Trafił do brudnego i obskurnego zaułka, który był
ograniczony drewnianymi ścianami jakichś ruder stojących w rzędach. Mniejszych
uliczek nie było, zaułek za jego plecami zamykał kamienny mur, chyba nawet
jakiejś willi. Kto buduje wille w takim miejscu? Paranoidalne miasto. Pokręcił
głową i ściągnął kaptur, spod czarnego, lnianego materiału wysypała się kaskada
brązowo-czarnych włosów. Był spocony, tam skąd przybył było całkiem chłodno, a
tu? Klimat umiarkowany, do tego środek lata. Mimo wczesnej nocy było całkiem
gorąco. Poklepał się po boku, miecz nadal tam tkwił, stary, o jednosiecznym,
nieco wygiętym w tył ostrzu, kiedyś mówiono, że to broń do walki na małych
dystansach. Kiedyś był w wojsku i rzeczywiście, nosił ze sobą dwa, różnej
długości miecze oraz włócznie, teraz… Teraz potrzebował tylko śmierci
przeciwnika, zabicia celu. Mało ponadto się liczyło, za wiele innych rzeczy
robić nie potrafił, a pieniądze mimo wszystko były potrzebne. Poprawił kilka
rzemyków na udach, jeden przy ramieniu, no i ten niesforny – na piersi, co to
już bardziej pas przypominał, a przytrzymywał plecak. Podskoczył kilka razy w
miejscu, poza cichymi odbiciami się od podłoża – nie było słychać nic. Był,
więc gotowy. Mógł ruszać. Z początku zaczął iść, z każdym krokiem rozglądał się,
badał, obserwował zaułek dookoła, jednak to najowocniejszym zajęciem nie było.
Ściany po obu stronach były takie same, przypominały nieskończony ciąg
nadgniłego drewna, gdyby tego było mało, owe wydawało z siebie nieznośny,
przenikliwy smród próchna. Na myśl rzucało mu to zbyt wiele wspomnień z
przeszłości, z powolnego spacerku ruszył w trucht, cichy, miarowy. Każdy krok
stawiał pewnie, w czarnych butach z cienkimi podeszwami zachowywanie ciszy w
sumie nie było problemem, bruk był to nieco omszały, więc nawet gdy nieco mniej
profesjonalnie uderzał pięta w podłoże – dźwięk był tłumiony. Pozwolił sobie na
bieg. Nie był to jeszcze sprint, ale nie był to już trucht. Zachowywał
jednostajny i spokojny oddech, tak jak go uczono. Biegł na przód, w ciemność.
Zaułek był w sumie zalanym mrokiem, więc, gdy wbiegł pod nieco wystające dachy
budynków – na tle ich ścian stawał się nieomal niewidzialny, kolejna czarna
plama. Po jakichś trzystu metrach tak przebiegniętych, uliczka rozwidlała się
na dwie, z czego jedna prowadziła na rozległy plac, na którym pierwszym faktem
była mnogość ladacznic ras wszelakiej, a drugim grupki moczymord, no i kilku
pijaków, śpiących pod ścianami. Druga z nich była jeszcze węższa niż ta, w
której się objawił. Wydawała się też o wiele niebezpieczniejsza. Długo jednak
nie czekał, nieomal bez wahania ruszył w… Drugą, mniejszą i ciemniejszą
uliczkę. Na placyku wtopiłby się w tłum, tu dalej musiał liczyć tylko na
siebie, zamiast na wsparcie strażników. Czy to było ważne? W sumie nie, miał
zabić, a nie się bronić. Nie przyszedł tu walczyć, On zadaje śmierć
precyzyjnie. Raz i cicho. Znowu biegł, nie był to jakiś szaleńczy bieg, ale
sprint. Szybki, sprawny, spokojny. Zawodowy. Z jednej strony uliczki rosły
znowu, niczym drzewa, drewniane ściany, po drugiej jednak wyrastały budynki z
szarego, smutnego kamienia, w większości popękanego przez czas. Przeciwległe
sobie ściany zdawały się kontrastować i mimo, że kamień wydawał się o wiele
trwalszym, bezpieczniejszym, no i droższym budulcem, to trudno było stwierdzić
co tak naprawdę wywołuje u niego większe politowanie. W sumie to nawet
współczuł ludziom mieszkającym w zimnych, kamiennych domach, załatwiającym się
tak jak Ci w drewnianych, na wpół walących się budynkach, do wiadra. W
karczmie, w której się zatrzymał był chociaż szalet. Nawet nie jeden. Po
jakichś dwudziestu metrach biegu i tych krótkich rozmyślań zatrzymał się –
uliczka była przecięta prze kolejną i
tym razem, kręciło się tu dwóch chłopa, o łeb od niego wyższych, jeden odziany
w płytę i uzbrojony w wielki buzdygan, a drugi stał w skórzni, z łukiem u pasa.
Obaj toczyli po przechodzących wzrokiem pełnym mordu, popychali starców,
młodych, zastawiali drogę, acz żadnego sprowokować do bójki nie mogli.
Westchnął, wysunął do połowy miecz i
ruszył zdecydowanym, wyluzowanym krokiem w ich stronę. Nie mógł się bać,
nie mógł chociaż tego okazać. Tu nie może być błędu. Minął wpierw łucznika,
który za wiele sobie z niego nie zrobił, za to zbrojny był już bardziej
nachalny. Najpierw walnął go otwartą dłonią w czoło, co jeszcze wytrzymał, ale
gdy trącił go buzdyganem ciężarną kobietę idącą za nim, tak mocno, że ta upadła
– nasz bohater nie wytrzymał. Odwrócił się momentalnie do wciąż stojącego tyłem
zbrojnego i ciął po jego ścięgnach, które wszak były odsłonięte, by zapewniać
zgięcia kolanom. Efekt był momentalny, facet z buzdyganem runął na kolana z
wrzaskiem, a że był w płycie… Nie mógł za bardzo się utrzymać i padł na ręce.
Łucznik ściągnął z ramienia swój łuk, zaczął napinać cięciwę. Alethyen w ten
czas wskoczył na klęczącego przed nim osiłka i odbił się od jego pleców, w
powietrzu cudem unikając strzały, która co prawda ścięła kilka jego włosów, a
nawet zarysowała policzek, ale nic więcej nie uczyniła. Leciał. Była to chwila,
którą uwielbiał. Zawieszenie w przestrzeni i czasie. Drobna sekunda lotu, po
której… Przebudził się na nowo w potwornej
i wartko płynącej rzeczywistości, wylądował, przetoczył się przez ramie
za łucznika, a następnie zamiast wstać, czego tamten oczekiwał… Wbił mu miecz w
podbródek z klęczek, strzała trzymana jak sztylet, w dłoni przez tamtego,
opadła bezwładnie na bruk. Trysnęła krew, Aleth podniósł się jednak szybko i
wyszarpał ostrze z głowy blondwłosego operatora łuku. Odepchnął pięścią jego
ciało, podszedł z wolna do buzdyganisty, który rzucał się jak postrzelone
zwierze na wszystkie strony, próbując tylko wstać albo pomścić poległego
kompana, zabójca mu na to szansy już nie dał. Jedno, krótkie pchnięcie, z góry.
Ostrze opadło na kark męża i wbiło się pomiędzy złączenia hełmu oraz napierśnika,
przerąbując krąg szyjny. Mężczyzna padł jak kukiełka na bruk. Jednak sprawcy
tych dwóch śmierci już tam nie było, znowu rzucił się w szaleńczy pościg w
nieznane, przed siebie. W ciemność, po kolejną, tym razem odpłatną ofiarę.
Często z powodu takich biegów jego cele wyzywały go od psów, chełpił się wtedy
i przyznawał im rację, był psem, ale Oni byli jego karmą. Psią karmą. Jego ród
od zawsze nosił dumnie wilka w herbie. Wilk, pies? To niewielka różnica, a
efekt zwierzęcia i łowów ten sam. Śmierć, pożywienie. Gdy oddalał się metr, po
metrze od miejsca mordu, rzucił przez ramie ostatnie spojrzenie – przechodnie
już zbierali się i opłakiwali zmarłych, to głupi zwyczaj ludzi w tym kraju.
Opłakują zmarłego, nawet jeśli był on najgorszym skurwielem jakiego można
byłoby sobie wyobrazić. Opłakiwali nawet tyrana, który wymordował wszystkich
starców. Jednak dla nich życie jest święte, a śmierć kogokolwiek to strata tej
świętości. Och, ironio, ile z tych osób jest zakłamanych, ile tak naprawdę
płacze? Nienawidził tego kraju. Jednak to nie jego wybór, był narzędziem.
Dobrze płatnym, ale nadal tylko narzędziem. Wpadł na kolejne rozwidlenie, z tym
wyjątkiem, że obie następne uliczki były małe i wąskie, ale. Po prawej pojawiły
się drzwi, rzadkie, ale jednak. Ruszył więc w prawo, mijając po kolei kolejne
drewniane odrzwia, niektóre nawet już ukradli, inne były okute żelazem, co
znaczyło o majętności w tej dzielnicy. Żadne z nich nie były tymi, których On
poszukiwał. Ani wzmocnione stalą, ani bez okuć. Żadne. Biegł dalej, w
całkowitej ciemności, tu jednak bruk był już czystszy, nie było mchu, ani nawet
wszędobylskich porostów. Tu musiał uważać na kroki, zwolnił. Nieznacznie, ale
zwolnił. Był już nieco zmęczony, nie przewidywał, że będzie tu, aż tak gorąco,
przebiegł jeszcze kilkanaście metrów, a uliczki końca widać nie było. Zatrzymał
się i przykucnął przy obitych żelazem drzwiach. Wziął kilka głębszych oddechów.
Świst. Tuż pomiędzy uszami poczuł podmuch powietrza, przypadł jeszcze niżej do
schodków. Strzała? Kamień? A może to tylko mucha? Pokręcił głową, w tym
cholernym mieście wszystko mogło się stać. Skoro nawet faceci chodzili
przebrani za ladacznice, to może… Kroki. Nagły odgłos kroków, gdzieś niedaleko
niego przerwały jego rozmyślania, wypchnęły wszelakie myśli z jego głowy. Zero
myśli, zero słów. Skupienie, wysunął powoli miecz do połowy ostrza, krok, krok…
Cisza. Jakieś pięć metrów od niego, z tyłu. Ktoś go gonił, a On nawet nie
zauważył? Czy naprawdę mógł dać się podejść jak małe dziecko? Wypuścił cicho
powietrze przez nos, by nagle… Usłyszeć gwałtowny świst powietrza. Świst tuż
obok jego ucha, odchylił instynktownie głowę. Ból. Promieniujący, przeszywający
cały tors ból. Jakieś maczugopodobne ustrojstwo spadło na jego ramie, nie było
za wielkie, ale koszt nieuwagi ogromny. Pokręcił głową próbując otrząsnąć
samego siebie z pierwszego szoku, odepchnął się dłonią od drzwi, przeleciał
trochę ponad metr w powietrzu i wylądował w kucki, ledwo co powstrzymując się
od przewrotu w bok, wstał na ugiętych nogach. Kolejny świst, uprzedzony krokami
i charknięciem – odskoczył. Musiał wyglądać w sumie komicznie, skakał nieco jak
żaba z oklapłym ramieniem i miną jakiejś nadętej walkirii alibo innej suki.
Lewą ręką wyciągnął sztylet przy udzie i rzucił w ciemność, z której dochodziły
odgłosy. Coś jęknęło, tupnęło parę razy w tył. Zamarł. Sekunda, dwie, trzy…
Pięć, dziesięć. Nic. Zero uderzenia o ziemie, zero kolejnych kroków. Zaczął się
powoli wycofywać, metodycznie – stopa za stopą, tak by nie wydać jakiegoś
odgłosu… Zbyt głośnego. Ucieczkę jednak przerwały mu dwa blaski gdzieś w
ciemnościach naprzeciwko niego. Blaski niczym ślepia, albo latareczki. Po tym
świetle nastąpiła cisza, czuł, że zaległo na nim spojrzenie. Przerażające,
upiorne, niemające w sobie nic, a nic z przedstawiciela ludzkiego albo nawet
elfickiego gatunku. Ruszył o krok w tył, postawił wpierw palce, a potem resztę
stopy, gdy pięta dotknęła ziemi – rozległo się przed nim charknięcie, głośne,
złowrogie i przeciągłe. Chrzęst sztyletu, wydobywanego spomiędzy chrząstek,
mięśni i skóry. Coś kapnęło na ziemię. Dość obficie, nie były to pojedyncze
krople. Krok. Jeden, drugi, trzeci… Źródła światła i odgłosów zbliżały się do
niego. Zapewne go nawet widziało. Cofnął się jeszcze z dwa – trzy kroki, a
następnie wyciągnął miecz. Rdzawej barwy ostrze błyszczało karmazynem w
szkarłatnym poblasku, ugiął nogi. Czekał. Na trzy kroki przed nim, gdy już
unosił miecz do cięcia… Znowu zaległa cisza. Wszystko zamarło. Czuł jak
adrenalina rozrywa jego głowę, było mu gorąco, strasznie gorąco, wiedział, że
jeszcze minuta, dwie i będzie niezdatny do dalszej walki. Ciął. Na oślep. Świst
stali przechodzącej przez powietrze, a potem opór. Chrzęst kości i warknięcie
mu towarzyszące, skrzek. Upiór wyciągnął w jego stronę dłoń ze sztyletem.
Odskoczył, na dwa kroki. Wybił się z ugiętych nóg i wyskoczył, pchnął między
czerwone świetliki. Trzask czaszki. Ciemność, ciszę przerwał brzdęk
uderzającego sztyletu o bruk. Odepchnął truchło dłonią, przetarł ostrze o
płaszcz. Podniósł sztylet, szukanie go trochę mu zajęło, bruk był śliski od
wszędobylskiej krwi, której szkarłat pewno pięknie mieniłbyś się w południowym
słońcu. Mieniłby się, gdyby nie cholerna noc.
Lubił barwę posoki, odkąd udał się na swą pierwszą wojnę – naprawdę ją
polubił. Miała w sobie coś magicznego. Odwrócił się od truchła, ruszył.
Pierwszy, trzeci, piąty, dziesiąty krok, bieg. Tym razem jego tempo było
bardziej paniczne, nieco szybsze, nie był już jedynym myśliwym. Takie miał
chociaż wrażenie. Teraz był łowca i ofiarą na raz. Potworne uczucie, jak w
jakiejś koszmarnej grze. Miecz trzymał wysunięty do połowy, mijał kolejne wnęki
z drzwiami lub na drzwi, ale nie takiego wejścia szukał. Gdzieś przed nim
zaczęły majaczyć drobne światła, pochodni, lamp. Plac albo większa ulica. W
końcu, był blisko. Coraz bliżej. Z każdym swym krokiem potrafił coraz
dokładniej odróżniać poruszające się sylwetki na tle światła latarni, zatrzymał
się dopiero u wylotu uliczki, która wybiegała na ruchliwą aleję, wyłożoną
zielonkawym, starannie ułożonym i wyślizganym przez tysiące stóp kamieniem,
który niczym agat pobłyskiwał przy akompaniamencie płomieni lamp. Same latarnie
były nieco ponad dwumetrowe, wykonane z gładkiej, rudo-zielonej stali, której
powierzchnia zdawała się roznosić dodatkowo światło, mimo, iż owe paliło się na
samej jej górze. Budynki opasające aleje w tym miejscu były naprawdę pięknie
wykonane, wysokie, z licznymi zdobieniami, gargulcami, freskami i oknami z
zielonawymi witrażami. Kamienie, z których zbudowane były domostwa były
niebieskie, sklepy – zielone, a zakłady rzemieślnicze – rudawe. Wszystko to
tworzyło kakofonię kolorów, pomiędzy którą krzątali się przedstawiciele
wszystkich ras. Większość z nich strojna w wymyślne, kolorowe stroje o licznych
złoceniach, acz byli i Ci biedniejsi, w lnianych, brązowych kurtach. Było dużo
straży, na całej ulicy i ani jednego konia czy nawet wozu, chyba panował jakiś
zakaz. Chociaż, cholera. Może to święto jakie? Wszyscy tak kolorowi. Pokręcił
głową, przewrócił swój czarny płaszcz na drugą stronę, która okazała się
złoto-zielona, owinął cale swe ciało owym i tak odziany wyszedł pomiędzy ludzi
oraz nieludzi. W tłumie panował zgiełk, wszyscy o czymś rozmawiali, chichoty
dziewczyn, poważne rozmowy mężów czy charczące głosy narzekających starców,
dodatkowo, zapachów w powietrzu było mnóstwo. Mieszanka potu, perfum, z których
najintensywniej dało się wyczuć jakąś mieszankę słodu z arestrem, czymś co
pachnie jak mix wanilii i niezapominajki. Potworność. Były jednak też
standardowe zapachy różostanu, czyli mieszanki czerwonej róży z konwalią. Na
całe szczęście mężczyźni, aż tak się nie perfumowali, więc dało się oddychać, o
ile omijał większe zgrupowania pan, plotkarek i całkiem pięknych, młodych
dziewczyn, o ladacznicach nie wspominając. Zwykły przechodzień, nieznający tego
miasta zgubiłby się w tej alei pełnej istot i kakofonii, ale nie On. Alethyen
dokładnie wiedział czego i kogo szuka, wiedział gdzie ma iść, gdzie i kiedy
skręcić, a i oczywiście – po co to wszystko. Skręcił wraz z tłumem w większą
część alei, kierującą się na prawo, gdy główna rozwidlała się na trzy.
Zachowywał się, a nawet wyglądał jak zwykły mieszkaniec, jak niezamożny,
nierzucający się w oczy tubylec, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów w ten
sposób, a następnie skręcił w mniejszą uliczkę, pomiędzy jakimś zakładem
rzemieślniczym, chyba nawet kowalskim oraz całkiem sporym domem – pewnie
należącym do tego rzemieślnika. Zresztą, kogo by takie rzeczy obchodziły teraz?
Minął sprzeczających się o coś ludzi, stojących w ciasnej, zbitej grupce, która
wygrażała sobie wzajemnie pięściami, nawet przez chwilę zawahał się czy by nie
zainterweniować, jeszcze się pozabijają, jednak dał sobie spokój. Tutejsi nie
walczą i nie chwytają po broń z byle powodu, a nawet jak taki mają to i tak
starają się omijać walkę. Banda tchórzy. Dopóki nie spluniesz takiemu w twarz
albo nie kopniesz w dupę dopóty będzie wmawiał Ci, że obrażanie go nie jest
niczym wielkim. No, chyba, że powiesz o jego przodkach alibo rodzinie coś
złego. Wtedy bywa gorzej. Prychnął pod nosem, odganiając się o dwóch ladacznic,
jedna o niebieskawej skórze, długich, szczupłych nogach i rogach na głowie, a
druga o różowawej, podobnej budowy, tyle, że bez rogów, a o ogonie. Jakieś rasy
to były na pewno, a może podrasy. Co to za różnica? W sumie ta niebieska wyglądała
nawet ciekawie… Trzeba się będzie przyjrzeć bliżej, ale to po otrzymaniu
zapłaty. Skręcił znowu w bok, w ciemną uliczkę, którą słabo oświetlały małe
kaganki, wiszące tu i tam, zmienił stronę płaszcza. Znów był opatulony w czerń.
Jego kochaną, najdroższą czerń. Znów był tylko czarną plamą, jedną z wielu na
tle kamiennych ścian. W sumie to nigdy nie był nawet w sklepie tutejszym.
Ciekawie jak to wygląda? Wymijał śmietniki, połamane kosze, resztki mebli,
nadgniłe resztki jedzenia, często zrzucane z okien, gdy straż nie patrzyła. W
sumie Ci ostatni rzadko pałętali się po takich zaułkach, za łatwo było tu o
sztylet między łopatkami lub pałkę w łeb. To dobrze, dobrze dla Aleth’a, gorzej
dla jego ofiar. Skręcił gwałtownie, przechodząc tuż przy ścianie, zatrzymał
się. Przed nim poblask świecy oświetlał grupkę pijanych moczymord, kopiących
leżącego na ziemi ważkopodobnego człowieka. Skrzydeł co prawda nie miał, ale
zielona skóra i złożone oczy, a także nieco owadzie usta starczyły pewno jako
pretekst. Alethyen westchnął ciężko i odpiął miecz wraz z pochwą pod pasa,
przymocował ją pewniej do rękojeści. Następnie zaszarżował bez dłuższego
zwlekania, piątka nawet nie zauważyła pojawiającego się cienia, aż do
pierwszego ciosu, gdy jeden z ich kompanów zwalił się nieprzytomny jak kłoda.
Kolejny, który już się odwracał, a był najbliżej miecza dostał w nos. Trysnęła
krew, plamiąc jego blond brodę we wczesnym etapie zapuszczenia. Pozostała
trójka rzuciła się w jego stronę, miał na tyle szczęście, że fragment zaułka, w
którym walczyli był zbyt wąski by mogli się w tej liczbie zmieścić pomiędzy
ścianami. Odskoczył, Ci początkowo się zacięli między murami, a następnie padli
na siebie, jak dzieci. Pokręcił głową i kopnął jednego z leżących w głowę,
podnoszącego się zdzielił pięścią w potylicę, następnemu pozwolił nieco wstać,
złapał go za łeb i uderzył nosem o swoje kolano. Krew. Całkiem sporo krwi i
jęków. Rzucił nim na ziemię, pokręcił głową. Był nieco zmęczony, adrenalina
bardzo męczy ciało i marnotrawi energię potrzebną do takich zadań. Nie
przewidział tylu walk, mimo to sprawdził stan człowieka – ważki, który nie był
taki zły jak mogło się wydawać. Był nawet puls.
Oddychał, nieco świszcząco. Przejechał dłońmi na klatkę piersiową i
wymacał żebra. Jedno złamane, drugie dość wątłego stanu. Kości u takich ras
było całkiem trudno sprawdzać, skóra była pokryta chityną. Rozerwał więzy
koszuli, były już podgniłe, nie był to nawet mieszczanin. Zielonkawy pancerzyk
stworzony z drobnych, nałożonych na siebie płytek jak smocze łuski lśniły nieco
złowróżbnie. Chwilę im się przyglądał. Wydał z siebie ciche burknięcie i
poprawił czarne rękawice, bardzo cienkie. Powoli i delikatnie wrócił do badania
klatki piersiowej, jedno, dwa, trzy… Trzy żebrał złamane. Otworzył powoli i
delikatnie jego paszczę. W zasadzie była to wysunięta nieco jak u psa szczęka,
pokryta zielonymi pancerzykami, a zamiast ust miał po prostu dwie, żółte
kreski. Zęby były w kształcie kłów, nieco psich, nieco wilczych, przypominały w
zasadzie ostrza sztyletów, wbite rękojeścią w czarne podniebienie pokryte
jaskrawożółtymi plamami, jak ciało salamandry. Ciało gada było trujące. To
oznaka niebezpieczeństwa. Starając się nie tykać za bardzo jego śliny, złapał
palcami niczym szczypczykami za język mutanta, a potem go wyciągnął. Ostrożnie,
powoli wywalił owy na bok ust. Przewrócił nieco na bok, sięgnął po jeden z
wielu tu, zardzewiałych, acz wciąż trwających garnków. Zaułek wyglądał gorzej
niż śmietnisko w kraju Aletha. Po przekręceniu łba stworzenia na prawo –
chlusnął nań wodą. Rudą od rdzy, czarniejącą od brudu i chyba ptasich fekaliów.
Zdarza się. W zasadzie, było to nawet zabawne, gdy ważko-człowiek budził się,
otwierając te swoje żółte, błyszczące ślepia . Uśmiechnął się tylko do niego,
wskazał mu dłonią jego niedoszłych, leżących oprawców i wstał, a następnie
skierował się w swą dalszą drogę. Lubił pomagać. Nigdy nie wiedział tylko, czy
pomaga sam z siebie, czy może jednak dla respektu w oczach innych. W sumie, co
z tego? Pomoc jest pomoc. Poprawił czarny płaszcz i wpadł w trucht, jego
miarowe, ciche kroki były zagłuszane przez krzyki uratowanego mutanta.
Wrzeszczał coś o pomocy dla niego, dziękował za uratowanie… W sumie, bzdety,
obiecał pomoc. Wsparcie? Cóż, oby nie grabarzy. W tym mieście, a nawet kraju w
sumie nie można nikomu zaufać. Nigdy tego nie zrobiłem, dlatego jeszcze żyje,
ale… Mimo wszystko – ludzie są tu spokojni, uprzejmi i nawet gościnni.
Dlaczego? Sądził zawsze, że to przez ich własne dziwactwa. Jedni mu mówili, iż
tak nakazuje religia, inni wspominali o prawie, a następni o wspólnie
odczuwanym piętnie wygnania. Jednak on nie był ani wygnany, ani wierny, co
dopiero mówić o szanowaniu prawa. Zasady jako prawo i płatny morderca. Świetna
para! Pokręcił głową i odrzucił te myśli, głos wołającego zamilkł, może sobie
poszedł, może ochrypł. Uliczka była w sumie jednostajna, acz w pewnym momencie
było coraz mniej i mniej śmieci, tak jakby ktoś sprzątał. Z każdym jego krokiem
wszędzie było czyściej, w sumie nie było to takie złe – łatwiej biec, no i nie
trzeba przeskakiwać tylu rupieci. W jednej z bocznych alejek przyłapał
ladacznicę i jej klienta, chociaż byli w tak zaawansowanej zabawie, że nawet
nie zauważyli stojącego przez kilkanaście sekund Alethyena, a nawet, gdy
pobiegł dalej roznosiły się tylko upojne jęki. To nie był jego cel. Nawet
ladacznice nie były teraz jego celem, ani piwo, ani inny alkohol, ani nawet
fajka. Obiekt zainteresowania był jeszcze jakieś siedemset stóp od niego, w
ciepłym, wielkim domu, przy kominku. Nie była to żadna szycha. Zemsta rodzinna,
syn, który próbował zgwałcić córkę drugiej, konkurencyjnej familii. Zadanie
mało ambitne, ale płaca wysoka. Pieniądz to pieniądz, nie ważne za czyją krew.
Jeszcze trochę. Dwie alejki, dwa zakręty. Był coraz bardziej zniecierpliwiony,
a każdy jego krok zdawał mu się katorgą. Zawsze tak miał przed wykonaniem
zadania. Wszystko dookoła niego zdawało się dziać wolniej, głośniej, bardziej
irytująco. Jeśli miałby szukać rzeczy, których nie lubi w tej pracy to byłyby
właśnie te momenty. Mimo wszystko, uczucie nie było takie najgorsze.
Wielokrotnie pomogło mu uniknąć kilku wpadek, często, jak i teraz, zwalniał
kroku, a w miejscach, gdzie normalnie by biegł zwyczajnie się przekradał. Po co
ryzykować, szczególnie, gdy jest się tak blisko? Zakraść się, zabić, uciec. Plan
prosty. Taki chociaż miał być z założenia, skręcił w przedostatnią alejkę.
Nieomal jak wytrawny specsłużbista wymijał wszelakie kamienie, a nawet te
najdrobniejsze skalne czy ceglane odpryski, leżące to tu, to tam. Powróciły
ponownie omszałe brukowce na ścianach, chociaż nie na wszystkich. To była chyba
jakaś ozdoba. Zielonkawy, delikatnie pobłyskujący niczym drobne świetliczki
mech piął się standardowo gdzieś do połowy budynku, pokrywając ścianę cienką,
niepełną warstwą, a potem się kończył jak na rozkaz. Żadnej magii w tym nie
było, chyba. Mur ponad tą dekoracją wszak był normalnych kolorów, niektóre
nawet z tych kolorowych, drogocennych cegieł! Zielonych, rudych alibo
niebieskich, chociaż zdawały się też i te smutne, szare, przepuszczające tony
chłodu. W sumie taki dom bardziej się opłacało sprzedać, niż utrzymywać.
Ostatni zakręt na horyzoncie, mdłe światło księżyce cały czas rzucało poblask
na drogę przed zabójcą, więc problemu z postrzeganiem nie było, a i przeszkód
także. Najśmieszniejszym faktem tych domostw były chyba okna, gdzie dwa albo
trzy wychodziły zazwyczaj na tą brudną, śmierdzącą uliczkę, były to często
witraże obite w złote ramy, a natomiast od słonecznej strony, co prawda
bardziej ruchliwej, wypadała tylko jedna okiennica, przypominająca swoim
kształtem bardziej drzwi balkonowe z dziwnego, brudnozielonego szkła. Miasto
było bardzo dziwne. Nienormalna stolica pokopanego kraju. Pasuje. Kolory,
bogactwo na pokaz, przepych i masy handlarzy, dzięki, którym władcy zamiast
martwić się o wojów – budują nowe siedziby. Każdy tu sprzedający lub kupujący
musi, wszak, płacić podatek, który idzie do królewskiego skarbca, ten, zresztą,
jest tak ogromny, że wynajęcie armii, która uwierzy nawet na słowo niebyło
nigdy problemem, żołdacy zawsze dostawali swoje monety. Skręt. Ostatnia alejka.
Jeszcze ciaśniejsza, obskurniejsza, brzydsza. Pomiędzy budynkami przebiegł
szczur, Aleth szedł tu już wolno, nieco na zgiętych nogach, starając się iść
środkiem drogi. Po jej bokach leżało sporo potłuczonych butelek, słojów czy
innych porzuconych przedmiotów codziennego użytku, o fekaliach tu i tam nie
wspominając. Jednak im dalej szedł, tym alejka stawała się szersza, kończyła
się, w zasadzie, drzwiami. Wstawione one były w kamienny portal, zbudowany z
połączenia wszystkich trzech kolorów budynków. Po równo. Nie miał jakiegoś
specjalnie głębokiego przekazu. Przedstawiał kowala, jakiegoś kupca,
handlującego ziołami oraz kobietę, zajmującą się dzieckiem. Było to więc
domostwo istot zajmujących się kowalstwem i sprzedażą ziół, a dodatkowo, biorąc
pod uwagę, że ostatnia rzeźba była stworzona dość niedawno, jakiś czas temu
urodziło się dziecko. W sumie oczywiste. Szkoda tylko, że tak kosztowne wejście
stworzone zostało w tak ciemnym zadupiu, jak ten zaułek. Gdzie tu logika? Były
żołnierz pokręcił do siebie głową, zaczął przekręcać płaszcz na drugą, żółtą
stronę. Ściągnął rękawiczki, upchnął je w kieszeń. Tutaj nie było jak inaczej
wejść. Musiał więc zapukać albo się wspiąć, jednak wspinaczka po śliskich jak
lód ścianach mu się nie widziała. Nie dość, że tutaj mechopodobna roślina
pokrywa mur, aż po dach, to jeszcze sam ten ich specjalny kamień do tworzenia
budynków był śliski. Przewidzieli maniakalnych uciekinierów przez bezrobociem,
czy co? Parsknął na samą taką myśl, poprawił żółto-fuksjowy kaptur na głowie.
Wziął w dłoń nieco rudawej ziemi, która prześwitywała dookoła murów budynku, a
następnie wysmarował niedbale płaszcz w kilku miejscach. Cofnął się te
kilkanaście kroków, umoczył rękę w jednym z wiader, aby następnie wytrzeć ją o
kaptur, pewnie wyglądał jak niejeden tutejszy obszarpaniec. Oby. By wzmocnić
wrażenie swej niedoli niedoczyszczonymi dłońmi upaćkał sobie twarz, cały miał
nadzieje, że chociaż w drobnym stopniu wygląda jak nieudolna ofiara napadu, czy
coś w ten deseń. Takim to zawsze tutaj pomogą, a nawet przyjmą do domu,
zaoferują strawę, nocleg. Tego ostatniego najbardziej potrzebował, snu
wszystkich i jednego, jedynego pchnięcia sztyletu. Szybkie zakończenie sprawy,
odbiór zapłaty, a potem witaj kochana, normalna, o prostych zasadach ojczyzno.
Gdzie prawo funkcjonuje jak należy, o ironio. Będąc wygnanym z armii wspominał
prawo karne jako jeden z największych atutów własnego kraju. Westchnął cicho,
paranoja. Pokręcił głową, położył dłoń na kołatce. Odetchnął raz, drugi, czwarty.
Uderzył parę razy, w zasadzie lekko. Czekał. Czas nieubłagalnie leciał, cenne
sekundy niewinnie przeciekały pomiędzy palcami, a gospodarze domostwa przed nim
wyraźnie im w tym pomagali. Złapał znowu za kołatkę, nieco wścieklej i bardziej
zdecydowanie. Uderzył nią znowu, dźwięk spotykających się stali rozniósł swe
echo nie tylko w domu, ale także po całej alejce. Zamki zahurgotały, drzwi
powoli zaczęły się otwierać. Te kilka sekund wykorzystał na przybranie mimiki
twarzy zbitego psa, poprawienie ostatniej części makijaży ofiary losu i
napaści. Poszerzające się całkiem szybko łuna światła padła w końcu na niego.
Drzwi się otworzyły. Na oścież. Spomiędzy futryn wyszła starsza pani, na oko –
sześćdziesiąt lat. Siwe, splątane włosy spadały jej luźno na twarz pokrytą
zmarszczkami niczym źle wykonaną, glinianą maską teatralną z zastygłym
zdenerwowaniem, na dodatek. Kobiecina odziana była w zielonawą suknię w kraty
na piersi i pasy od talii w dół, dookoła szyi zawiązana splamiona czymś, biała
i cienka chusta. Jakaś stara, wierna służka pewnie. Stanęła i stoi. Gapi się.
Jej oczy posyłały mu przerażająco świdrujące spojrzenie, którego zignorować,
nawet przez kogoś takiego jak Aleth, zwyczajnie się nie dało. Staruszka
uśmiechnęła się, chociaż wolałby by tego nie robiła. Zębów za wielu już nie
miała, a to co jej zostało było pożółkłe, przetrzebione i brudne. Gdyby zapachy
dało się wizualizować to na tle białawego lub nawet przezroczystego powietrza
oddech tej kobiety wypadałby jak najtoksyczniejszą zielenią jaką można
stworzyć. Odezwała się.
- Witaj, młodzieńcze, w progu domostwa Kuźniosprzedawców.
Jeśli jednak jesteś tu w interesach… - jej głos brzmiał gorzej niż
nienaoliwione zamki, ogryzione paznokcie przy tablicy albo stare, skrzypiące
drzwi. Jak prawdziwej wiedźmy. Będzie musiał na nią uważać. Przerwał jej.
- Dobry wieczór, mości pani! Jestem tu by szukać ratunku!
Pobito mnie i okradziono, a domostwo me daleko i dokąd się udać zbytnio nie
mam… Czyż nie przyjmą państwo biednej ofiary napaści? Tylko jedna noc. –
wtrącił się zabójca zawodzącym, jęczącym, nieomal płaczliwym głosem. Brzmiał
pewnie trochę jak dziecko proszące o coś matkę albo pisklak pragnący jedzenia.
Nawet jeśli – to dobrze. O to mu chodziło. Zamilkł i zwiesił głowę. Czekał.
Starucha marudząc coś pod nosem zniknęła w oświetlonym wnętrzu, skręciła parę
razy. Po chwili zniknęła mu z oczy. W zasadzie to co widział wydawało mu się
nieco surrealistyczne. Całe wnętrze było barwy z pogranicza różu i szkarłatu, a
meble, które wypełniały ganek oraz korytarz w formie taboretów, stoliczków,
nawet kilku lamp miały albo pięknie powyginane nóżki przypominające na końcu
delikatne kwiaty, albo kończące się ostrymi szpikulcami, wyglądającymi nieomal
jak rożna. W sumie, tymi drugimi dało się zabić. Każdy mebelek z dwoma parami
nóżek miał po dwójce takich oraz takich. Nie trudno się więc było domyśleć,
dlaczego chłopak z tej rodziny zamiast kulturalnie klęknąć, wystawić łapska z
pierścionkiem i się oświadczyć. Jednak wychowany w takim domu... Po prostu
musiał skończyć jako jakiś psychol, nie było innej rady. Minuty mijały
nieubłagalnie, a Aleth obserwował i w swych myślach kreował kolejne uwagi
odnośnie wystroju wnętrza, a także samych lokatorów, którzy z pewnością byli
bandą jakichś psycholi. To by nawet wyjaśniało dlaczego posłano tu jego, a nie
kogoś droższego lub tańszego. Jeśli zginie albo zwariuje to nie będzie, aż
takiego żalu. Sufit był wymalowany w białe kwiaty na różowym tle, ociekające
jakimiś szkarłatnymi kroplami, nieco jak z obłąkańczego snu. Jak się tak dłużej
przyglądał tym prostym ścianom w korytarzu, to po kilku sekundach zdawały się
oddalać. Stracił na pewności siebie. Wydobył sztylet do połowy ostrza i
odchrząknął. Sekundy lecą teraz jak piasek przez palce, jedna, dziesięć,
piętnaście, czterdzieści. Za szybko. Za długo rozmawiają. To nie w ich stylu,
nie w tej tradycji. Pierwsza, druga, czwarta, piąta minuta. Pokręcił głową,
szkoda czasu. Przekroczył ostrożnie próg domostwa, czujnie i bacznie stawiając
każdy krok. Dom był dziwny. Ominął powoli dywan, na niektórych drzwiach wisiały
kłódki, na innych były nawet rygle. Nie zwracał za bardzo na to uwagi. Szedł,
kroczył dalej. Cicho, jak cień. Wiedział gdzie ma wejść, znał na pamięć rozkład
domu, więc skoro nie chcieli go wpuścić, to sam wejdzie. Jeszcze jeden skręt w
prawo, schody. Liściowato-trójkątne schody o kolorze najczystszej fuksji, na
różowawych ścianach jarzyły się lampy w czerwonawych kloszach, wszystko
wyglądało nieco jak magicznie szczęśliwe wejdzie do dobrego domu publicznego
albo czegoś podobnego. Parsknął pod nosem, ruszył dalej. Schodek po schodku, na
palcach, nogi ugięte w kolanach, każdy mięsień w gotowości do skoku. Wejście
było kręte, stopnie utrzymywały się na ścianach oraz dziwnym filarze w
kształcie jakiejś rośliny, chyba róży. Tu i tam wystające drobne kolce o
szkarłatnokrwawych zakończeniach, a no i u góry widniał, jak się zdawało,
kwiat. Dom wariatów albo prostytucji. Świetnie, tego jeszcze w jego robocie nie
było. Mordował, co prawda, już prostytutki, ale nigdy nie był w tak dziwnym, odmiennym,
nienormalnym miejscu jak to. Szczyt. Bez niespodzianek, nic na niego nie
wyskoczyło, nie było żadnego ducha ani nawet drobnej pułapki. Chyba mimo
wszystko można to było nazwać normalnym domem. Właśnie, chyba. Były żołnierz
znów odgonił własne myśli gwałtownymi ruchami głową, nie teraz. Nie tak blisko
zadania. Korytarz, w którym był miał może pięć metrów długości i kończył się
podwójnymi drzwiami, spomiędzy których wystawała oderwana głowa pluszowego
zwierzaka. Świetnie, cel okazuje się być nawiedzonym dzieciakiem? Litości, tak
czy inaczej – musi zginąć. Wszędzie było cicho, jakieś pochrapywania tylko
przeszkadzały temu ogólnemu milczeniu, dobywały się z drzwi na około, więc
spali. Przystanął, oparł się o ścianę i zajrzał szybko przez framugę do wnętrza
pokoju, który jak się okazało miał może łącznie dwadzieścia metrów, sam dom
okazał się o wiele większy niż wyglądał, a nawet od tego na planach. Niedobrze.
Wystrój był w zasadzie patetycznym oddaniem jakiejś walki z porządkiem
narzuconym przez opiekunów, tu i tam walały się resztki pluszaków, różowe
ściany były pokreślone czarnymi kreskami węgla i ołówka, większości bez
znaczenia, ale niektóre były też rysunkami jakichś chmurek. To był pokój
dwudziestoletniego faceta, który właśnie spał na łóżku z woalką niczym
królewna. Świetnie, w zasadzie to zabójstwo nie będzie dla niego jakąś karą
specjalną, a istnym wybawieniem. Powoli ruszył w stronę śpiącego, stawiając
krok za krokiem niczym złotych duch w jakimś obłąkańczym śnie. Zatrzymał się, przewrócił szybko płaszcz na
czarną stronę, lepiej zrobić to teraz niż podczas ucieczki. Czarna plama na
różowym tle, świetnie, całe życie marzył tylko o takim obrazie. Ruszył, znowu,
krok za krokiem, bezgłośny chód wśród puchatego dywanu, resztek pluszaków i
jakichś zabawek, chłopak nagle przewrócił się marudnie na drugi bok, pomamrotał
coś pod nosem, Aleth zawisł nad nim jak fala, która została zamrożona tuż przed
załamaniem się. Czeka. Mijają sekundy,
mija pierwszy minuta, druga, czwarta. Nic. Cisza. Spojrzał krótko przez ramię,
a następnie, gdy wrócił wzrokiem swych brązowych niczym najciemniejszy bursztyn
oczu do śpiącego – opuścił sztylet. Jeden, zdecydowany ruch, a obudzony nagłym,
gładkim i czystym cięciem od ucha do ucha chłopak nie zdążył wydobyć z siebie
żadnego innego głosu poza nędznym charczeniem, wciąż za cichym by kogoś
obudzić. Zabójca przykrył go kołdrą, aż po czoło. W tej samej chwili za jego
plecami przebiegł szmer, były żołnierz natychmiast się odwrócił. W drzwiach
stała istota podobnie ubrana co On, jednak o głowę mniejsza, nieco drobniejszej
postury. Czyżby miał konkurencję? Oczy, które widział pobłyskiwały trupiobladym
blaskiem, a powieki nieco zmrużyły się. Delikatnym gestem nieznajomy przejechał
palcem po szyi, a potem wskazał chłopaka. Aleth skinął głową, by następnie
zaobserwować jak konkurencyjny zabójca spuszcza głowę, nieco się kłania i znika
w czeluściach korytarza. Honor w tym fachu nakazywał odpuszczenie, gdy ktoś Cię
ubiegł. To dobra zasada, przestrzegana przez cenionych zabójców. Działa prosto
i zapewnia niemałą korzyść – przeżycie w razie spotkania kogoś lepszego.
Ostatnie, najcichsze kroki drugiej ciemnej plamy ucichły, sam Aleth wyjrzał
przez okno i zagryzł wargę, jak najciszej otworzył skrzypiące okiennice, a
następnie wyszedł na gzyms, wciąż trzymając się palcami kurczowo parapetu.
Spojrzał w dół, wisiał jakieś półtora metra nad posępnym, nieco obsranym przez
tutejsze ptactwo gargulcem. W sumie nic gorszego być nie mogło, spuścił nogi i
jedną ręką złapał się gzymsu. Puścił parapet, w jednej chwili, w kilka
milisekund runął w dół, łutem szczęścia pochwycił rzeźbienie i drugą dłonią.
Wisi. Sytuacja beznadziejna, ale stabilna, mogło być gorzej. Powoli opuścił
stopy na gargulca, był nieco śliski, więc wierzchem butów oczyścił go
powierzchownie z ptasich fekaliów. Stał. Całkiem stabilnie. Puścił oboma dłońmi
gzymsu, a następnie przykucnął, trzymając gargulca za uszy jak jakiegoś psa
spojrzał w dół. Dziesięć metrów zejścia, co najmniej. W sumie z czterech już
może skoczyć, może nawet z pięciu. Posąg ma grubość jakichś dwóch metrów,
cholernie wielki jak na gargulce, zostaje więc osiem, ale pod nim jest kolejny
gzyms. Nie jest więc źle, wsadził dłonie w gargulcowi pysk, który wisiał
jeszcze niżej niż spasiony brzuch bestii. Dwa i pół. Nie najgorszy wynik, a gdy
już łapska miał w paszczy – zsunął się z gargulca, aby następnie z wolna zacząć
się huśtać. Jak małpa. Jak cholerna małpa na pieprzonej lianie. No tak, tylko
małpy nie giną, bo zazwyczaj nie spadają z wysokości. Chyba. On jednak małpą
nie był, w pewnej chwili puścił się paszczy, wyciągnął ręce przed siebie,
leciał. Lot w zasadzie trwał trzy, może cztery sekundy i był… Bardziej
niekontrolowany niżby tego chciał, o wiele niżej niż trzeba było. Skończyło się
na tym, że zabójca uderzył z całą tą siłą wpierw twarzą, a potem resztą cielska
w mur i zaczął się po nim zsuwać. Jak szmaciana lalka rzucona w ścianę, ale to
właśnie go uratowało. Stłuczony nos bolał jak jasna cholera, może był nawet
złamany, nie wspominając już o irytujący migrenowym bólu czoła po spotkaniu
głowa-mur. Mimo wszystko zachował na tyle trzeźwości, że gdy jego stopy
wylądowały na jakimś parapecie, to zamiast odbić się jak przysłowiowa kukła od
okna i polecieć na plecy, On złapał się okiennicy. Był jakieś 6 metrów niżej
niż przed chwilą. Dwa metry więcej niż planował. Żyje. Jest dobrze. Otworzył
oczy i zamrugał parę razy, spojrzał przed siebie. Spomiędzy mroku pokoju
wystawały różowe zasłony, irytująco różowe, do bólu przypominające okno domu
rozpusty. Osłupiał, pobladł, jednak to nie róż go przeraził. Spomiędzy tego
mroku wystawała ku niemu potworna paszcza, wyglądające nieco jak przekopana,
pokuta i pocięta, co najmniej tasakiem. Nos tego czegoś był całkowicie
wgnieciony w czaszkę, jedno z oczu wypływało, ponadto – stworowi brakowało
jednego policzka, co odsłaniało niepełne rzędy sczerniałych zębów,
przypominających nieco kły jakiegoś raptora albo innego smoka. Widok niezbyt
zachęcający, szczególnie, że od zabójcy oddzielała go tylko nędzna, cienka
szyba, która w każdej chwili mogła zostać wybita. Stwór jednak się nie ruszał,
szczerzył swoje kły spomiędzy dziurawych warg, wyglądających jak… Nie, one były
zszyte drutem. Kawałkiem metalu, którego siła szczęk właśnie rozgięła do
potwornego, odsłaniającego zęby uśmiechu. Reakcja żołądka Aletha była
natychmiastowa – mdłości, szczególnie, że gdy to coś się tak nędznie
wyszczerzyło, spomiędzy nieszczelnych okiennic dobiegł odór zgnilizny,
próchnicy i czegoś w stylu zgniłego jaja. Były żołnierz odskoczył w tył, a gdy
spadał – złapał się dłonią parapetu, nie zawisł na długo, pod nogami poczuł
mały gzyms, spojrzał ku dołowi. Była to dwukrotnie większa uliczka niż ta,
którą do tego domu przybył, a pod nim właśnie przejeżdżał jakiś wóz z pierzem.
Raz kozie śmierć. Puścił się parapetu i runął jak kłoda w dół, całkowicie
bezwładnie. Zacisnął powieki, zęby, czekając na ból. Ten jednak nie nastąpił,
wleciał w ciężki, gruby i ciepły biały puch, którego było dookoła mnóstwo.
Zdawał się w nim tonąć, przymknął oczy i odetchnął, podłożył ręce pod głowę, a następnie
wbił wzrok w niebo. Mdłości powoli ustawały, wóz tylko nieznacznie podskakiwał
na kocich łbach z czarno-zielonawego kamienia, którym pokryta była droga, w
zasadzie to można było przysnąć. Tutejsi ludzie, nawet jakby im się wpadło do
domu i zasnęło pod ich nieobecność to po dobrym wytłumaczeniu dadzą Ci gościnę.
Cholera, tutejsze poduszki muszą być ciężkie. Kołdry robią z czegoś innego,
tamta była leciutka jak piórko, a nawet lżejsza. Może z jakiegoś filcu? W sumie
to nie ważne. Przed chwilą zabił, skończył kontrakt, nad którym pracował już od
ponad miesiąca i może sobie pozwolić na trochę odpoczynku wśród białego niczym
śnieg, miękkiego i ciepłego puchu. Przymknął oczy, brakuje tylko jeszcze kufla
piwa i kobiety albo wina oraz kobiecego śpiewu, to też byłoby dobre. Powoli
jednak zmęczenie ogarnęło jego ciało, adrenalina, która kilkakrotnie mieszała się z jego krwią, a nawet uderzała
mu do głowy była strasznie męczącym produktem dla jego ciała. Im dłużej
spoczywał w tym pierzu, tym bardziej stawiał się ciężki. Jak ołów. Ciężki,
zmęczony i nieco głodny, ale już niedługo. Teraz kilka dni podróży, a potem
dom. Kilku dniowy odpoczynek, może nawet znajdzie sobie kobietę? Tym razem już
nie ladacznicę, naturalnie. Chociaż z tymi drugimi o wiele łatwiej, chociaż
przy zarobkach jakie ma… korzystniejsza byłaby żona. Paranoja. Pokręcił głową i
parsknął pod nosem rozbawiony, zamknął na dobre oczy. Myśli, czucie oraz
świadomość odpłynęły prędko, zasnął. Sen dla zasłużonego.
Poranek w tym mieście nie należał do najprzyjemniejszych,
szczególnie dla Aleth’a, który zaraz po obudzeniu się musiał obszernie i bardzo
okrężnie tłumaczyć się woźnicy dlaczego akurat wybrał jego wóz. Paranoja. Nie
dość, że gdy wyszedł z tego ciepłego, wszędobylskiego puchu by uderzyła go fala
lodowatego, rześkiego powietrza, które w stolicy tego cholernego królestwa było
takie samo. Niezależnie od pory roku, wysokości słońc, ilości chmur czy innych
podobnych rzeczy. Zawsze było tu rano zimno, rześko i irytująco lodowato.
Temperatura podnosiła się wraz z upływem czasu, wieczorem w lecie sięgając
nawet około trzydziestu stopni, a o świcie było to już zaledwie dwa, czasem
nawet mniej. Dodatkowo nieomal każdego poranka była gęsta mgła i mżawka,
podobno to działanie jakiejś mocy magicznej, dzięki, której nad miastem przez
resztę dnia jest słońce, a pomiędzy budynkami ciepło. Chmury mają się wypadać i
tak dalej. Zasadniczo to niczym złym by nie było, gdyby nie fakt, że cała ta
mżawka przemoczyła zabójcę, nie zostawiając na nim nawet suchej niteczki, a
wszędobylski chłód dokańczał swego, na szczęście – miał przy sobie nieco srebra
i mógł sobie pozwolić na odwiedziny karczmy. Ciepła zupa o barwie
fioletowo-brunatnej, w której pływały jeszcze jakieś małe skrzydełka czy
odwłoki. Zamawiając ją miał nadzieję, że fragment „owadowa” w nazwie to tylko
puszczenie oczka w stronę klienta, ale… No właśnie, myślenie bywa czasem bardzo
zwodnicze, szczególnie w tym mieście. Mimo obrzydzenia, jakim napawał ten
posiłek to trzeba przyznać, że zupa była całkiem smaczna, pomijając przylepiające
się do gardła skrzydełka albo pancerzyki z resztek owadów. To miasto miało
swoje dziwactwa, jakby właśnie ta zupa, czy picie kwasu siarkowego przez
niektórych mieszkańców, chociaż to wiąże się z faktem, że to nie są ludzie. Dla
nich dziwnym zwyczajem jest picie piwa czy wina, co poradzić? Co kraj to
obyczaj. Aleth początkowo nie odrywał wzroku i rąk od swojego talerza, ale gdy
już jako-tako zaspokoił swój apetyt, a zupa nieco ostygła, zaczął się rozglądać.
Karczma w zasadzie dzieliła się na dwie izby, w obu były lady, oddzielone od
siebie ścianą. W jednym pomieszczeniu jadła biedniejsza część społeczeństwa,
czyli głównie drobniejsi rzemieślnicy lub przejezdni, a w drugim – co bogatszy
mieszkaniec, najwięcej było kupców oraz ich żon. Część, w której znajdował się
Aleth naturalnie należała do tej dla mniej zamożnych, ale była całkiem spora.
Ściany były obite drewnianymi deskami, spomiędzy których wystawał zielonkawy
kamień, z których zbudowane były tutejsze nie tylko domy, ale także chramy,
oberże czy właśnie karczmy. Sufit był całkiem wysoko. Jakieś cztery metry nad
ziemią. Pod nim uwieszone były dwa, spore żyrandole, z których co jakiś czas na
podłogę skapywał wosk. O ile Ci bogatsi mieli świece otoczone kinkietami, to
tutaj parafina po prostu skapywała na podłogę czy też przechodniów. Przejście, nad którym zawieszone było to oświetlenie dzieliło
sześć drewnianych, sporych, stołów na dwa równe rzędy. Nie było krzeseł,
wszędzie były ławy stworzone z tego powtarzającego się już do nieprzytomności
agatowego kamienia. Zieleń była najczęstszym kolorem w tym mieście, nosiły ją
kobiety, budynki, a także dzieci, które w ten sposób pokazywały jak zamożni
byli ich rodzice. Im więcej odcieni zieleni na ubranku, tym bogatszy tatuś lub
mama, cóż. Bardzo osobliwe i oryginalne, nie da się ukryć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz