poniedziałek, 28 października 2013

Rozdział pierwszy, Siostry. (ToDo)

 Siedzieli w sporej, trójkątnej Sali, której mury pokryte były najbielszym marmurem, a ozdobione licznymi obrazami przedstawiającymi głównie ich własne zwycięstwa, osiągnięcia oraz największe bitwy, które zwyciężyli, nie raz kosztem setek, ale o tym się nigdy głośno nie mówiło. Ponad skrzącymi się śnieżną bielą ścianami uwieńczone były lampiony wykreowane na wzór pochodni, płoną w nich magiczny ogień, specjalność jednego z rodów, rodziny Baeritt. Jedna taka „lampa” potrafiła rozświetlić ogromne pomieszczenia, rzędu od dwudziestu do trzydziestu metrów kwadratowych i nie pozostawiała nawet najmniejszej smugi cienia na przeciwległych lub pobocznych ścianach. W Sali Głównej płonęło parędziesiąt takich lampionów, co stwarzało iluminację godną samych bogów. W całym pomieszczeniu nikt nawet nie rzucał cienia, nie było też mowy o najmniejszym choć centymetrze mroku. Ponad złotym stołem, który ze względu na częste zmiany w Radzie był przerabiany nieomal raz lub dwa miesięczne, herby więc znikały i przybywały, większość ze znaków rodowych była więc ruchoma, przytwierdzana jedynie zaklęciami. Nogi owego stołu przypomniały ptasie odnóża, pokrywały się iluzorycznym płomieniem. Rodzina odpowiedzialna za tak ekstrawaganckie zdobienia była w Radzie od zarania dziejów, od jej początków, tak jak  ród Bearitt, Honherzy byli znamienitą strukturą z powiązaniami i rodzinnymi koneksjami, a do głowy rodu oraz głównej linii należały ogromne bogactwa, setki filii na całym świecie, które powstawały przez wieki. Stół, jednak, mimo swej majestatycznej postury był także bardzo lekki i często przesuwany. Ponad jego blatem, do sufitu przytwierdzony był majestatyczny żyrandol przypominający raczej odstający ornament lub część horrendalnej fantazji jakiegoś maniakalnego władcy, niż wspólną decyzją Rady. Stworzony był z najdroższego na świecie stopu, w którym za pomocą magii łączona złoto, białe złoto oraz platynę w materiał, który wydawał się cały czas płynąć, sam w sobie. Przypominał kwiat wodnej lilii, który wyrósł na marmurowym śniegu zawieszonym tuż nad głowami najznamienitszych w kraju. Zwieńczenia każdego z trzech jego płatków przypominał o innym symbolu Thaneii.
  Było tam anielskiej urody młodziutkie dziewczę o ciut ciemniejszych niźli biel sufitu skrzydełkach, drobniutkich rączkach oraz długich nóżkach, spoglądało w jeden z rogów Sali. Rysy prawdopodobniej najdroższej figury w Thaneii były bardzo delikatne, niewinne i wręcz dziecinne, smukła, pociągła twarzyczka o sercowatym kształcie oraz gładko zakończony podbródek. Drobny nosek, lekko uchylone, radosne oczka, których tęczówki miały barwę fioletu, czy też purpury oraz wesoły i pełen bojaźliwej odwagi uśmiech. Drugim płatkiem kwiatu był ptak o długich, pomarańczowo-srebrzystych piórach, gdzie pierwszy kolor zdawał się płonąć, nieprzebrane pokłady magii, które zostały tchnięte w to zdobienie stworzyły efekt mistycznego, legendarnego ptaka, którego łzy leczyły.
 Feniks.
   Thaneia, jako królestwo i ojczyzna tysięcy, odradzała się ze swych gruzów już parokrotnie. Raz zniszczona eksperymentem magicznym, innym razem przez najazd demonów, plagę, potem atak nieumarłych, zaklęcie Najpotężniejszego z R, a także parę innych, stosunkowo podobnych. Feniks – płatek lilii, posiadał jednak pewną cechę, którą nie posiadłby nigdy legendarny. Pod jego ogromnymi skrzydłami znajdował się przezroczysty, pobłyskujący zielenią kamień, w którym zawarta była dusza zmarłego Rzucającego. Rzucający był pierwszym, który zaprowadził ład w Thaneii pod względem magii, była to pierwsza osoba, która zmonopolizowała magię, zabraniając korzystania z niej wszystkim. Człowiek stał się legendą, jednak nikt o nim więcej nic nie wie. Był jednym z pierwszych książąt Królestwa, który swoimi rozporządzeniami ograniczył użytkowanie magii do celów produkcyjnych, co zminimalizowało ilość kataklizmów, a także polepszyło stan królewskiej gospodarki. Dodatkowo pozwoliło na uformowanie obecnej Rady. Feniks, który trzyma owy kamień jest chroniony potężnymi, magicznymi zaklęciami, które zdjąć mogą tylko członkowie Rady, tylko ponad stołem w Sali Głównej, nigdzie indziej i nikt inny.
  Trzecim z płatków kwiatu jest młodzieniec z mieczem i tarczą, ostrze trzyma skierowane w stronę rogu, a tarczę ponad głową siedzącego pod sobą. Symbol ochrony Thaneii. Ogromnej armii, która zaopatrywana jest w najwyższej klasy sprzęt, niegdyś broń białą, teraz głównie palną oraz magiczną. Miecze rażące ogniem, albo takie, które potrafią jednym ciosem przerąbać człowieka na pół. Młodzieniec ma długie włosy, które spięte w ciasną kitę spływają mu aż do łopatki, jest przyodziany w dość sporą objętościowo zbroję, która nie posiada na sobie żadnych insygniów. Miało to symbolizować bezstronność Armii Królestwa, która ponad podziały chroni obywateli swojego kraju.

2013.10.08

 Rzeczywistość wyglądała, jednak, nieco inaczej, a wiedzieli o tym wszyscy, którzy przebywali w tej Sali, Ci, którzy nie powinni – już dawno zajmowali miejsce na cmentarzach lub w rodowych kryptach. W każdym kręgu osób są tajemnice, które muszą zostać jedynie w tym gronie. Było ich wszystkich na obecną chwile dziesięciu, a trójka najważniejszych z nich zajmowała miejsca vis-a-vis płatów lilio podobnego żyrandola. Hendrim Hearin Trzeci, którego ród skupiał się głównie na strukturze armii oraz umacnianiem jej, za pomocą produkowanego magicznie oręża, zajmował miejsce tuż pod młodzieńcem z tarczą. Sędziwy mężczyzna o zwalistej posturze przypominającej nieco drwala, zdawałoby się, że biała szataRadnego z każdym jego ruchem jęczy rozciągana ponad miarę. Oblicze miał jak każdego dnia, chłodne i posępne, czoło oraz lica pokryte wieloma zmarszczkami, które mimo oczekiwań wielu, jedynie delikatnie poruszały się podczas przemawiania. Siwe, długie, gęste włosy trzymał wiecznie spięte w kuca, spuszczonego po swoich plecach o długości aż do łopatek. Podobnego koloru była broda, jak i wąsy starca, lekko przycięte, nie wystające więcej niż trzy centymetry od podbródka. W szacie Radnego przypominał bardziej zwalistego, ogromnego niedźwiedzia polarnego, niż człowieka. Ponad dwa metry wzrostu, a i plotki mówią o stu kilogramach wagi.
  Na przeciwko płatka-dziewczyny siedziała kobieta w kwiecie wieku, Luraya Lu Drou. Długie, kasztanowe włosy otaczały jej smagłą i nieco pociągłą twarz, która kończyła się szpiczastym podbródkiem. Lady Lu Drou była bardzo wątłej postury, jednak jej intelekt, rady, a także wiedza były szanowane prawdopodobnie na całym świecie, a nie tylko w Thaneii. Wielu władców, przedstawicieli ugrupowań lub rodów przyjeżdżało do jej rezydencji alibo Villi naukowej, tylko po to by zadać pytanie. Kobieta-wyrocznia. Magia nie posiadała tajemnic przed jej umysłem, była nieomal najważniejszą częścią Rady. Rodzina Lu Drou odpowiadała za wszelakie odkrycia naukowe na przełomie setek, a nawet tysięcy lat wstecz. Do tego rodu należały także nieomal wszystkie największe placówki badawcze, które kiedykolwiek wyruszyły lub powstały. Jako jedyna kobieta w Radzie posiadała dozgonny szacunek wszystkich pozostałych członków, a sprawy swojej rodziny często załatwiała głośno i z hukiem godnym mistrzyni magii. Biała szata zdawała się tańczyć z każdym jej ruchem, leżała idealnie na ciele kobiety, a dodatkowo podkreślała smukłą sylwetkę. Długie, szponiaste palce Lady pokrywały liczne pierścienie, symbolizujące zarówno władzę, jak i sam styl. Jako prawie najważniejsza kobieta w Thaneii, to Ona wyznaczała trendy modowe, które często były nawet na kieszenie najprostszych dziewczyn z ulicy.

2013.10.16
 Ostatnim wartym opisania i uwagi członkiem rady, na tą chwilę, jest niewątpliwie Fyal Wum. Przeciętnego wzrostu dwudziesto paroletni mężczyzna siedzący tuż przed płatkiem Feniksa.
  Młodzieniec o złotych niczym letnie łany zboża, średniej długości włosach, które kończyły się tuż za karkiem. Nie był zbyt postawny, a jego biała szata była skrojona w sam raz na długie, nieco wiotkie ramiona. Jego palce zawsze były przyozdobione tylko dwoma sygnetami. Jeden był z białego złota i symbolizował feniksa, a drugi, zaś, wykonany został z platyny. Ten drugi był symbolem rodu młodzieńca.
 Fyal był najmłodszym członkiem Rady  w jej historii, a mimo to posiadał ogromny szacunek wszystkich w niej zasiadających. Ród, który reprezentował posiadał ogromne wpływy w całym królestwie, śmiało można byłoby powiedzieć, że był tutaj najważniejszy. Plotki mówiły, że rodzina Wum nosi w sobie królewską krew, jednak to wciąż były tylko plotki. Fakt jest faktem, że ród owy posiada majątek wystarczający na zakup własnej armii. Wszystko, jak się mówi, zarobione na legalnej dystrybucji magicznej, handlem nieruchomościami w taki sposób, by cła szły do kieszeni właśnie ich. Ich i państwa, naturalnie. Wiadome jest powszechnie, że ród Wum posiada największe zasoby magiczne w całej Thaneii, jednak jest to logiczne, jeśli rodzina zyskała ogromne bogactwa nie tylko na cłach, ale także handlu i bankowości. Zarabiali wielkie sumy przez wieki, to dzięki temu zajmują się sektorem finansowym w Królestwie. Dodatkowo, mało się o tym mówi, a nie wielu chce wierzyć, gdyż rodzina ta zajmuje się także wywiadem i kontrwywiadem. Ich właśni szpiedzy są o wiele lepsi niż Ci, których szkoli państwo programem jednego z Radnych, którzy mniej znaczyli.
  Przepaść między członkami Rady, jak widać, była olbrzymia. Główna Trójca widziała, znała i wykorzystywała ją doskonale, usuwanie niewygodnych osób, rządzenie według własnego widzimisię i wolna ręka odnośnie całego Królestwa. Jedynym problemem mógł być młody Wum, Lady Lu Drou i Lord Haerin zasadniczo nie mieli skrupułów odnośnie biedniejszychRadnych, jednak wcześniej paktowali z ojcem Fyala. Dotąd, naturalnie, nie sprawiał problemów, ale podczas głosowań widać było w jego gestach wahanie, a w głosie dominował brak zdecydowania. Niektóre posiedzenia lub zebrania trwały po prawie dziesięć godzin, jednak – funkcja Radnego nie była płatna. Radni pochodzili z bogatych, majętnych rodów, byli wykształceni, więc nie potrzebowali pieniędzy publicznych, za co lud zawsze był Radziewdzięczny. Ludzie, jednak, nie wiedzieli, że w razie zmiany nie zachodzą dlatego, że przypadek tak chce, a dlatego, że Trójka tak chce. Szczyty władzy Thaneii były okrutnym polem doświadczalnym, nikt nie mógł sobie stuprocentowo ufać, a równocześnie nie można było okazywać braku zaufania.
   Aktualnie, w sali przebiegała kolejna narada. Zbliża się sroga zima, siarczysty mróz i ogromne hałdy śniegu, jakie zawsze pojawiały się w dziwnym klimacie Thaneii. Za lata bardzo ciepło, do czterdziestu stopni, a w czasach zimy tyle samo, tyle że na miusie. Młody Fyal przysłuchiwał się relacjom kolejnych Radnych, ich raportom, tego co sugerowali, pomocy, ewentualnych zapomóg, konkluzji o podatkach. Wszystko to go dzisiaj niezbyt interesowało. Był cichy, milczący, a na jego szpiczasto zakończonej twarzy o ostrych, niczym ciosanych w kamieniu rysach twarzy nie gościł, nawet przez chwilę, pokrzepiający uśmiech. Jego myśli ulatywały ponad salę, uciekając od potoku słów kolejnych, starszych lub młodszych, ludzi w białych szatach wyszywanych złotymi, czarnymi oraz purpurowymi nićmi. Był przy swojej ukochanej, przy setkach, tysiącach ludzi, którzy mimo ogromnego dobrobytu Thaneii głodują, którzy zginął w tak siarczyste mrozy. Zastanawiał się, też, jak uratować zwierzęta przed zamarznięciem, jak uchronić kobiety w ciąży, także i mieszczanki. Bo co z tego, że domy były ocieplane skoro większość z tych dam musiała dzień w dzień dźwigać zakupy? Znowu, jak rok temu, będą ulice pełne zamarzniętych przybłęd, sierot, psów i kotów, a szpitale pełne kobiet, które możliwe, że urodzą martwe dzieci. Jakby mało tego, front atmosferyczny, który nadciąga jest zbyt wcześnie. Jego ukochana Narinna ma racje.
   Zbyt wcześnie.
     Zbyt wcześnie.
        Zbyt.
  Dwa słowa tłukły się w jego głowie niczym kamień wrzucony do metalowej puszki, którą kopią znudzone dzieciaki. Dlaczego zbyt wcześnie? Czy kilkudniowe przesunięcie może naprawdę coś znaczyć? Co prawda, idzie znad sąsiedniego królestwa, a nie bezpośrednio od morza lub królestw podległych Thaneii. To rzeczywiście, mogłoby być martwiące. Kraj dzikusów, barbarzyńców. Kto wie czego chcą? Z drugiej strony, całe lata trwali w milczeniu, dlaczego mieliby teraz?
- Panie? – odezwał się głośniej, nieomal pokrzykując jeden z radnych, który do tej pory czytał ważny jego zdaniem raport. – Panie Wum?
- Oh… Wybaczcie. Słuchałem. – mruknął półprzytomnym głosem, oparł łokcie o stół. Zaczął przesuwać po palcu sygnetem z białego złota.
  Obrady przedłużały się ponad miarę, trwały już pięć godzin, a Radni mieli tylko krótkie chwile przerwy na zjedzenie lub napitek, wszystko, jednak, w obrębie Sali. Zarówno Trójka, jak i pozostali nie mogli znaleźć wyjaśnienia zmiany w terminie nadejścia mrozów. Od setek lat dzień był ten sam, niezmienny, nawet godzina zawsze oscylowała w obrębie zachodu słońca. Dzięki magii, w Thaneii, udało się stworzyć natychmiastową zmianę pory roku z zimy na lato, do której dostosowane rośliny zrzucały liście w krócej niż jeden dzień. Wszystko było, więc, idealnie zaplanowane. Do dzisiaj. Co jakiś czas do Sali obrad wbiegali gońcy, którzy rozsyłali ustalone dekrety. Przygotowanie wojska, rozmieszczenie go na granicach, pozostawienie garnizonów w gotowości. Żołnierze mieli pomagać, zarówno zwierzętom, jak i ludziom. Dodatkowo. Czekali w gotowości na nadejście „czegoś”. Za słowo „coś” należy wstawić każde możliwe zagrożenie i każde odstępstwo od normy. Do krajów i krain ościennych zostali wysłani magiczni zwiadowcy, a także Ci zwykli – konni. Terminem „magicznego zwiadowcy” radni oraz oficerzy thaneiscy określali twory rytuałów. Często były to po prostu obłoki chmur magicznych, które sterowane przez swoich twórców przemierzały obce terytoria, a informacje przesyłane były wprost do umysłów stwórców. Czasem bywały to także konstrukty. Metalowe, drewniane lub nawet gliniane figurki, które podróżowały lądem, wodą lub powietrzem z ogromną prędkością. Był to kolejny, dobry powód, dla którego nikt nie chciał wchodzić w konflikty zbrojne z tym krajem. Magia w ich władaniu była zbyt potężna, jednak to nie uspokajało Radnych. Na graniach pojawiły się zaginięcia zwierząt i ludzi. Ginęły zwierzęta domowe, jak i gospodarcze. Mimo poszukiwań – trop urywał się na granicy. Trójka też nie wyglądała na najspokojniejszą, lady Lu Drou była blada ze zmęczenia, jej głos już ochrypł, a oczy same się przymykały. Nigdy nie była przyzwyczajona do tak długiej pracy, siedzący obok niej lord Haerin czy lord Wum, nie zwracali na to uwagi. Sami byli wyraźnie wycieńczeni, wszelakie raporty, decyzje, pytania i tezy były kierowane wpierw do nich. Musieli ich wysłuchać, przedyskutować, a potem wydać opinię. Zazwyczaj narady nie trwały dłużej niż godzinę lub dwie dziennie. Właśnie, zazwyczaj. Dzisiaj wyglądało to znacznie gorzej, a to wszystko było wywołane przez parę plotek, zabobonów i durny, paranoiczny strach. Głównie sędziwi, świetnie wykształceni ludzie, którzy byli na uczelniach nie tylko w Thaneii. To właśnie Oni pobudzali te wszystkie chore niuanse, przez które cała Rada musiała godzinami przesiadywać w Sali i marnować swój czas. Na brednie. Zeznania pijanego żołnierza, ośmiolatka czy zwiadowcy, który spadł z konia i widział zjawę, gdy krew przesłoniła mu oczy. Jednym słowem, paranoja. Równie dobrze można by przyjmować zgłoszenia od zwierząt, byłyby tak samo wiarygodne. Fyal przyglądał się i przysłuchiwał temu wszystkiemu z co raz większą obojętnością, a jego znudzenie powoli zaczynało osiągać wartość krytyczną.
 -…Zwierzę owo zaginęło dnia trzeciego ubiegłego tygodnia, była to rogacizna. Pokryta brązowo-kremowym futrem, długości ponad dwóch metrów i wysokości półtora. – kontynuował jeden z nadętych, starych i siwych radnych, korzystając z prawa do głosu. – Stało się to przy granicy, co jest kolejnym dowodem na wrogie działania wobec Thaneii!
 - Dość. Dość! – rzucił nagle stosunkowo cicho młody Wum i łypnął na starca, a potem przejechał wzrokiem niczym walcem po wszystkich zebranych w Sali. – Czy Wam odbiło? Marnujemy czas! Odkładamy decyzje gospodarcze! Przygotowanie do sezonu śnieżnego i kryzysu, który w nim nadejdzie! Nie wyznaczyliśmy nawet cła ani budżetu na import!
 - To się nie godzi, to!... – urwał Radny, który odczytywał raport, gdy Fyal zgromił go wzrokiem istnego mordercy. W Sali zapadło ciężkie milczenie, a osnowa ciszy pokryła nawet korytarz prowadzący do owej, dotychczas wypełniony cichymi rozmowami Gwardii Rady.
 - Jeśli nie zaczniemy działać to całe królestwo pogrąży się w gospodarczym chaosie. W GOSPODARCZYM, a nie wymyślonym, stworzonym przez plotki.
Plotki i własne interesy. – Głos młodzieńca był cichy, a mimo to, dominował i narzucał ciszę na wszystkich tu obecnych. Fyal przejechał dłonią po wolnej od raportów przestrzeni stołu wzdychając cicho. – Zacznijmy od przygotowań do mrozów i ustalenia budżetu…

  Niektórzy z Radnych w irytacji i drobnej dozie desperacji powyrzucali raporty, których jeszcze nie zaprezentowali, a następnie zaczęli zabierać się do nowych ustaleń, obrad. Padały ogromne liczby, propozycje, plany, niektóre były powtarzane z ubiegłego roku. Zazwyczaj w Thaneii nic się nie zmieniało, uchwalano identyczną antykryzysową taktykę, podobne nakłady finansowe, w tych samych miejscach ustawiano straż, taką samą przydzielano zapomogę. Tym razem było inaczej. Na jednej ze ścian pojawiła się mapa królestwa, rozmieszczenie garnizonów. Wszystko przypominało kiepską partię szachów. Garnizony były ustawione co prawda zarówno w centrum, jak i na obrzeżach kraju, jednak nadal nie wiadomo było co z nimi zrobić. Padały dziesiątki planów, kolejnych przemieszczeń, magiczni wojownicy przemieszczali się momentalnie z jednego miejsca w drugie. Po każdym manewrze ktoś mądrzejszy cofał ich gdzie indziej, a potem jeszcze gdzie indziej. Nikt nie wiedział czego się spodziewać. Nikt. Najstarsi Radni przerzucali wszystkich na granicę, inni obwarowywali stolicę. Wszystko trwało przez kolejne godziny, narada przedłużała się już do jedenastu godzin, nikt nie jadł przez cały ten czas. Owocem tego ogromu czasu było przejście przez rozstawienie żołnierzy, budżet i zapomogę, aż do oficjalnego wydania dekretu. Wszyscy byli wycieńczeni, zmęczeni i głodni. Przede wszystkim, głodni. Zaczęto opuszczać salę, wpierw wychodziły wiekowe damy, później starcy. Każdemu z wychodzących Trójka musiała uścisnąć dłoń, zazwyczaj wymieniano miłe pozdrowienia. Dzisiaj wszystko odbywało się w atmosferze ponurej ciszy i zmęczenia. Lady Lu Drou jako jedyna co jakiś czas wymieniała drobne uwagi odnośnie mody z poszczególnymi kobietami, nic więcej. Dopiero, gdy wyszedł ostatni Radny i Trójka mogła ruszyć do wyjścia, Fyal wyszedł jako ostatni, za jego plecami strażnicy zamknęli, a potem zapieczętowali wrota do Sali.

 - Naprawdę sądzisz, drogi Hendrimie, że coś ma się wydarzyć? To takie… Oh, nierealne. Od lat jest to samo. Mrozy, śnieg, lód… Zmiany w modzie, a potem znów wiosna i lato. – pokręciła głową Lady Lu Drou z wyraźnym powątpiewaniem, nawet w głosie. Po tej chwili przerwy dodała ciszej. – Zresztą... Nawet jeśli, inni przyjdą nam z pomocą.

- Nie wiem. Powinni. Takie były ustalenia paktu Trzech. Swoją drogą.. Nie za dużo tych trójek? – parsknął lord Hearin Trzeci, a potem spojrzał na młodego Wum’a. – Czyż nie?

- Tak, tak… Za dużo, nie za dużo… Co to ma do rzeczy? – odburknął młodzik, łypiąc na niedźwiedziowatego mężczyznę. – Trzeba wdrożyć plan… Dzisiaj wyślę na granicę Siostry. Tak mi się zdaje.

- Siostry? Czy Ty nie przesadzasz, Fyal? – Lady Luraya Lu Drou spojrzała zdziwiona na blondyna.

 - Nie. – odrzekł ponuro. Pozostała dwójka spojrzała po sobie, ale nic nie odpowiedzieli. Zapadła cisza, w której ich kroki niosły się głośnym echem przez długi Korytarz Śnieżny. Ściany tutaj wyglądały na stworzone z lodu, była to specjalna odmiana umagicznionego marmuru, którego podstawowy rodzaj użyto w Sali. Podłoga była wylana srebrem, a zastygając stworzyło coś na wzór niedawno zastygłej magmy, która jeszcze przed chwilą spływała leniwie po zboczu. Sufit natomiast był przezroczysty, a dzięki magii i iluzji – można było podziwiać wiecznie padające płatki śniegu. Spadały powoli niczym tancerze opuszczani na linach, setki barw, którymi się mieniły przypominały setki skrzyżowanych ze sobą tęczy.

 - Dlaczego Siostry? – rzucił nagle Lord Haerin, spoglądając na Fyala. Zatrzymali się na rozwidleniu trzech korytarzy, w ich oddali nadal dało się dostrzec Radnych.

 - Mam złe przeczucia. Od złych przeczuć zawsze bywają elity, czyż nie? – młodzieniec z jednej kieszeni wyciągnął futerał, a potem otworzył go. Dobył z niego zwyczajne okulary, w metalowych oprawkach, a o okrągłych szkłach. Nie spiesząc się nałożył je na nos.

 - Ile? – spytała cicho Lady.

 - Dwie. – wzruszył ramionami Fyal. – Po co więcej?

 - Czy poinformujemy opinię publiczną? – burknął sfrustrowany Lord Haerin, spoglądając po pozostałej dwójce.

 - Nie, to zbędne. Odpowiadam za wywiad, a nie za politykę i publikę, to ma być tajemnica. Tymczasem, jestem naprawdę głodny i zmęczony, więc może… Darujmy sobie dzisiejszą debatę nad tym, proszę? –przewrócił oczyma, a potem oparł dłoń o biodro.

- W zasadzie to my już pójdziemy. Lurayo? – rzucił spokojnie niedźwiedziowy Radny i spojrzał na jedyną w ich towarzystwie kobietę, która w milczeniu pokiwała głową. Uścisnęli sobie dłonie, rzucili parę krzepiących słów na pożegnanie i rozeszli się. Każdy w swoją stronę, Wum przez korytarz Jesieni, Lady Lu Drou przez korytarz Lata, a Lord Haerin podążył drogą Wiosny. Jako jedyny z czterech korytarzy, korytarz Jesieni od ponad stu lat był nieaktualny.


   Kroczenie nim było zarówno przywilejem, jak i karą. Fyal wiedział doskonale, że jego ród popełnił parę „grzeszków”, których waga przyciągnęła całe królestwo na skraj całkowitego zniszczenia. Magiczne eksperymenty, ulepszenia szpiegów, transmutacje, przemiany. Wszystko byłoby dobrze, gdyby ponad czterysta mutantów nie uciekło. Nie uciekło, nie rozmnożyło się i nie zaczęło siać spustoszenia w królestwie. Połączenie ludzi, drapieżnych kotów i hienom podobnych psów. Łowcy idealni. Utrwaliło się o tym wiele opowieści, jednak dzięki łasce Rady uniknięto skandalu odnośnie choroby i zarazy jaką te istoty ze sobą niosły. Wyniszczała ludzi i zwierzęta. Gdyby nie interwencja magów bojowych z całego królestwa, ogromnego nakładu żołnierzy i zaangażowania społeczeństwa, Thaneia prawdopodobnie przestała by istnieć. Przypominałaby nieco Chłodne Krainy. Koszmarna wizja, na szczęście teraz się już o tym nie wspomina, a ród Wum znowu odzyskał swoją sławę. Prawie. W dumę tej najbogatszej, obecnie, rodziny godzi Korytarz Jesieni, prowadzący, co prawda, od setek lat do siedziby rodu, jednak wciąż przypominający o tym niefortunnym wypadku. To było, wszak, na jesieni. Korytarz był długości dwustu metrów, pięciu szerokości. Wszystko ciągnęło się pod miastem, a jego ściany, jak i sufit pokrywały się co chwilę spadającymi, złoto-rudymi liśćmi. Kolejny efekt magii iluzji i zdobień, jedynie podłoga zachowała tutaj jedną barwę, była czarna jak pióra kruka, który samotnie przemierzał nocne niebo. Niegdyś była złota, a o całym korytarzu mówiło się „Złota Aleja”, kiedyś. Teraz spadające, jesienne liście i smolista barwa podłogi piętrzyły wrażenie smutku, rozpaczy oraz marazmu. Usilnie przypominało o tragediach. Własnych lub całego kraju. Lord Fyal Wum, jako głowa rodu, niósł teraz na swoich barkach całe brzemię winy.


  Złotowłosy młodzieniec w śnieżnobiałej szacie właśnie domknął drzwi, a jego dłoń ześlizgnęła się gładko z klamki. W sporej izbie o ciemnozielonych ścianach, czarnej podłodze i podobnym suficie stało wiele mebli. Wzrok jego padł na trzy, pokryte jedwabiem w kolorze smoły, sofy stojące vis-a-vis szmaragdowego kominka, w którym płonął podobnej barwy ogień, wpadający nieco w błękit. Siedziały tam dwie kobiety. Obie odziane w schludne, a zarazem luźne spodnie i bogato haftowane tuniki. Pierwsza z nich miała czarne, długie włosy, a druga nieco krótsze, kasztanowe. Obie były wysokie, posiadały jasną cerę oraz spokojne, zdystansowane uśmiechy na twarzach.

 - Dobry wieczór, drogie panie. Wiadomości są rozesłane? – spytał spokojnym, nieco zmęczonym głosem Fyal. Usiadł na jednej z sof i przeczesał włosy.

 - Mmm… Tak sądzę, Lordzie. Czy to prawda? Zimne Krainy? – spytała się kruczowłosa dziewczyna, jej oczy błysnęły.

- Zwolnij, kochanie! Nie widzisz, że Lord jest zmęczony? Przyniosę coś do picia. – stwierdziła kasztanowłosa i pokręciła głową, gromiąc krótkim spojrzeniem towarzyszkę. Po kilku krokach zniknęła za ścianą. – Coś do jedzenia także?

- Nie, nie… Tylko wody, Daemthio. Ewentualnie z lodem… - rzucił zmęczonym głosem i przetarł twarz, a potem schował okulary na powrót do futerału. – I tak, Syleo. Jutrzejszego dnia wraz z jednym z Braci oraz kimś z Infantrii. Nie wiem ilu Ci ostatni mają zamiar wysłać… Musicie tego same dopilnować.

- No tak, Lordzie… - zaczęła z wolna czarnowłosa, dłubiąc przy okazji pilnikiem pod własnymi paznokciami. Jej partnerka właśnie postawiła przed Fyalem oszronioną szklanicę z wodą. – Jaki charakter ma być tego zadania? Podsłuchując Salę mało można było się… Dowiedzieć.

- Dlatego nie mówiłem za wiele. Siostry to nie jedyny wywiad Thaneii, ale na pewno najlepszy. Nie wiem, czy zorientowałyście się ilu szpiegów jeszcze było? Zapewniam Was, że sporo. – pokręcił głową młodzieniec i westchnął z nutą rezygnacji, ujął szklankę w dłoń, wychylił parę łyków.

- Domyślam się. – wtrąciła swoje Daemthia i podrapała się lekko po potylicy z głupkowatym uśmiechem na twarzy. – To znaczy wiem.

- To świetnie. Następnym razem jeszcze coś z tym zrób. – burknął młody Wum nieco nadętym głosem, a potem zaczął kontynuować. – Wasze zadanie będzie proste, przekroczenie granicy i udanie się parę kilometrów w głąb Zimowych Krain. To chyba nie jest coś… Wielkiego?

- Lordzie, jesteśmy profesjonalistkami. Proszę nam zaufać. – stwierdziły obie nieomal jednym tchem.

- Chciałbym ufać innym Radnym, tak, jak Wam, moje drogie… Chciałbym. – Fyal znów pociągnął kilka łyków lodowatej substancji, a potem spojrzał po obu kobietach. – Sprawa jest, jednak, delikatna i niebezpieczna. Macie uważać zarówno na swoich, jak i na wszystko dookoła Was. Punkt zborny znacie, jest taki sam jak zawsze. Jeśli tam dotrzecie, sądzę, że wszystko będzie jasne.

- Oczywiście. Postaramy się. – stwierdziła nieomal nabożnym tonem kasztanowłosa.

- To... Świetnie. Macie wrócić w jednym kawałku. – mruknął poważnie i uśmiechnął się lekko do kobiet. Te objęły się w pasach, a czarnowłosa złożyła na licu Daemthii czułego całusa.

- Nie przejmuj się, Lordzie. To nie pierwsza taka wyprawa. – wyburczała delikatnie zarumieniona Daemthia, a jej głos miał drobną namiastkę pomruku.

- To się okaże. Tymczasem, będę się zbierał, muszę odpocząć… Dzisiejsza rada trwała ponad dziesięć godzin. – westchnął i odstawił opróżnioną, nawet z lodu, szklankę.

- Będziemy oczekiwać rozkazu wymarszu, Panie. – uśmiechnęła się Daemthia i oparła licem o pierś kochanki.

- Zostawię Was. – stwierdził mimowolnie Fyal, a potem ruszył do wyjścia. – Do zobaczenia, dziewczęta.

- Oczekujemy, Panie. – odpowiedziały chórem do zamykających się za nim drzwi. Fyal oparł się lekko o drugą stronę drzwi i odetchnął cicho. To będzie długa zima. Długa i trudna, a to wszystko na jego barkach. Jeszcze niedawno biegał z siostrą po ogrodach, bawiąc się w „złap i uciekaj”, przysłuchiwał się gry na cyntrach i harfach w Sali Jedwabiu czy po prostu odpoczywał wśród bezpiecznych murów siedziby rodu Wum. Wszystko to działo się obok studiowania map, wielogodzinnej nauki ekonomii, podstaw magii czy walki różną Bronią białą w takim stopniu, by nie dać się zatłuc w pierwszym, lepszym zaułku. Wszystko po to, by teraz walczyć z bandą podstarzałych, zakompleksionych Radnych, którzy nic nie wnoszą. Pokręcił głową, westchnął , a potem ruszył podziemnym korytarzem dalej, do swojej siedziby, z rękami w kieszeniach.


Lady Lu Drou wsparła dłonie o blat kryształowego, błękitnego stołu. Westchnęła. Minęły już trzy godziny od obrad a ona nadal musiała się zatroszczyć o czyjeś dobro. Tym razem własnego rodu. Wie więcej niż Wum czy Haerin, ale to nadal tylko wiedza, a ona musi posiadać. Więcej ziemi, złota, możliwości. Wszystko dla rodziny, która się powiększa i niedługo trzeba będzie dzielić obecne parcele pomiędzy potomstwo. Skandal. Do izby, której ściany były wyłożone błękitnym kryształem, wślizgnął się mężczyzna. Niewysoki, nieco niższy niż ona sama, łysy, szczupły. Owalna twarz. Ukłonił się nisko, a potem niezdarnie wyprostował. Lady łypnęła na niego łaskawym okiem i skinęła palcem.

- Moja Pani, to niebezpieczne, to co Pani zamierza jest ponad nasze siły… Nie wiem czy Bracia daliby radę, co dopiero my, nawet Siostrom się nie uda… - zaczął dukać nieśmiało i cicho, spuszczając wzrok, jednak podchodząc parę kroków ku Lurayi.

- Nie obchodzi mnie to, Corneliusie. Musicie się przygotować, jedynym innym rozwiązaniem będzie pozbycie się młodego Wum’a z Rady, a to może być jeszcze trudniejsze. – rzekła mimochodem kobieta i powiodła wzrokiem po sali. – To wszystko powstało przez trud naszej rodziny. Trud, ofiarę, łzy i krew. Chce mi powiedzieć, że mój pradziad nie miał racji wysyłając Was do Zimowych Krain?

- Nie, Pani, nie! Toż nie w tym rzecz.. – pokręcił gorączkowo głową i spojrzał na jeden z portretów na ścianie, pod którym wisiał skrzyżowane kryształowe pistolety. Stworzone z magii i strzelające magią. – On miał chociaż broń… Jednak nie w tym problem, zapewniam! Dołożę wszelkich starań… Wszelkich, tak..

- Oczywiście, że dołożysz, w innym wypadku nie będziesz miał po co wracać… Lub, kto wie? Może dokąd wracać. Siostrom rozkazy wydaje głupiec. Jest młody, mało wie… Nie wie co zrobić. – kobieta westchnęła teatralnie, a potem przeszła kilka kroków. – Wasza wyprawa może ważyć na losach całego królestwa, pamiętaj.

- Tak… Wiem. Pani, dodatkowo… Raport. – położył na stole niewielką, żółtą teczkę. Kobieta skinęła głową, a potem spokojnie wyciągnęła kartki z owej. – Czy… Coś jeszcze?
- Mhm. Zaczekaj. – stwierdziła, a potem zagłębiła się w lekturze.

„Zmechanizowane pułki Renegatów pojawiają się coraz bliżej naszej granicy, składają się głównie z tubylczych plemion, które otrzymały cząstkę Wiedzy. Nie jest to, jednak, wielkie zagrożenie. Pojazdy występują w sile trzech na jeden, ich zdaniem, pułk. Pułki są trzy. Obok tego występuje dziesięciu jeźdźców i trzech Spaczonych. Dziką magią. Nie wiadomo jaki ma to wpływ na ich siłę, każde wypaczenie działa inaczej. Ponadto, ponad trzydzieści mil w głąb Zimowych Krain, w prostej linii na wschód od wioski Rathaa, pojawili się „przedstawiciele” Grzmiących Pięści. Budują wysoką wieżę, zdaje się, że wiertniczą. Przypuszczamy, iż chcą się dokopać do Komnaty, a potem wypuścić Ich…”

- „Ich”? – Kobieta oderwała wzrok od raportu i spojrzała na drobnego mężczyznę.

 - Umarłych, Pani… - odpowiedział cicho, acz z cała powagą. – To może skutkować naprawdę ogromnym kataklizmem, większym niż ostatnie Otwarcie. Dla nas, dla nich, dla całego Adrunu.

- Cóż, ogromna armia umarłych, wypuszczona z daru Prastarych może być istotnie.. Problemem. Wum o tym wie? – jej głos był spokojny, a wręcz chłodny.

- Siostry na pewno. Czy sam Lord? Nie wiem. – Jego odpowiedź padła nieco głośniej.

- Niech tak zostanie. Przekaż to Haerinowi, niech przyszykuje oddział… Lekki. Doborowej jazdy, najlepiej Skrzydlatych, jeśli będą zajęci… Mogą być też… Tygrysy, tak sądze. – pokiwała głową już bardziej do samej siebie, niż rozmówcy, który po głębokim ukłonie zniknął. Tak samo bezszelestnie, jak się pojawił. Kobieta usiadła w głębokim, skórzanym fotelu, zapadając się w niego nieomal całą. Był miękki i puszysty, a przede wszystkim wygodny. Luraya uwielbiała luksusy, modę i to, że to ona tutaj dyktowała warunki na wybiegach. Nieomal na całym Adrunie. Nauczyła ją tego jej matka, a ona ma zamiar przenieść ten dar na swoją córkę, Agnę. Obecnie piętnastoletnią pannicę o blond włosach, śniadej cerze i krągłej twarzyczce, dziewczyna z aspiracjami bardziej wojowniczki, niż ikony kultury, która, zresztą, właśnie wtargnęła do komnaty ze swoją codzienną butą.

- Matko! Chcę wyruszać z Hnegielem! Do Zimowych Krain! Nie chcę siedzieć na tyłku, gdy inni walczą! – oświadczyło dziewczę, krzyżując na piersi swe ramiona.

- Ależ, kochanie… Wiesz, że się nie mogę na to zgodzić! Jesteś następczynią głowy rodu, moją następczynią, a przede wszystkim moją ukochaną córeczką! – pokręciła głową Luraya z delikatnym niezadowoleniem na twarzy.

- Co z tego? – łypnęła na matką Agna.

- No i to, kochanie, że nie możesz chadzać na tak nieistotne, a zarazem… Niebezpieczne misje. – stwierdziła poważnie, przejeżdżając dłonią po oparciu fotela.

- Nieistotne? No w sumie… W takim wypadku mogę się zgodzić! Ale ja chcę, więc znajdź mi coś innego! – stwierdziła nieco głośniej, ton jej głosu był napastliwy i uparty.

- Mmm… No dobrze, dobrze… Miałaś już jakieś szkolenia, prawda? – Luraya ostrożnie dobierała słowa, mówiła dość powoli i spokojnie.

- Na Feniksa, oczywiście, że tak! Hnegiel mnie uczy. Nawet z nim trenuję! – dziewczyna uniosła dumnie podbródek. – Tylko nie zawsze mi się wszystko udaje…

- Oj, oj. Wszyscy zaczynaliśmy… Co powiesz na taki układ, moje dziecko? Ja od dzisiaj zezwalam Ci na treningi pod okiem kawalerzystów lub… A bo ja wiem? Piechoty lub Sióstr, w zamian za to, obiecasz mi, że podejmiesz się nauki ode mnie. – uniosła palec, gdy jej córka otwierała usta i dodała. – A, aa, aaaa. Dam Ci nawet misję, kochanie, a jak to zrobisz… To jeden z pistoletów z tej sali, o.

- Dooobrze… Tylko nie za dużo tych nauk! – Agna zmrużyła niby to groźnie oczy.

- No tak, tak… Nie interesuje Cię Twoja wielka misja, córeczko? – głos Lurayi nadal był spokojny, acz gdzieś w tle zadrżała w nim nuta zdziwienia.

- Interesuje! To jasne, że interesuje! Trudno by nie interesowała! To moja pierwsza misja, nooo.... – Dziewczyna zaczęła obserwować jak matka nachyliła się do jej ucha.

- Więc… Będziesz musiała się pozbyć radnego Haniego, to młody i żwawy chłopak, nieco starszy od Lorda Wum’a, ale… Zajmuje miejsce dla naszych popleczników, rozumiesz? – jej głos był szeptem, miłym dla ucha.

- To niele-… - urwała, gdy jej matka zgromiła ją wzrokiem. Dziewczyna w odpowiedzi prędko pokiwała głową. – Dobrze.

- Świetnie, ale teraz już idź. Zaplanuj, a mamusia odpocznie. – puściła Agnie oczko, a potem znowu wtopiła się w błękit fotela. – Nie zawiedź mnie.

- Em… Obiecuję, mamo. – dziewczyna skinęła głową, przytuliła się przez chwilę do swojej rodzicielki, a potem skierowała do drzwi. – Wpadnę jeszcze.


- Byleby potem, kochanie. – odprowadziła wzrokiem zamykające się za Agną drzwi, a potem powtórzyła głuchym, cichym głosem. – Byleby potem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz