wtorek, 29 października 2013

Próby, próby... Roboczo: Ghdun, Świat Wielu. Rozdział I, fragment.

Trafił do brudnego i obskurnego zaułka, który był ograniczony drewnianymi ścianami jakichś ruder stojących w rzędach. Mniejszych uliczek nie było, zaułek za jego plecami zamykał kamienny mur, chyba nawet jakiejś willi. Kto buduje wille w takim miejscu? Paranoidalne miasto. Pokręcił głową i ściągnął kaptur, spod czarnego, lnianego materiału wysypała się kaskada brązowo-czarnych włosów. Był spocony, tam skąd przybył było całkiem chłodno, a tu? Klimat umiarkowany, do tego środek lata. Mimo wczesnej nocy było całkiem gorąco. Poklepał się po boku, miecz nadal tam tkwił, stary, o jednosiecznym, nieco wygiętym w tył ostrzu, kiedyś mówiono, że to broń do walki na małych dystansach. Kiedyś był w wojsku i rzeczywiście, nosił ze sobą dwa, różnej długości miecze oraz włócznie, teraz… Teraz potrzebował tylko śmierci przeciwnika, zabicia celu. Mało ponadto się liczyło, za wiele innych rzeczy robić nie potrafił, a pieniądze mimo wszystko były potrzebne. Poprawił kilka rzemyków na udach, jeden przy ramieniu, no i ten niesforny – na piersi, co to już bardziej pas przypominał, a przytrzymywał plecak. Podskoczył kilka razy w miejscu, poza cichymi odbiciami się od podłoża – nie było słychać nic. Był, więc gotowy. Mógł ruszać. Z początku zaczął iść, z każdym krokiem rozglądał się, badał, obserwował zaułek dookoła, jednak to najowocniejszym zajęciem nie było. Ściany po obu stronach były takie same, przypominały nieskończony ciąg nadgniłego drewna, gdyby tego było mało, owe wydawało z siebie nieznośny, przenikliwy smród próchna. Na myśl rzucało mu to zbyt wiele wspomnień z przeszłości, z powolnego spacerku ruszył w trucht, cichy, miarowy. Każdy krok stawiał pewnie, w czarnych butach z cienkimi podeszwami zachowywanie ciszy w sumie nie było problemem, bruk był to nieco omszały, więc nawet gdy nieco mniej profesjonalnie uderzał pięta w podłoże – dźwięk był tłumiony. Pozwolił sobie na bieg. Nie był to jeszcze sprint, ale nie był to już trucht. Zachowywał jednostajny i spokojny oddech, tak jak go uczono. Biegł na przód, w ciemność. Zaułek był w sumie zalanym mrokiem, więc, gdy wbiegł pod nieco wystające dachy budynków – na tle ich ścian stawał się nieomal niewidzialny, kolejna czarna plama. Po jakichś trzystu metrach tak przebiegniętych, uliczka rozwidlała się na dwie, z czego jedna prowadziła na rozległy plac, na którym pierwszym faktem była mnogość ladacznic ras wszelakiej, a drugim grupki moczymord, no i kilku pijaków, śpiących pod ścianami. Druga z nich była jeszcze węższa niż ta, w której się objawił. Wydawała się też o wiele niebezpieczniejsza. Długo jednak nie czekał, nieomal bez wahania ruszył w… Drugą, mniejszą i ciemniejszą uliczkę. Na placyku wtopiłby się w tłum, tu dalej musiał liczyć tylko na siebie, zamiast na wsparcie strażników. Czy to było ważne? W sumie nie, miał zabić, a nie się bronić. Nie przyszedł tu walczyć, On zadaje śmierć precyzyjnie. Raz i cicho. Znowu biegł, nie był to jakiś szaleńczy bieg, ale sprint. Szybki, sprawny, spokojny. Zawodowy. Z jednej strony uliczki rosły znowu, niczym drzewa, drewniane ściany, po drugiej jednak wyrastały budynki z szarego, smutnego kamienia, w większości popękanego przez czas. Przeciwległe sobie ściany zdawały się kontrastować i mimo, że kamień wydawał się o wiele trwalszym, bezpieczniejszym, no i droższym budulcem, to trudno było stwierdzić co tak naprawdę wywołuje u niego większe politowanie. W sumie to nawet współczuł ludziom mieszkającym w zimnych, kamiennych domach, załatwiającym się tak jak Ci w drewnianych, na wpół walących się budynkach, do wiadra. W karczmie, w której się zatrzymał był chociaż szalet. Nawet nie jeden. Po jakichś dwudziestu metrach biegu i tych krótkich rozmyślań zatrzymał się – uliczka była przecięta prze  kolejną i tym razem, kręciło się tu dwóch chłopa, o łeb od niego wyższych, jeden odziany w płytę i uzbrojony w wielki buzdygan, a drugi stał w skórzni, z łukiem u pasa. Obaj toczyli po przechodzących wzrokiem pełnym mordu, popychali starców, młodych, zastawiali drogę, acz żadnego sprowokować do bójki nie mogli. Westchnął, wysunął do połowy miecz i  ruszył zdecydowanym, wyluzowanym krokiem w ich stronę. Nie mógł się bać, nie mógł chociaż tego okazać. Tu nie może być błędu. Minął wpierw łucznika, który za wiele sobie z niego nie zrobił, za to zbrojny był już bardziej nachalny. Najpierw walnął go otwartą dłonią w czoło, co jeszcze wytrzymał, ale gdy trącił go buzdyganem ciężarną kobietę idącą za nim, tak mocno, że ta upadła – nasz bohater nie wytrzymał. Odwrócił się momentalnie do wciąż stojącego tyłem zbrojnego i ciął po jego ścięgnach, które wszak były odsłonięte, by zapewniać zgięcia kolanom. Efekt był momentalny, facet z buzdyganem runął na kolana z wrzaskiem, a że był w płycie… Nie mógł za bardzo się utrzymać i padł na ręce. Łucznik ściągnął z ramienia swój łuk, zaczął napinać cięciwę. Alethyen w ten czas wskoczył na klęczącego przed nim osiłka i odbił się od jego pleców, w powietrzu cudem unikając strzały, która co prawda ścięła kilka jego włosów, a nawet zarysowała policzek, ale nic więcej nie uczyniła. Leciał. Była to chwila, którą uwielbiał. Zawieszenie w przestrzeni i czasie. Drobna sekunda lotu, po której… Przebudził się na nowo w potwornej  i wartko płynącej rzeczywistości, wylądował, przetoczył się przez ramie za łucznika, a następnie zamiast wstać, czego tamten oczekiwał… Wbił mu miecz w podbródek z klęczek, strzała trzymana jak sztylet, w dłoni przez tamtego, opadła bezwładnie na bruk. Trysnęła krew, Aleth podniósł się jednak szybko i wyszarpał ostrze z głowy blondwłosego operatora łuku. Odepchnął pięścią jego ciało, podszedł z wolna do buzdyganisty, który rzucał się jak postrzelone zwierze na wszystkie strony, próbując tylko wstać albo pomścić poległego kompana, zabójca mu na to szansy już nie dał. Jedno, krótkie pchnięcie, z góry. Ostrze opadło na kark męża i wbiło się pomiędzy złączenia hełmu oraz napierśnika, przerąbując krąg szyjny. Mężczyzna padł jak kukiełka na bruk. Jednak sprawcy tych dwóch śmierci już tam nie było, znowu rzucił się w szaleńczy pościg w nieznane, przed siebie. W ciemność, po kolejną, tym razem odpłatną ofiarę. Często z powodu takich biegów jego cele wyzywały go od psów, chełpił się wtedy i przyznawał im rację, był psem, ale Oni byli jego karmą. Psią karmą. Jego ród od zawsze nosił dumnie wilka w herbie. Wilk, pies? To niewielka różnica, a efekt zwierzęcia i łowów ten sam. Śmierć, pożywienie. Gdy oddalał się metr, po metrze od miejsca mordu, rzucił przez ramie ostatnie spojrzenie – przechodnie już zbierali się i opłakiwali zmarłych, to głupi zwyczaj ludzi w tym kraju. Opłakują zmarłego, nawet jeśli był on najgorszym skurwielem jakiego można byłoby sobie wyobrazić. Opłakiwali nawet tyrana, który wymordował wszystkich starców. Jednak dla nich życie jest święte, a śmierć kogokolwiek to strata tej świętości. Och, ironio, ile z tych osób jest zakłamanych, ile tak naprawdę płacze? Nienawidził tego kraju. Jednak to nie jego wybór, był narzędziem. Dobrze płatnym, ale nadal tylko narzędziem. Wpadł na kolejne rozwidlenie, z tym wyjątkiem, że obie następne uliczki były małe i wąskie, ale. Po prawej pojawiły się drzwi, rzadkie, ale jednak. Ruszył więc w prawo, mijając po kolei kolejne drewniane odrzwia, niektóre nawet już ukradli, inne były okute żelazem, co znaczyło o majętności w tej dzielnicy. Żadne z nich nie były tymi, których On poszukiwał. Ani wzmocnione stalą, ani bez okuć. Żadne. Biegł dalej, w całkowitej ciemności, tu jednak bruk był już czystszy, nie było mchu, ani nawet wszędobylskich porostów. Tu musiał uważać na kroki, zwolnił. Nieznacznie, ale zwolnił. Był już nieco zmęczony, nie przewidywał, że będzie tu, aż tak gorąco, przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, a uliczki końca widać nie było. Zatrzymał się i przykucnął przy obitych żelazem drzwiach. Wziął kilka głębszych oddechów. Świst. Tuż pomiędzy uszami poczuł podmuch powietrza, przypadł jeszcze niżej do schodków. Strzała? Kamień? A może to tylko mucha? Pokręcił głową, w tym cholernym mieście wszystko mogło się stać. Skoro nawet faceci chodzili przebrani za ladacznice, to może… Kroki. Nagły odgłos kroków, gdzieś niedaleko niego przerwały jego rozmyślania, wypchnęły wszelakie myśli z jego głowy. Zero myśli, zero słów. Skupienie, wysunął powoli miecz do połowy ostrza, krok, krok… Cisza. Jakieś pięć metrów od niego, z tyłu. Ktoś go gonił, a On nawet nie zauważył? Czy naprawdę mógł dać się podejść jak małe dziecko? Wypuścił cicho powietrze przez nos, by nagle… Usłyszeć gwałtowny świst powietrza. Świst tuż obok jego ucha, odchylił instynktownie głowę. Ból. Promieniujący, przeszywający cały tors ból. Jakieś maczugopodobne ustrojstwo spadło na jego ramie, nie było za wielkie, ale koszt nieuwagi ogromny. Pokręcił głową próbując otrząsnąć samego siebie z pierwszego szoku, odepchnął się dłonią od drzwi, przeleciał trochę ponad metr w powietrzu i wylądował w kucki, ledwo co powstrzymując się od przewrotu w bok, wstał na ugiętych nogach. Kolejny świst, uprzedzony krokami i charknięciem – odskoczył. Musiał wyglądać w sumie komicznie, skakał nieco jak żaba z oklapłym ramieniem i miną jakiejś nadętej walkirii alibo innej suki. Lewą ręką wyciągnął sztylet przy udzie i rzucił w ciemność, z której dochodziły odgłosy. Coś jęknęło, tupnęło parę razy w tył. Zamarł. Sekunda, dwie, trzy… Pięć, dziesięć. Nic. Zero uderzenia o ziemie, zero kolejnych kroków. Zaczął się powoli wycofywać, metodycznie – stopa za stopą, tak by nie wydać jakiegoś odgłosu… Zbyt głośnego. Ucieczkę jednak przerwały mu dwa blaski gdzieś w ciemnościach naprzeciwko niego. Blaski niczym ślepia, albo latareczki. Po tym świetle nastąpiła cisza, czuł, że zaległo na nim spojrzenie. Przerażające, upiorne, niemające w sobie nic, a nic z przedstawiciela ludzkiego albo nawet elfickiego gatunku. Ruszył o krok w tył, postawił wpierw palce, a potem resztę stopy, gdy pięta dotknęła ziemi – rozległo się przed nim charknięcie, głośne, złowrogie i przeciągłe. Chrzęst sztyletu, wydobywanego spomiędzy chrząstek, mięśni i skóry. Coś kapnęło na ziemię. Dość obficie, nie były to pojedyncze krople. Krok. Jeden, drugi, trzeci… Źródła światła i odgłosów zbliżały się do niego. Zapewne go nawet widziało. Cofnął się jeszcze z dwa – trzy kroki, a następnie wyciągnął miecz. Rdzawej barwy ostrze błyszczało karmazynem w szkarłatnym poblasku, ugiął nogi. Czekał. Na trzy kroki przed nim, gdy już unosił miecz do cięcia… Znowu zaległa cisza. Wszystko zamarło. Czuł jak adrenalina rozrywa jego głowę, było mu gorąco, strasznie gorąco, wiedział, że jeszcze minuta, dwie i będzie niezdatny do dalszej walki. Ciął. Na oślep. Świst stali przechodzącej przez powietrze, a potem opór. Chrzęst kości i warknięcie mu towarzyszące, skrzek. Upiór wyciągnął w jego stronę dłoń ze sztyletem. Odskoczył, na dwa kroki. Wybił się z ugiętych nóg i wyskoczył, pchnął między czerwone świetliki. Trzask czaszki. Ciemność, ciszę przerwał brzdęk uderzającego sztyletu o bruk. Odepchnął truchło dłonią, przetarł ostrze o płaszcz. Podniósł sztylet, szukanie go trochę mu zajęło, bruk był śliski od wszędobylskiej krwi, której szkarłat pewno pięknie mieniłbyś się w południowym słońcu. Mieniłby się, gdyby nie cholerna noc.  Lubił barwę posoki, odkąd udał się na swą pierwszą wojnę – naprawdę ją polubił. Miała w sobie coś magicznego. Odwrócił się od truchła, ruszył. Pierwszy, trzeci, piąty, dziesiąty krok, bieg. Tym razem jego tempo było bardziej paniczne, nieco szybsze, nie był już jedynym myśliwym. Takie miał chociaż wrażenie. Teraz był łowca i ofiarą na raz. Potworne uczucie, jak w jakiejś koszmarnej grze. Miecz trzymał wysunięty do połowy, mijał kolejne wnęki z drzwiami lub na drzwi, ale nie takiego wejścia szukał. Gdzieś przed nim zaczęły majaczyć drobne światła, pochodni, lamp. Plac albo większa ulica. W końcu, był blisko. Coraz bliżej. Z każdym swym krokiem potrafił coraz dokładniej odróżniać poruszające się sylwetki na tle światła latarni, zatrzymał się dopiero u wylotu uliczki, która wybiegała na ruchliwą aleję, wyłożoną zielonkawym, starannie ułożonym i wyślizganym przez tysiące stóp kamieniem, który niczym agat pobłyskiwał przy akompaniamencie płomieni lamp. Same latarnie były nieco ponad dwumetrowe, wykonane z gładkiej, rudo-zielonej stali, której powierzchnia zdawała się roznosić dodatkowo światło, mimo, iż owe paliło się na samej jej górze. Budynki opasające aleje w tym miejscu były naprawdę pięknie wykonane, wysokie, z licznymi zdobieniami, gargulcami, freskami i oknami z zielonawymi witrażami. Kamienie, z których zbudowane były domostwa były niebieskie, sklepy – zielone, a zakłady rzemieślnicze – rudawe. Wszystko to tworzyło kakofonię kolorów, pomiędzy którą krzątali się przedstawiciele wszystkich ras. Większość z nich strojna w wymyślne, kolorowe stroje o licznych złoceniach, acz byli i Ci biedniejsi, w lnianych, brązowych kurtach. Było dużo straży, na całej ulicy i ani jednego konia czy nawet wozu, chyba panował jakiś zakaz. Chociaż, cholera. Może to święto jakie? Wszyscy tak kolorowi. Pokręcił głową, przewrócił swój czarny płaszcz na drugą stronę, która okazała się złoto-zielona, owinął cale swe ciało owym i tak odziany wyszedł pomiędzy ludzi oraz nieludzi. W tłumie panował zgiełk, wszyscy o czymś rozmawiali, chichoty dziewczyn, poważne rozmowy mężów czy charczące głosy narzekających starców, dodatkowo, zapachów w powietrzu było mnóstwo. Mieszanka potu, perfum, z których najintensywniej dało się wyczuć jakąś mieszankę słodu z arestrem, czymś co pachnie jak mix wanilii i niezapominajki. Potworność. Były jednak też standardowe zapachy różostanu, czyli mieszanki czerwonej róży z konwalią. Na całe szczęście mężczyźni, aż tak się nie perfumowali, więc dało się oddychać, o ile omijał większe zgrupowania pan, plotkarek i całkiem pięknych, młodych dziewczyn, o ladacznicach nie wspominając. Zwykły przechodzień, nieznający tego miasta zgubiłby się w tej alei pełnej istot i kakofonii, ale nie On. Alethyen dokładnie wiedział czego i kogo szuka, wiedział gdzie ma iść, gdzie i kiedy skręcić, a i oczywiście – po co to wszystko. Skręcił wraz z tłumem w większą część alei, kierującą się na prawo, gdy główna rozwidlała się na trzy. Zachowywał się, a nawet wyglądał jak zwykły mieszkaniec, jak niezamożny, nierzucający się w oczy tubylec, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów w ten sposób, a następnie skręcił w mniejszą uliczkę, pomiędzy jakimś zakładem rzemieślniczym, chyba nawet kowalskim oraz całkiem sporym domem – pewnie należącym do tego rzemieślnika. Zresztą, kogo by takie rzeczy obchodziły teraz? Minął sprzeczających się o coś ludzi, stojących w ciasnej, zbitej grupce, która wygrażała sobie wzajemnie pięściami, nawet przez chwilę zawahał się czy by nie zainterweniować, jeszcze się pozabijają, jednak dał sobie spokój. Tutejsi nie walczą i nie chwytają po broń z byle powodu, a nawet jak taki mają to i tak starają się omijać walkę. Banda tchórzy. Dopóki nie spluniesz takiemu w twarz albo nie kopniesz w dupę dopóty będzie wmawiał Ci, że obrażanie go nie jest niczym wielkim. No, chyba, że powiesz o jego przodkach alibo rodzinie coś złego. Wtedy bywa gorzej. Prychnął pod nosem, odganiając się o dwóch ladacznic, jedna o niebieskawej skórze, długich, szczupłych nogach i rogach na głowie, a druga o różowawej, podobnej budowy, tyle, że bez rogów, a o ogonie. Jakieś rasy to były na pewno, a może podrasy. Co to za różnica? W sumie ta niebieska wyglądała nawet ciekawie… Trzeba się będzie przyjrzeć bliżej, ale to po otrzymaniu zapłaty. Skręcił znowu w bok, w ciemną uliczkę, którą słabo oświetlały małe kaganki, wiszące tu i tam, zmienił stronę płaszcza. Znów był opatulony w czerń. Jego kochaną, najdroższą czerń. Znów był tylko czarną plamą, jedną z wielu na tle kamiennych ścian. W sumie to nigdy nie był nawet w sklepie tutejszym. Ciekawie jak to wygląda? Wymijał śmietniki, połamane kosze, resztki mebli, nadgniłe resztki jedzenia, często zrzucane z okien, gdy straż nie patrzyła. W sumie Ci ostatni rzadko pałętali się po takich zaułkach, za łatwo było tu o sztylet między łopatkami lub pałkę w łeb. To dobrze, dobrze dla Aleth’a, gorzej dla jego ofiar. Skręcił gwałtownie, przechodząc tuż przy ścianie, zatrzymał się. Przed nim poblask świecy oświetlał grupkę pijanych moczymord, kopiących leżącego na ziemi ważkopodobnego człowieka. Skrzydeł co prawda nie miał, ale zielona skóra i złożone oczy, a także nieco owadzie usta starczyły pewno jako pretekst. Alethyen westchnął ciężko i odpiął miecz wraz z pochwą pod pasa, przymocował ją pewniej do rękojeści. Następnie zaszarżował bez dłuższego zwlekania, piątka nawet nie zauważyła pojawiającego się cienia, aż do pierwszego ciosu, gdy jeden z ich kompanów zwalił się nieprzytomny jak kłoda. Kolejny, który już się odwracał, a był najbliżej miecza dostał w nos. Trysnęła krew, plamiąc jego blond brodę we wczesnym etapie zapuszczenia. Pozostała trójka rzuciła się w jego stronę, miał na tyle szczęście, że fragment zaułka, w którym walczyli był zbyt wąski by mogli się w tej liczbie zmieścić pomiędzy ścianami. Odskoczył, Ci początkowo się zacięli między murami, a następnie padli na siebie, jak dzieci. Pokręcił głową i kopnął jednego z leżących w głowę, podnoszącego się zdzielił pięścią w potylicę, następnemu pozwolił nieco wstać, złapał go za łeb i uderzył nosem o swoje kolano. Krew. Całkiem sporo krwi i jęków. Rzucił nim na ziemię, pokręcił głową. Był nieco zmęczony, adrenalina bardzo męczy ciało i marnotrawi energię potrzebną do takich zadań. Nie przewidział tylu walk, mimo to sprawdził stan człowieka – ważki, który nie był taki zły jak mogło się wydawać. Był nawet puls.  Oddychał, nieco świszcząco. Przejechał dłońmi na klatkę piersiową i wymacał żebra. Jedno złamane, drugie dość wątłego stanu. Kości u takich ras było całkiem trudno sprawdzać, skóra była pokryta chityną. Rozerwał więzy koszuli, były już podgniłe, nie był to nawet mieszczanin. Zielonkawy pancerzyk stworzony z drobnych, nałożonych na siebie płytek jak smocze łuski lśniły nieco złowróżbnie. Chwilę im się przyglądał. Wydał z siebie ciche burknięcie i poprawił czarne rękawice, bardzo cienkie. Powoli i delikatnie wrócił do badania klatki piersiowej, jedno, dwa, trzy… Trzy żebrał złamane. Otworzył powoli i delikatnie jego paszczę. W zasadzie była to wysunięta nieco jak u psa szczęka, pokryta zielonymi pancerzykami, a zamiast ust miał po prostu dwie, żółte kreski. Zęby były w kształcie kłów, nieco psich, nieco wilczych, przypominały w zasadzie ostrza sztyletów, wbite rękojeścią w czarne podniebienie pokryte jaskrawożółtymi plamami, jak ciało salamandry. Ciało gada było trujące. To oznaka niebezpieczeństwa. Starając się nie tykać za bardzo jego śliny, złapał palcami niczym szczypczykami za język mutanta, a potem go wyciągnął. Ostrożnie, powoli wywalił owy na bok ust. Przewrócił nieco na bok, sięgnął po jeden z wielu tu, zardzewiałych, acz wciąż trwających garnków. Zaułek wyglądał gorzej niż śmietnisko w kraju Aletha. Po przekręceniu łba stworzenia na prawo – chlusnął nań wodą. Rudą od rdzy, czarniejącą od brudu i chyba ptasich fekaliów. Zdarza się. W zasadzie, było to nawet zabawne, gdy ważko-człowiek budził się, otwierając te swoje żółte, błyszczące ślepia . Uśmiechnął się tylko do niego, wskazał mu dłonią jego niedoszłych, leżących oprawców i wstał, a następnie skierował się w swą dalszą drogę. Lubił pomagać. Nigdy nie wiedział tylko, czy pomaga sam z siebie, czy może jednak dla respektu w oczach innych. W sumie, co z tego? Pomoc jest pomoc. Poprawił czarny płaszcz i wpadł w trucht, jego miarowe, ciche kroki były zagłuszane przez krzyki uratowanego mutanta. Wrzeszczał coś o pomocy dla niego, dziękował za uratowanie… W sumie, bzdety, obiecał pomoc. Wsparcie? Cóż, oby nie grabarzy. W tym mieście, a nawet kraju w sumie nie można nikomu zaufać. Nigdy tego nie zrobiłem, dlatego jeszcze żyje, ale… Mimo wszystko – ludzie są tu spokojni, uprzejmi i nawet gościnni. Dlaczego? Sądził zawsze, że to przez ich własne dziwactwa. Jedni mu mówili, iż tak nakazuje religia, inni wspominali o prawie, a następni o wspólnie odczuwanym piętnie wygnania. Jednak on nie był ani wygnany, ani wierny, co dopiero mówić o szanowaniu prawa. Zasady jako prawo i płatny morderca. Świetna para! Pokręcił głową i odrzucił te myśli, głos wołającego zamilkł, może sobie poszedł, może ochrypł. Uliczka była w sumie jednostajna, acz w pewnym momencie było coraz mniej i mniej śmieci, tak jakby ktoś sprzątał. Z każdym jego krokiem wszędzie było czyściej, w sumie nie było to takie złe – łatwiej biec, no i nie trzeba przeskakiwać tylu rupieci. W jednej z bocznych alejek przyłapał ladacznicę i jej klienta, chociaż byli w tak zaawansowanej zabawie, że nawet nie zauważyli stojącego przez kilkanaście sekund Alethyena, a nawet, gdy pobiegł dalej roznosiły się tylko upojne jęki. To nie był jego cel. Nawet ladacznice nie były teraz jego celem, ani piwo, ani inny alkohol, ani nawet fajka. Obiekt zainteresowania był jeszcze jakieś siedemset stóp od niego, w ciepłym, wielkim domu, przy kominku. Nie była to żadna szycha. Zemsta rodzinna, syn, który próbował zgwałcić córkę drugiej, konkurencyjnej familii. Zadanie mało ambitne, ale płaca wysoka. Pieniądz to pieniądz, nie ważne za czyją krew. Jeszcze trochę. Dwie alejki, dwa zakręty. Był coraz bardziej zniecierpliwiony, a każdy jego krok zdawał mu się katorgą. Zawsze tak miał przed wykonaniem zadania. Wszystko dookoła niego zdawało się dziać wolniej, głośniej, bardziej irytująco. Jeśli miałby szukać rzeczy, których nie lubi w tej pracy to byłyby właśnie te momenty. Mimo wszystko, uczucie nie było takie najgorsze. Wielokrotnie pomogło mu uniknąć kilku wpadek, często, jak i teraz, zwalniał kroku, a w miejscach, gdzie normalnie by biegł zwyczajnie się przekradał. Po co ryzykować, szczególnie, gdy jest się tak blisko? Zakraść się, zabić, uciec. Plan prosty. Taki chociaż miał być z założenia, skręcił w przedostatnią alejkę. Nieomal jak wytrawny specsłużbista wymijał wszelakie kamienie, a nawet te najdrobniejsze skalne czy ceglane odpryski, leżące to tu, to tam. Powróciły ponownie omszałe brukowce na ścianach, chociaż nie na wszystkich. To była chyba jakaś ozdoba. Zielonkawy, delikatnie pobłyskujący niczym drobne świetliczki mech piął się standardowo gdzieś do połowy budynku, pokrywając ścianę cienką, niepełną warstwą, a potem się kończył jak na rozkaz. Żadnej magii w tym nie było, chyba. Mur ponad tą dekoracją wszak był normalnych kolorów, niektóre nawet z tych kolorowych, drogocennych cegieł! Zielonych, rudych alibo niebieskich, chociaż zdawały się też i te smutne, szare, przepuszczające tony chłodu. W sumie taki dom bardziej się opłacało sprzedać, niż utrzymywać. Ostatni zakręt na horyzoncie, mdłe światło księżyce cały czas rzucało poblask na drogę przed zabójcą, więc problemu z postrzeganiem nie było, a i przeszkód także. Najśmieszniejszym faktem tych domostw były chyba okna, gdzie dwa albo trzy wychodziły zazwyczaj na tą brudną, śmierdzącą uliczkę, były to często witraże obite w złote ramy, a natomiast od słonecznej strony, co prawda bardziej ruchliwej, wypadała tylko jedna okiennica, przypominająca swoim kształtem bardziej drzwi balkonowe z dziwnego, brudnozielonego szkła. Miasto było bardzo dziwne. Nienormalna stolica pokopanego kraju. Pasuje. Kolory, bogactwo na pokaz, przepych i masy handlarzy, dzięki, którym władcy zamiast martwić się o wojów – budują nowe siedziby. Każdy tu sprzedający lub kupujący musi, wszak, płacić podatek, który idzie do królewskiego skarbca, ten, zresztą, jest tak ogromny, że wynajęcie armii, która uwierzy nawet na słowo niebyło nigdy problemem, żołdacy zawsze dostawali swoje monety. Skręt. Ostatnia alejka. Jeszcze ciaśniejsza, obskurniejsza, brzydsza. Pomiędzy budynkami przebiegł szczur, Aleth szedł tu już wolno, nieco na zgiętych nogach, starając się iść środkiem drogi. Po jej bokach leżało sporo potłuczonych butelek, słojów czy innych porzuconych przedmiotów codziennego użytku, o fekaliach tu i tam nie wspominając. Jednak im dalej szedł, tym alejka stawała się szersza, kończyła się, w zasadzie, drzwiami. Wstawione one były w kamienny portal, zbudowany z połączenia wszystkich trzech kolorów budynków. Po równo. Nie miał jakiegoś specjalnie głębokiego przekazu. Przedstawiał kowala, jakiegoś kupca, handlującego ziołami oraz kobietę, zajmującą się dzieckiem. Było to więc domostwo istot zajmujących się kowalstwem i sprzedażą ziół, a dodatkowo, biorąc pod uwagę, że ostatnia rzeźba była stworzona dość niedawno, jakiś czas temu urodziło się dziecko. W sumie oczywiste. Szkoda tylko, że tak kosztowne wejście stworzone zostało w tak ciemnym zadupiu, jak ten zaułek. Gdzie tu logika? Były żołnierz pokręcił do siebie głową, zaczął przekręcać płaszcz na drugą, żółtą stronę. Ściągnął rękawiczki, upchnął je w kieszeń. Tutaj nie było jak inaczej wejść. Musiał więc zapukać albo się wspiąć, jednak wspinaczka po śliskich jak lód ścianach mu się nie widziała. Nie dość, że tutaj mechopodobna roślina pokrywa mur, aż po dach, to jeszcze sam ten ich specjalny kamień do tworzenia budynków był śliski. Przewidzieli maniakalnych uciekinierów przez bezrobociem, czy co? Parsknął na samą taką myśl, poprawił żółto-fuksjowy kaptur na głowie. Wziął w dłoń nieco rudawej ziemi, która prześwitywała dookoła murów budynku, a następnie wysmarował niedbale płaszcz w kilku miejscach. Cofnął się te kilkanaście kroków, umoczył rękę w jednym z wiader, aby następnie wytrzeć ją o kaptur, pewnie wyglądał jak niejeden tutejszy obszarpaniec. Oby. By wzmocnić wrażenie swej niedoli niedoczyszczonymi dłońmi upaćkał sobie twarz, cały miał nadzieje, że chociaż w drobnym stopniu wygląda jak nieudolna ofiara napadu, czy coś w ten deseń. Takim to zawsze tutaj pomogą, a nawet przyjmą do domu, zaoferują strawę, nocleg. Tego ostatniego najbardziej potrzebował, snu wszystkich i jednego, jedynego pchnięcia sztyletu. Szybkie zakończenie sprawy, odbiór zapłaty, a potem witaj kochana, normalna, o prostych zasadach ojczyzno. Gdzie prawo funkcjonuje jak należy, o ironio. Będąc wygnanym z armii wspominał prawo karne jako jeden z największych atutów własnego kraju. Westchnął cicho, paranoja. Pokręcił głową, położył dłoń na kołatce. Odetchnął raz, drugi, czwarty. Uderzył parę razy, w zasadzie lekko. Czekał. Czas nieubłagalnie leciał, cenne sekundy niewinnie przeciekały pomiędzy palcami, a gospodarze domostwa przed nim wyraźnie im w tym pomagali. Złapał znowu za kołatkę, nieco wścieklej i bardziej zdecydowanie. Uderzył nią znowu, dźwięk spotykających się stali rozniósł swe echo nie tylko w domu, ale także po całej alejce. Zamki zahurgotały, drzwi powoli zaczęły się otwierać. Te kilka sekund wykorzystał na przybranie mimiki twarzy zbitego psa, poprawienie ostatniej części makijaży ofiary losu i napaści. Poszerzające się całkiem szybko łuna światła padła w końcu na niego. Drzwi się otworzyły. Na oścież. Spomiędzy futryn wyszła starsza pani, na oko – sześćdziesiąt lat. Siwe, splątane włosy spadały jej luźno na twarz pokrytą zmarszczkami niczym źle wykonaną, glinianą maską teatralną z zastygłym zdenerwowaniem, na dodatek. Kobiecina odziana była w zielonawą suknię w kraty na piersi i pasy od talii w dół, dookoła szyi zawiązana splamiona czymś, biała i cienka chusta. Jakaś stara, wierna służka pewnie. Stanęła i stoi. Gapi się. Jej oczy posyłały mu przerażająco świdrujące spojrzenie, którego zignorować, nawet przez kogoś takiego jak Aleth, zwyczajnie się nie dało. Staruszka uśmiechnęła się, chociaż wolałby by tego nie robiła. Zębów za wielu już nie miała, a to co jej zostało było pożółkłe, przetrzebione i brudne. Gdyby zapachy dało się wizualizować to na tle białawego lub nawet przezroczystego powietrza oddech tej kobiety wypadałby jak najtoksyczniejszą zielenią jaką można stworzyć. Odezwała się.
- Witaj, młodzieńcze, w progu domostwa Kuźniosprzedawców. Jeśli jednak jesteś tu w interesach… - jej głos brzmiał gorzej niż nienaoliwione zamki, ogryzione paznokcie przy tablicy albo stare, skrzypiące drzwi. Jak prawdziwej wiedźmy. Będzie musiał na nią uważać. Przerwał jej.
- Dobry wieczór, mości pani! Jestem tu by szukać ratunku! Pobito mnie i okradziono, a domostwo me daleko i dokąd się udać zbytnio nie mam… Czyż nie przyjmą państwo biednej ofiary napaści? Tylko jedna noc. – wtrącił się zabójca zawodzącym, jęczącym, nieomal płaczliwym głosem. Brzmiał pewnie trochę jak dziecko proszące o coś matkę albo pisklak pragnący jedzenia. Nawet jeśli – to dobrze. O to mu chodziło. Zamilkł i zwiesił głowę. Czekał. Starucha marudząc coś pod nosem zniknęła w oświetlonym wnętrzu, skręciła parę razy. Po chwili zniknęła mu z oczy. W zasadzie to co widział wydawało mu się nieco surrealistyczne. Całe wnętrze było barwy z pogranicza różu i szkarłatu, a meble, które wypełniały ganek oraz korytarz w formie taboretów, stoliczków, nawet kilku lamp miały albo pięknie powyginane nóżki przypominające na końcu delikatne kwiaty, albo kończące się ostrymi szpikulcami, wyglądającymi nieomal jak rożna. W sumie, tymi drugimi dało się zabić. Każdy mebelek z dwoma parami nóżek miał po dwójce takich oraz takich. Nie trudno się więc było domyśleć, dlaczego chłopak z tej rodziny zamiast kulturalnie klęknąć, wystawić łapska z pierścionkiem i się oświadczyć. Jednak wychowany w takim domu... Po prostu musiał skończyć jako jakiś psychol, nie było innej rady. Minuty mijały nieubłagalnie, a Aleth obserwował i w swych myślach kreował kolejne uwagi odnośnie wystroju wnętrza, a także samych lokatorów, którzy z pewnością byli bandą jakichś psycholi. To by nawet wyjaśniało dlaczego posłano tu jego, a nie kogoś droższego lub tańszego. Jeśli zginie albo zwariuje to nie będzie, aż takiego żalu. Sufit był wymalowany w białe kwiaty na różowym tle, ociekające jakimiś szkarłatnymi kroplami, nieco jak z obłąkańczego snu. Jak się tak dłużej przyglądał tym prostym ścianom w korytarzu, to po kilku sekundach zdawały się oddalać. Stracił na pewności siebie. Wydobył sztylet do połowy ostrza i odchrząknął. Sekundy lecą teraz jak piasek przez palce, jedna, dziesięć, piętnaście, czterdzieści. Za szybko. Za długo rozmawiają. To nie w ich stylu, nie w tej tradycji. Pierwsza, druga, czwarta, piąta minuta. Pokręcił głową, szkoda czasu. Przekroczył ostrożnie próg domostwa, czujnie i bacznie stawiając każdy krok. Dom był dziwny. Ominął powoli dywan, na niektórych drzwiach wisiały kłódki, na innych były nawet rygle. Nie zwracał za bardzo na to uwagi. Szedł, kroczył dalej. Cicho, jak cień. Wiedział gdzie ma wejść, znał na pamięć rozkład domu, więc skoro nie chcieli go wpuścić, to sam wejdzie. Jeszcze jeden skręt w prawo, schody. Liściowato-trójkątne schody o kolorze najczystszej fuksji, na różowawych ścianach jarzyły się lampy w czerwonawych kloszach, wszystko wyglądało nieco jak magicznie szczęśliwe wejdzie do dobrego domu publicznego albo czegoś podobnego. Parsknął pod nosem, ruszył dalej. Schodek po schodku, na palcach, nogi ugięte w kolanach, każdy mięsień w gotowości do skoku. Wejście było kręte, stopnie utrzymywały się na ścianach oraz dziwnym filarze w kształcie jakiejś rośliny, chyba róży. Tu i tam wystające drobne kolce o szkarłatnokrwawych zakończeniach, a no i u góry widniał, jak się zdawało, kwiat. Dom wariatów albo prostytucji. Świetnie, tego jeszcze w jego robocie nie było. Mordował, co prawda, już prostytutki, ale nigdy nie był w tak dziwnym, odmiennym, nienormalnym miejscu jak to. Szczyt. Bez niespodzianek, nic na niego nie wyskoczyło, nie było żadnego ducha ani nawet drobnej pułapki. Chyba mimo wszystko można to było nazwać normalnym domem. Właśnie, chyba. Były żołnierz znów odgonił własne myśli gwałtownymi ruchami głową, nie teraz. Nie tak blisko zadania. Korytarz, w którym był miał może pięć metrów długości i kończył się podwójnymi drzwiami, spomiędzy których wystawała oderwana głowa pluszowego zwierzaka. Świetnie, cel okazuje się być nawiedzonym dzieciakiem? Litości, tak czy inaczej – musi zginąć. Wszędzie było cicho, jakieś pochrapywania tylko przeszkadzały temu ogólnemu milczeniu, dobywały się z drzwi na około, więc spali. Przystanął, oparł się o ścianę i zajrzał szybko przez framugę do wnętrza pokoju, który jak się okazało miał może łącznie dwadzieścia metrów, sam dom okazał się o wiele większy niż wyglądał, a nawet od tego na planach. Niedobrze. Wystrój był w zasadzie patetycznym oddaniem jakiejś walki z porządkiem narzuconym przez opiekunów, tu i tam walały się resztki pluszaków, różowe ściany były pokreślone czarnymi kreskami węgla i ołówka, większości bez znaczenia, ale niektóre były też rysunkami jakichś chmurek. To był pokój dwudziestoletniego faceta, który właśnie spał na łóżku z woalką niczym królewna. Świetnie, w zasadzie to zabójstwo nie będzie dla niego jakąś karą specjalną, a istnym wybawieniem. Powoli ruszył w stronę śpiącego, stawiając krok za krokiem niczym złotych duch w jakimś obłąkańczym śnie.  Zatrzymał się, przewrócił szybko płaszcz na czarną stronę, lepiej zrobić to teraz niż podczas ucieczki. Czarna plama na różowym tle, świetnie, całe życie marzył tylko o takim obrazie. Ruszył, znowu, krok za krokiem, bezgłośny chód wśród puchatego dywanu, resztek pluszaków i jakichś zabawek, chłopak nagle przewrócił się marudnie na drugi bok, pomamrotał coś pod nosem, Aleth zawisł nad nim jak fala, która została zamrożona tuż przed załamaniem się. Czeka.  Mijają sekundy, mija pierwszy minuta, druga, czwarta. Nic. Cisza. Spojrzał krótko przez ramię, a następnie, gdy wrócił wzrokiem swych brązowych niczym najciemniejszy bursztyn oczu do śpiącego – opuścił sztylet. Jeden, zdecydowany ruch, a obudzony nagłym, gładkim i czystym cięciem od ucha do ucha chłopak nie zdążył wydobyć z siebie żadnego innego głosu poza nędznym charczeniem, wciąż za cichym by kogoś obudzić. Zabójca przykrył go kołdrą, aż po czoło. W tej samej chwili za jego plecami przebiegł szmer, były żołnierz natychmiast się odwrócił. W drzwiach stała istota podobnie ubrana co On, jednak o głowę mniejsza, nieco drobniejszej postury. Czyżby miał konkurencję? Oczy, które widział pobłyskiwały trupiobladym blaskiem, a powieki nieco zmrużyły się. Delikatnym gestem nieznajomy przejechał palcem po szyi, a potem wskazał chłopaka. Aleth skinął głową, by następnie zaobserwować jak konkurencyjny zabójca spuszcza głowę, nieco się kłania i znika w czeluściach korytarza. Honor w tym fachu nakazywał odpuszczenie, gdy ktoś Cię ubiegł. To dobra zasada, przestrzegana przez cenionych zabójców. Działa prosto i zapewnia niemałą korzyść – przeżycie w razie spotkania kogoś lepszego. Ostatnie, najcichsze kroki drugiej ciemnej plamy ucichły, sam Aleth wyjrzał przez okno i zagryzł wargę, jak najciszej otworzył skrzypiące okiennice, a następnie wyszedł na gzyms, wciąż trzymając się palcami kurczowo parapetu. Spojrzał w dół, wisiał jakieś półtora metra nad posępnym, nieco obsranym przez tutejsze ptactwo gargulcem. W sumie nic gorszego być nie mogło, spuścił nogi i jedną ręką złapał się gzymsu. Puścił parapet, w jednej chwili, w kilka milisekund runął w dół, łutem szczęścia pochwycił rzeźbienie i drugą dłonią. Wisi. Sytuacja beznadziejna, ale stabilna, mogło być gorzej. Powoli opuścił stopy na gargulca, był nieco śliski, więc wierzchem butów oczyścił go powierzchownie z ptasich fekaliów. Stał. Całkiem stabilnie. Puścił oboma dłońmi gzymsu, a następnie przykucnął, trzymając gargulca za uszy jak jakiegoś psa spojrzał w dół. Dziesięć metrów zejścia, co najmniej. W sumie z czterech już może skoczyć, może nawet z pięciu. Posąg ma grubość jakichś dwóch metrów, cholernie wielki jak na gargulce, zostaje więc osiem, ale pod nim jest kolejny gzyms. Nie jest więc źle, wsadził dłonie w gargulcowi pysk, który wisiał jeszcze niżej niż spasiony brzuch bestii. Dwa i pół. Nie najgorszy wynik, a gdy już łapska miał w paszczy – zsunął się z gargulca, aby następnie z wolna zacząć się huśtać. Jak małpa. Jak cholerna małpa na pieprzonej lianie. No tak, tylko małpy nie giną, bo zazwyczaj nie spadają z wysokości. Chyba. On jednak małpą nie był, w pewnej chwili puścił się paszczy, wyciągnął ręce przed siebie, leciał. Lot w zasadzie trwał trzy, może cztery sekundy i był… Bardziej niekontrolowany niżby tego chciał, o wiele niżej niż trzeba było. Skończyło się na tym, że zabójca uderzył z całą tą siłą wpierw twarzą, a potem resztą cielska w mur i zaczął się po nim zsuwać. Jak szmaciana lalka rzucona w ścianę, ale to właśnie go uratowało. Stłuczony nos bolał jak jasna cholera, może był nawet złamany, nie wspominając już o irytujący migrenowym bólu czoła po spotkaniu głowa-mur. Mimo wszystko zachował na tyle trzeźwości, że gdy jego stopy wylądowały na jakimś parapecie, to zamiast odbić się jak przysłowiowa kukła od okna i polecieć na plecy, On złapał się okiennicy. Był jakieś 6 metrów niżej niż przed chwilą. Dwa metry więcej niż planował. Żyje. Jest dobrze. Otworzył oczy i zamrugał parę razy, spojrzał przed siebie. Spomiędzy mroku pokoju wystawały różowe zasłony, irytująco różowe, do bólu przypominające okno domu rozpusty. Osłupiał, pobladł, jednak to nie róż go przeraził. Spomiędzy tego mroku wystawała ku niemu potworna paszcza, wyglądające nieco jak przekopana, pokuta i pocięta, co najmniej tasakiem. Nos tego czegoś był całkowicie wgnieciony w czaszkę, jedno z oczu wypływało, ponadto – stworowi brakowało jednego policzka, co odsłaniało niepełne rzędy sczerniałych zębów, przypominających nieco kły jakiegoś raptora albo innego smoka. Widok niezbyt zachęcający, szczególnie, że od zabójcy oddzielała go tylko nędzna, cienka szyba, która w każdej chwili mogła zostać wybita. Stwór jednak się nie ruszał, szczerzył swoje kły spomiędzy dziurawych warg, wyglądających jak… Nie, one były zszyte drutem. Kawałkiem metalu, którego siła szczęk właśnie rozgięła do potwornego, odsłaniającego zęby uśmiechu. Reakcja żołądka Aletha była natychmiastowa – mdłości, szczególnie, że gdy to coś się tak nędznie wyszczerzyło, spomiędzy nieszczelnych okiennic dobiegł odór zgnilizny, próchnicy i czegoś w stylu zgniłego jaja. Były żołnierz odskoczył w tył, a gdy spadał – złapał się dłonią parapetu, nie zawisł na długo, pod nogami poczuł mały gzyms, spojrzał ku dołowi. Była to dwukrotnie większa uliczka niż ta, którą do tego domu przybył, a pod nim właśnie przejeżdżał jakiś wóz z pierzem. Raz kozie śmierć. Puścił się parapetu i runął jak kłoda w dół, całkowicie bezwładnie. Zacisnął powieki, zęby, czekając na ból. Ten jednak nie nastąpił, wleciał w ciężki, gruby i ciepły biały puch, którego było dookoła mnóstwo. Zdawał się w nim tonąć, przymknął oczy i odetchnął, podłożył ręce pod głowę, a następnie wbił wzrok w niebo. Mdłości powoli ustawały, wóz tylko nieznacznie podskakiwał na kocich łbach z czarno-zielonawego kamienia, którym pokryta była droga, w zasadzie to można było przysnąć. Tutejsi ludzie, nawet jakby im się wpadło do domu i zasnęło pod ich nieobecność to po dobrym wytłumaczeniu dadzą Ci gościnę. Cholera, tutejsze poduszki muszą być ciężkie. Kołdry robią z czegoś innego, tamta była leciutka jak piórko, a nawet lżejsza. Może z jakiegoś filcu? W sumie to nie ważne. Przed chwilą zabił, skończył kontrakt, nad którym pracował już od ponad miesiąca i może sobie pozwolić na trochę odpoczynku wśród białego niczym śnieg, miękkiego i ciepłego puchu. Przymknął oczy, brakuje tylko jeszcze kufla piwa i kobiety albo wina oraz kobiecego śpiewu, to też byłoby dobre. Powoli jednak zmęczenie ogarnęło jego ciało, adrenalina, która kilkakrotnie  mieszała się z jego krwią, a nawet uderzała mu do głowy była strasznie męczącym produktem dla jego ciała. Im dłużej spoczywał w tym pierzu, tym bardziej stawiał się ciężki. Jak ołów. Ciężki, zmęczony i nieco głodny, ale już niedługo. Teraz kilka dni podróży, a potem dom. Kilku dniowy odpoczynek, może nawet znajdzie sobie kobietę? Tym razem już nie ladacznicę, naturalnie. Chociaż z tymi drugimi o wiele łatwiej, chociaż przy zarobkach jakie ma… korzystniejsza byłaby żona. Paranoja. Pokręcił głową i parsknął pod nosem rozbawiony, zamknął na dobre oczy. Myśli, czucie oraz świadomość odpłynęły prędko, zasnął. Sen dla zasłużonego.


Poranek w tym mieście nie należał do najprzyjemniejszych, szczególnie dla Aleth’a, który zaraz po obudzeniu się musiał obszernie i bardzo okrężnie tłumaczyć się woźnicy dlaczego akurat wybrał jego wóz. Paranoja. Nie dość, że gdy wyszedł z tego ciepłego, wszędobylskiego puchu by uderzyła go fala lodowatego, rześkiego powietrza, które w stolicy tego cholernego królestwa było takie samo. Niezależnie od pory roku, wysokości słońc, ilości chmur czy innych podobnych rzeczy. Zawsze było tu rano zimno, rześko i irytująco lodowato. Temperatura podnosiła się wraz z upływem czasu, wieczorem w lecie sięgając nawet około trzydziestu stopni, a o świcie było to już zaledwie dwa, czasem nawet mniej. Dodatkowo nieomal każdego poranka była gęsta mgła i mżawka, podobno to działanie jakiejś mocy magicznej, dzięki, której nad miastem przez resztę dnia jest słońce, a pomiędzy budynkami ciepło. Chmury mają się wypadać i tak dalej. Zasadniczo to niczym złym by nie było, gdyby nie fakt, że cała ta mżawka przemoczyła zabójcę, nie zostawiając na nim nawet suchej niteczki, a wszędobylski chłód dokańczał swego, na szczęście – miał przy sobie nieco srebra i mógł sobie pozwolić na odwiedziny karczmy. Ciepła zupa o barwie fioletowo-brunatnej, w której pływały jeszcze jakieś małe skrzydełka czy odwłoki. Zamawiając ją miał nadzieję, że fragment „owadowa” w nazwie to tylko puszczenie oczka w stronę klienta, ale… No właśnie, myślenie bywa czasem bardzo zwodnicze, szczególnie w tym mieście. Mimo obrzydzenia, jakim napawał ten posiłek to trzeba przyznać, że zupa była całkiem smaczna, pomijając przylepiające się do gardła skrzydełka albo pancerzyki z resztek owadów. To miasto miało swoje dziwactwa, jakby właśnie ta zupa, czy picie kwasu siarkowego przez niektórych mieszkańców, chociaż to wiąże się z faktem, że to nie są ludzie. Dla nich dziwnym zwyczajem jest picie piwa czy wina, co poradzić? Co kraj to obyczaj. Aleth początkowo nie odrywał wzroku i rąk od swojego talerza, ale gdy już jako-tako zaspokoił swój apetyt, a zupa nieco ostygła, zaczął się rozglądać. Karczma w zasadzie dzieliła się na dwie izby, w obu były lady, oddzielone od siebie ścianą. W jednym pomieszczeniu jadła biedniejsza część społeczeństwa, czyli głównie drobniejsi rzemieślnicy lub przejezdni, a w drugim – co bogatszy mieszkaniec, najwięcej było kupców oraz ich żon. Część, w której znajdował się Aleth naturalnie należała do tej dla mniej zamożnych, ale była całkiem spora. Ściany były obite drewnianymi deskami, spomiędzy których wystawał zielonkawy kamień, z których zbudowane były tutejsze nie tylko domy, ale także chramy, oberże czy właśnie karczmy. Sufit był całkiem wysoko. Jakieś cztery metry nad ziemią. Pod nim uwieszone były dwa, spore żyrandole, z których co jakiś czas na podłogę skapywał wosk. O ile Ci bogatsi mieli świece otoczone kinkietami, to tutaj parafina po prostu skapywała na podłogę czy też przechodniów. Przejście, nad którym zawieszone było to oświetlenie dzieliło sześć drewnianych, sporych, stołów na dwa równe rzędy. Nie było krzeseł, wszędzie były ławy stworzone z tego powtarzającego się już do nieprzytomności agatowego kamienia. Zieleń była najczęstszym kolorem w tym mieście, nosiły ją kobiety, budynki, a także dzieci, które w ten sposób pokazywały jak zamożni byli ich rodzice. Im więcej odcieni zieleni na ubranku, tym bogatszy tatuś lub mama, cóż. Bardzo osobliwe i oryginalne, nie da się ukryć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz