeńcy, a
nie skazańcy, może. Mijały minuty, fale wynosiły na brzeg coraz mniej rzeczy,
deski, na niektórych z nich dryfowały ciała, większe, mniejsze, męskie,
kobiece, bez różnicy – bez ruchu, martwe, nieprzytomne, a może tylko śpiące? To
nie było istotne dla wody, która wszystkie je po kolei rzucała na brzeg.
Pomiędzy nimi tylko dwóm istotom podnosiła się i opadała klatka piersiowa, była
to młodziutka dziewczyna, może… Czternaście? A może szesnaście lat, nie ważne.
Miała kruczoczarne, mokre włosy, oklejające jej głowę i plecy niczym taśma,
podbite oczy, rany na wargach, a nawet drobne oparzenia dookoła ramion.
Ściskała kurczowo w dłoniach małą, skórzaną teczkę, która wyglądała jak wydarta
psu z gardła. Na dodatek była ubrana w bardzo mocno zniszczoną niebieską
sukienkę podwiązaną białą kokardą. Mężczyzna natomiast, którego fale wyrzuciły
pomiędzy kamienie, na piach, miał może dwadzieścia lat, a mimo to jego włosy
były śnieżnobiałe, delikatnie tylko pokryte to tu, to tam złocistą
poszlaką. Jego ciało skryte było wśród
licznych blizn, oparzeń i zadrapań, sama sylwetka nie była wielce postawna,
raczej przypominał kogoś, kto potrafił kraść i skradać się, spiskować, a nie
realnie walczyć. Może był jakimś artystą, a może złodziejem, leżał odziany
tylko i wyłącznie w poszarpane, lniane spodnie, ledwo sięgające do kolan.
Sekundy uciekały jak piasek poprzez palce, mijały minuty, a dwójka leżała,
dochodząc z wolna do siebie. To był czas, którego słońce potrzebowało do
nieomal całkowitej ucieczki, na horyzoncie widniała już delikatna, niewyraźna
szkarłatna poświata. Łuna ta ustępowała zdecydowanie chłodniejszemu,
błyszczącemu niczym stal w mroku blasku księżyca. Ten zaś wkraczał na niebo jak
król, wolno, majestatycznie i bez obaw, otulając morze oraz plażę chłodnym
wzrokiem. Pierwsza powieki zaczęła uchylać młoda dziewczyna.
Nie wypuściła z
dłoni teczki, nawet pomimo bólu, który towarzyszył jej oparzeniom – z wolna się
podniosła, usiadła. Jej wzrok zatoczył koło, a oczy zaczęły zachodzić
pojedynczymi łzami. Tkwiła nieomal sama na plaży, pomiędzy martwymi. Wieczorna
bryza, która subtelnie owiewała jej twarz była chłodna, tak samo jak piasek,
czy ubranie, w które została ubrana. Z każdą sekundą wydawała się smutniejsza,
bardziej przejęta, a na dodatek zimno dało o sobie znać, trzęsła się i z owego
i ze strachu, który z łatwością chwycił ją za serca. Ponownie zlustrowała
wzrokiem krajobraz, słońce zaszło na dobre, niknąc za horyzontem, a księżyc w
swym upiornym, trupim poblasku kąpał ciała, a także ich resztki walające się na
piasku dziewiczej plaży. Wszystko to było przerażającą grą światła i cienia,
dziewczyna ruszyła, ostrożnie przechodząc pomiędzy zmarłymi, unikając ich jak
ognia. Każdy jej krok przypominał nieco schodek do piekła, niedawno straciła
rodzinę, pożar, spłonął cały dom, a w nim rodzice, siostra, a nawet ukochany
kot. Cały majątek doszczętnie spłonął, co jeśli… Jedyny opiekun, psychiatra
także umarł? Zginął na statku? To byłby koniec, ostateczny i definitywny
koniec. Z ogromnym, rosnącym obrzydzeniem przykucnęła, przy jednym z poległych.
Wpierw ukuła truchło palcem w ramie, gdy nie dało oznak życia, zaczęła obracać
je na plecy, a potem spojrzała na twarz. Szpetny, stary marynarz o wielkim
nosie i szkorbucie na wyszczerzonych w śmiertelnej agonii zębach. Nie zna go, a
może jednak? Może tylko nie chce? To nie ważne, te ciała i tak niedługo
pochłoną fale, zwierzęce żołądki oraz inne, podobne, naturalne rzeczy. Powstała
z kolan, znowu zatoczyła wzrokiem po widnokręgu, gdzie nie spojrzeć – śmierć,
zniszczenie, zapomnienie. Prawdopodobnie nikt nie zapłacze, poza żonami
niektórych, prawdopodobnie nikt nie wspomni i nikt nie znajdzie. Zapomnienie na
wieki. Ruszyła ostrożnie dalej, po drodze zdjęła pantofle, które teraz trzymała
w dłoniach, zniszczone, stare, a nawet dziurawe, taki już los sierot. Przystawała
co jakiś czas, by przyjrzeć się umarłym, poza własnym strachem i łzami, które
gorzko przełykała, nie widziała niczego, ani nikogo, kogo znała. Wszystko na
marne, szła ku wodzie, wymijała ciała, deski, resztki skrzyń, zastawy, a nawet
szaf, podniosła jedynie małą, prostą kuszę, z której i tak za bardzo nie
widziała jak strzelać, parę bełtów, dwa, duże noże kuchenne. Zdecydowała,
chciała przeżyć. Może był to instynkt, może własne działanie, przykucnęła przy
wodzie i dała owiać swą twarz chłodnej bryzie, przy okazji, której z wolna
opuściła wzrok ku tafli. W jednej sekundzie jej serce stanęło, odskoczyła
tłumiąc wrzask. Gorąco uderzyło w jej ciało, przepływając jak irytujący
strumień energii, zamarła na nieco ugiętych nogach. Stała. Czekała, nie wiedząc
sama na co. Sekunda, dwie, cztery, dziewięć, cisza. Wieczna, głucha absencja
dźwięku przerywana jedynie szumem fal niczym smętną pieśnią, szantą. Podeszła
znowu z wolna do wody, tafla w miejscu, w które spojrzała wcześniej nieco się
czerwieniła, jednak, gdy spojrzała wyżej dostrzegła znajomą twarz. Facjatę
osobnika w cienkich okularach o drucianych oprawkach, które jakimś cudem ostały
się na zniszczonej przez zatroskanie oraz wiek twarzy, przyozdobionej siwym,
bujnym wąsem i znaczną łysiną. Doktor Rosentau. Martwy, siny, otoczony
czerwienią własnej krwi, a dookoła niego żarłoczne ryby. Koniec. Śmierć
nadziei, która miała umrzeć ostatnia, a licho dopadło ją przedwcześnie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz