wtorek, 29 października 2013

Roboczo: Fjara, fragment. Steampunk, próbka.

W promieniach wschodzącego słońca, które oświetlało średniej wielkości, raczej niezbyt bogate nadbrzeże portowe, kręciły się tłumy ludzi. Stały także przycumowane statki parowe lub żaglowe. Jednostki różnych miar i wyporności, wszystko to było spowite w mieszankę rybiego odoru ze smrodem spalanego węgla. Ten ostatni zresztą czarnym lub białym dymem był wyrzucany przez mnogie kominy zarówno parowców, jak i domów, tawern, kramów. Zamieszanie trwało w najlepsze, do portu właśnie przybił największy jak dotąd statek parowy, transoceaniczny. Załoga w pocie czoła starała się jak najszybciej wypuścić podróżnych na ląd, a Ci, którzy na lądzie już byli pozdrawiali przybyłych, albo zwyczajnie oglądali kolosa. Jednostka była oblegana przez małe łodzie patroli przybrzeżnych, by brońcie bogowie nie stało się nic złego. Nikt w tym rozgardiaszu nie zauważył małej, parowej jednostki, która właśnie podpływała do ostatniego, najbardziej zniszczonego i trzymającego się na słowo honoru pomostu, do której zresztą po chwili przybiła. Na lądzie nie czekał nikt, załoga sama musiała walczyć zarówno z wiatrem, jak i ciężkimi, cumowniczymi linami. Statek w sumie nadawałby się tylko na złom, gdyby straż albo ktokolwiek przyjrzał mu się dokładniej – pasażerowie płynęli na własne ryzyko, wszak łajba była łatana częściej niż rany młodzieńca. Deski pokładu, których tu i tam brakowało, były popróchniałe, stare, miały barwę ciemnego, mocno przegniłego drewna, którego nawet woda morska nie zdołała zakonserwować dostatecznie. Niektórzy pasażerowie przeskakiwali na molo jeszcze przed odpowiednim zacumowaniem łodzi, tylko jeden z całej czwórki, elf, wpadł do wody, mimo to… Nikt się nim specjalnie nie przejął, każdy miał własne interesy, a on widocznie był zbyt biedny, by się to opłacało. Niedoszły topielec płynął w stronę brzegu, a trójka jego kompanów ruszyła przez pomost, rycząc ze śmiechu. Reszta pasażerów, która pozostała na pokładzie pomagała załodze, niemal wszyscy. Niemal, bo tylko ruda, długowłosa pół-elfka stała na środku. Dziewczyna, a w zasadzie młoda kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata i jak przypadało na przedstawicielkę swojej rasy była o wiele piękniejsza niż ludzkie kobiety dookoła niej. Spuścizna po elfim rodzicu. Nieco dłuższe, niż u człowieka, szpiczaste, w zasadzie zakończone niczym grot strzały. Nogi jak nogi, długie, szczupłe jak i płaskawy brzuch. Najbardziej przerażać jednak powinna sercowata twarz dziewczyny, konstelacja mnogich piegów pokrywających cały zgrabny nosek i lica, a do tego oczy. Duże, nieco podkrążone, kasztanowo-czarne oczy, które patrzyły na świat z upiorną ciekawością oraz pomysłowością, teraz z dolewką wyższości nad biegającymi członkami załogi. Za tym wszystkim, gdzieś w głębi, siedziało ukryte, niczym kret, szaleństwo. Pomiędzy szponiastymi palcami trzymała, otuloną w wiotkie ramiona, sporą, brązową teczkę, w której co chwila coś metalicznie brzęczało. Trap w końcu opadł, z głuchym rumorem, po jakimś kwadransie krzątaniny, przez ten czas dziewczyna usunęła się w cień, schodząc tym samym z drogi zabieganym załogantom. Na całości akcji nieznacznie ucierpiał tylko pomost, z którego odpadło parę sczerniałych desek. Kapitan gromkim głosem poganiał i wydawał rozkazy
- Pojedynczo! Nie spieszyć się! Każdy zejdzie na ten pieprzony ląd! – To był stary wilk morski, ale i tak nie wielu pasażerów go usłuchało, ludzie, orkowie i inni pchali się dwójkami lub nawet trójkami, byle szybciej. Dziewczyna obserwowała to z widoczną pogardą, zadzierając wysoko podbródek. Obserwowała, przy okazji swobodnie poprawiając swoje… Nietypowe ubranie. Biała, haftowana bluzka o długich rękawach, zakończonych drobną koronką. Ta część garderoby była poznaczona licznymi plamami ropy i oleju. Nogi miała zakryte całkowici długimi czarnymi spodniami na mocno przetartych szelkach, do tego dziewczyna miała wysokie, glanopodobne wojskowe buty o kolorze najmroczniejszej nocy. To wszystko było uzupełnione przez oprawione w czerń gogle o czerwonych szkłach i podobny monokl, który właśnie założyła. Po tych przygotowaniach ruszyła zdecydowanym krokiem, jako ostatnia. Powoli, dumnie, nadęcie i z miną świadczącą co najmniej chęci o rozłożenia jakiejś maszyny na drobne części. Podziękowała krótko Kapitanowi za rejs, a potem, unikając dziur w pomoście, ruszyła przed siebie. Do swojej nowej siedziby. Nowego warsztatu i do starego, dobrego mogłaby rzec, przyjaciela.

Gdy jesteś nowoprzybyłą, zagubioną i pokręconą półelfią inżynierką w obcym mieście, możesz czuć się niezręcznie, szczególnie, gdy od więzienia ratuje Cię, pieniężną zapomogą, zapomniany przyjaciel. A w dziurze bez drogowskazów, z brudnymi ulicami oraz z bandą uciekinierów za mieszkańców możesz poczuć przerażenie. Możesz. Chyba, że Twoje życie, tak samo jak Fjary, lubi wykręcać różne draki. Albo skakać na główkę w kierunku bruku, wtedy też może być niefajnie. Jednak rudzielec mimo swojego pochodzenia, kilku nieudanych adopcji i prób ucieczek z sierocińca, wcale o nich nie myśli. Bo po co?
Były.
Nie udały się.
Trudno, trzeba żyć.
Mimo poczucia humoru życia, który czuje do dziś. Mimo bycia półelfią sierotą, dostała się przecież na jedną z lepszych uczelni w swojej stolicy. Co więcej! Ukończyła ją, z dyplomem, który teraz siedzi pod jej koszulą. Zwinięty, bezpieczny. Ocieplany. Tak, pomiędzy cyckami nawet papier lubi siedzieć. Miała nawet już dwie prace. Miała, bo to właśnie przez nie musiała wypłynąć na tą wyspę. To przez nie, jej przyjaciel musiał za nią płacić. I to nie mało, grube setki, a może i tysiące? W sumie, nie istotne. Zapłacone. To przecież nie jej wina, że nie rozumieli jej geniuszu, a w drugim zakładzie źle podpięli złącza… No nie? Mogło być gorzej.




Ten statek parowy… Co, wróć. Łajba paropodobna. Transport to niby i transport, ale do cholery! Mógł mi coś lepszego załatwić, ale niee. Inżynierka po Wyższej Szkole dla Kobiet zapieprza na jakiejś cholernej barce. I co. Niby może jeszcze tam miałam pracować?

- No rusz to dupsko, bękarcie! Wszyscy pomagają tylko Ty siedzisz! – Ooo tak, Kapitan uwielbiał tak drzeć tą mordę. I co? Wydział Inżynierii ukończony bez problemu, a ten będzie na mnie darł pysk, no hej! Hola, koleś. Co miałam robić? Powiedziałam mu tylko, że jest podrzędnym wilkiem morskim, który nawet do cycków mi nie podskoczy. A ten pomost? No litości! Idealna naprawa tego gówna nie zajęłaby więcej niż tydzień, a gdyby go tak ładnie podkręcić… Mmmm. Schodzisz kulturalnie z promu czy tam statku i podjeżdżasz taką ruchomą podłogą proooostoooo do domu. No, albo chociaż do brzegu. To byłoby niezłe, ale prądochłonne. Kurde. Bękart, bękart. Srękart, kruca bomba. No dobra, może i moja matka się pieprzyła z jakimś człowiekiem i zaszła, no, ale, hej. Ludziska, nie moja wina, nie? W Sierocińcu było chociaż zabawnie. A ile się piło! O paleniu już nie wspomnę, no, ale. Się uczyłam, kurde. I to niemało, a potem bum! Studia, uniwerek, dyplomik!... I wyśmiali mnie bo miałam dobre pomysły. Super. W sumie to śmiesznie, nie znać nawet matki ani ojca… Dobra, tam. Lulamy. Dwadzieścia parę lat i „lulamy”?... Jeeeeny. Spatkamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz