wtorek, 29 października 2013

Stare. Roboczo: Rozbitek, krótkie opowiadanie.

Szkarłatne słońce niknęło za horyzontem, uciekając kolejny raz chmurom, ustępując srebrzystej poświacie księżyca. Promienie umierającego dnia odbijały się wciąż od morskiej wody, tworząc z jej zielonym kolorem tęczę barw, zachód istnie romantyczny, jak i piękny. Nie dla wszystkich. Niektórzy ludzie powiadają, że szkarłat zachodu świadczy o rozlewie krwi. Szczerze powiedziawszy tego dnia to Oni mieli rację. Te wody widziały wiele, zła, radości. Śmierci, jaki  zaślubin, tego dnia wesołości nie mogło doznać – w otoczeniu szkarłatnego poblasku promieni słonecznych na brzeg z każdą chwilą były wynoszone resztki.  Deski, połamane beczki, ciała, butelki… Wszystko to rzucone w gęsty, drobny piach, szybko nabierający barwy czerwieni od poległych, tego koloru nie mogła zmyć nawet biel piętrzących się fal. Do brzegu przybijały resztki skrzyń, oswobodzone kule do karabinów, noże, sztylety… A nawet tak błahe rzeczy jak widelce, to nie był dzień bitwy. To nie ona sprowadziła destrukcję i zniszczenie, którego niemym świadkiem stało się nieomal bezkresne morze, przynajmniej dopóki nie potrafimy z nim… Rozmawiać. Pomiędzy kolejnymi falami niektóre były naprawdę duże, jak się okazywało – nie bez przyczyny, niektóre wyrzucały na brzeg klatki z obdartusami, pewno więźniami, cóż, może statek ten nie był wcale wojenny, a może to tylko jeńcy, a nie skazańcy, może. Mijały minuty, fale wynosiły na brzeg coraz mniej rzeczy, deski, na niektórych z nich dryfowały ciała, większe, mniejsze, męskie, kobiece, bez różnicy – bez ruchu, martwe, nieprzytomne, a może tylko śpiące? To nie było istotne dla wody, która wszystkie je po kolei rzucała na brzeg. Pomiędzy nimi tylko dwóm istotom podnosiła się i opadała klatka piersiowa, była to młodziutka dziewczyna, może… Czternaście? A może szesnaście lat, nie ważne. Miała kruczoczarne, mokre włosy, oklejające jej głowę i plecy niczym taśma, podbite oczy, rany na wargach, a nawet drobne oparzenia dookoła ramion. Ściskała kurczowo w dłoniach małą, skórzaną teczkę, która wyglądała jak wydarta psu z gardła. Na dodatek była ubrana w bardzo mocno zniszczoną niebieską sukienkę podwiązaną białą kokardą. Mężczyzna natomiast, którego fale wyrzuciły pomiędzy kamienie, na piach, miał może dwadzieścia lat, a mimo to jego włosy były śnieżnobiałe, delikatnie tylko pokryte to tu, to tam złocistą poszlaką.  Jego ciało skryte było wśród licznych blizn, oparzeń i zadrapań, sama sylwetka nie była wielce postawna, raczej przypominał kogoś, kto potrafił kraść i skradać się, spiskować, a nie realnie walczyć. Może był jakimś artystą, a może złodziejem, leżał odziany tylko i wyłącznie w poszarpane, lniane spodnie, ledwo sięgające do kolan. Sekundy uciekały jak piasek poprzez palce, mijały minuty, a dwójka leżała, dochodząc z wolna do siebie. To był czas, którego słońce potrzebowało do nieomal całkowitej ucieczki, na horyzoncie widniała już delikatna, niewyraźna szkarłatna poświata. Łuna ta ustępowała zdecydowanie chłodniejszemu, błyszczącemu niczym stal w mroku blasku księżyca. Ten zaś wkraczał na niebo jak król, wolno, majestatycznie i bez obaw, otulając morze oraz plażę chłodnym wzrokiem. Pierwsza powieki zaczęła uchylać młoda dziewczyna.
  Nie wypuściła z dłoni teczki, nawet pomimo bólu, który towarzyszył jej oparzeniom – z wolna się podniosła, usiadła. Jej wzrok zatoczył koło, a oczy zaczęły zachodzić pojedynczymi łzami. Tkwiła nieomal sama na plaży, pomiędzy martwymi. Wieczorna bryza, która subtelnie owiewała jej twarz była chłodna, tak samo jak piasek, czy ubranie, w które została ubrana. Z każdą sekundą wydawała się smutniejsza, bardziej przejęta, a na dodatek zimno dało o sobie znać, trzęsła się i z owego i ze strachu, który z łatwością chwycił ją za serca. Ponownie zlustrowała wzrokiem krajobraz, słońce zaszło na dobre, niknąc za horyzontem, a księżyc w swym upiornym, trupim poblasku kąpał ciała, a także ich resztki walające się na piasku dziewiczej plaży. Wszystko to było przerażającą grą światła i cienia, dziewczyna ruszyła, ostrożnie przechodząc pomiędzy zmarłymi, unikając ich jak ognia. Każdy jej krok przypominał nieco schodek do piekła, niedawno straciła rodzinę, pożar, spłonął cały dom, a w nim rodzice, siostra, a nawet ukochany kot. Cały majątek doszczętnie spłonął, co jeśli… Jedyny opiekun, psychiatra także umarł? Zginął na statku? To byłby koniec, ostateczny i definitywny koniec. Z ogromnym, rosnącym obrzydzeniem przykucnęła, przy jednym z poległych. Wpierw ukuła truchło palcem w ramie, gdy nie dało oznak życia, zaczęła obracać je na plecy, a potem spojrzała na twarz. Szpetny, stary marynarz o wielkim nosie i szkorbucie na wyszczerzonych w śmiertelnej agonii zębach. Nie zna go, a może jednak? Może tylko nie chce? To nie ważne, te ciała i tak niedługo pochłoną fale, zwierzęce żołądki oraz inne, podobne, naturalne rzeczy. Powstała z kolan, znowu zatoczyła wzrokiem po widnokręgu, gdzie nie spojrzeć – śmierć, zniszczenie, zapomnienie. Prawdopodobnie nikt nie zapłacze, poza żonami niektórych, prawdopodobnie nikt nie wspomni i nikt nie znajdzie. Zapomnienie na wieki. Ruszyła ostrożnie dalej, po drodze zdjęła pantofle, które teraz trzymała w dłoniach, zniszczone, stare, a nawet dziurawe, taki już los sierot. Przystawała co jakiś czas, by przyjrzeć się umarłym, poza własnym strachem i łzami, które gorzko przełykała, nie widziała niczego, ani nikogo, kogo znała. Wszystko na marne, szła ku wodzie, wymijała ciała, deski, resztki skrzyń, zastawy, a nawet szaf, podniosła jedynie małą, prostą kuszę, z której i tak za bardzo nie widziała jak strzelać, parę bełtów, dwa, duże noże kuchenne. Zdecydowała, chciała przeżyć. Może był to instynkt, może własne działanie, przykucnęła przy wodzie i dała owiać swą twarz chłodnej bryzie, przy okazji, której z wolna opuściła wzrok ku tafli. W jednej sekundzie jej serce stanęło, odskoczyła tłumiąc wrzask. Gorąco uderzyło w jej ciało, przepływając jak irytujący strumień energii, zamarła na nieco ugiętych nogach. Stała. Czekała, nie wiedząc sama na co. Sekunda, dwie, cztery, dziewięć, cisza. Wieczna, głucha absencja dźwięku przerywana jedynie szumem fal niczym smętną pieśnią, szantą. Podeszła znowu z wolna do wody, tafla w miejscu, w które spojrzała wcześniej nieco się czerwieniła, jednak, gdy spojrzała wyżej dostrzegła znajomą twarz. Facjatę osobnika w cienkich okularach o drucianych oprawkach, które jakimś cudem ostały się na zniszczonej przez zatroskanie oraz wiek twarzy, przyozdobionej siwym, bujnym wąsem i znaczną łysiną. Doktor Rosentau. Martwy, siny, otoczony czerwienią własnej krwi, a dookoła niego żarłoczne ryby. Koniec. Śmierć nadziei, która miała umrzeć ostatnia, a licho dopadło ją przedwcześnie…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz